Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KRAMARZ. Kiedy jasny pan każe... Może szelki, grzebienie...
MAREK. Pokaż-no!
LEON. Ależ, panie! czekamy na fundę...
MAREK. Aha... prawda! to później.
Po tych słowach, przyjaciele nasi wychodzą na ulicę.
Tuż obok hotelu zabiega im drogę obdarty chłopiec, w niebogłosy wołając o jałmużnę.
— Wstydź się — mówi mu Mateusz — taki mały!... wolałbyś gęsi paść...
— Nie mam drobnych — odpowiada Leon.
— A czego wrzeszczysz, hę? — pyta Marek.
— Ojciec umarł, siedmioro dzieci, matka chora, a nie ma na lekarstwo... — płacze chłopak.
— A, to źle! — odpowiada tłuścioch. — Ileż ci potrzeba na lekarstwo?...
— Albo ja wiem, panie!...
— No... masz tu rubla i pędź do apteki...
— Niech Bóg jaśnie wielmożnemu panu...
— A mnie! — woła już bez ceremonji drugi chłopiec. — Matka i ojciec umarli, pięcioro dzieci chorych...
— Tfy! — mruczy Marek. — A cóż tu wszyscy chorują w Warszawie?...
— Łżą, panie! łżą!... niech pan nie daje — odzywa się jakiś stróż, widząc jeneralne naciąganie szlachcica.
— Czekamy, panie Marku! — woła niecierpliwy Leon na grubego fundatora.
— Poco kochany sąsiad temu stróżowi dał pieniądze, kiedy on o to nie prosił? — pyta płaczliwym głosem oszczędny Mateusz.
— Jakiś uczciwy człowiek! — odpowiada pan Marek, podając jednocześnie dziesiątczynę bezrękiemu kataryniarzowi.

∗             ∗