Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bo i prawda! — dodaje woźnica.
Oszołomiony, przegadany, wbity w ambicją pan Mateusz wydobywa najgładsze i najbardziej poszczerbione dziesiątczyny i płaci woźnicy, niespokojnie oglądając się za wyfrakowanym Józiem, który już trzymał jego tłomoczek na plecach.
— Jakież macie mieszkania, kochanku?...
— Już tylko parę mamy — odpowiada Józio. — Są dwa pokoje za trzy ruble, akurat dla jaśnie pana...
— Bój się Boga, nie nazywaj mnie jaśnie panem! — szepce przerażony Mateusz. — Ja nie żaden jaśnie pan, ja ubogi człowiek, ja... nie chcę mieszkania za trzy ruble...
— Wolne żarty! przecie wiem, jak kogo nazywać... A w mieszkaniach nie ma pan co przebierać, bo gości huk...
— Musicie mieć przecież tańsze, choć dla mnie, moje dziecko?... Ja cię od tak dawna znam, jeszcze kiedyś był u Szmula...
— No, co tam — przerywa Józio. — Da pan na piwo, to się znajdzie za półtora rubla...
— Idź już, idź, kochanku!...
Po tych słowach pan Mateusz, mrucząc i postękując, począł się za swym przewodnikiem wdrapywać na drugie piętro.
— Ale żeś ty, kochany Józiu, tak odrazu mnie poznał?... boć to przecie nie widzieliśmy się chyba już jakie lat dziesięć...
— Ba! ja i w piekle pana poznam. Tylkom spojrzał na tłomok i na burkę, zaraz sobie mówię: „Ot i nasz jaśnie pan Mateusz przyjechał na wystawę...“
— Hum? patrzajże się! A obywateli dużo tu w Warszawie? nie zauważyłeś?...
— Pfiu! kamieniem rzuć, to na jaśnie pana trafisz.
— A hulają... co?
— Gdzie tam, panie! Inny hula, ale reszta... eh! jak ka-