Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MAREK (rozczulony). Ot, masz uniwersytet!... Władziu, Władeczku, gardzisz przyjaciółmi...
WŁADYSŁAW. Tylko knajpami...
MAREK. Wypierasz się ojców swoich...
WŁADYSŁAW. Do widzenia! (wychodzi).
MAREK (z gniewem). Wy... wy młodzi, wy postępowi, zgubicie się!...
LEON (zarozumiale). No, przecież nie ja...
MAREK. Ii, i... to nie twoja zasługa, tylko starego, że cię do uniwersytetu nie oddał...
LEON. Ja tam sam...
MAREK. Ale, ale... Trzebaby nam pomyśleć o mieszkaniu dla Antoniego, bo prosił o porządne.
MATEUSZ. Prosił?... to może jabym?...
MAREK. Będziemy szukać wszyscy, a kto pierwszy znajdzie, ten wynajmie. No, idźmy!
MATEUSZ. Józiu kochany! Józiu (numerowy przychodzi). A pilnuj serce chaty, żeby kto nie okradł...
LEON (cicho do Mateusza). Panie Mateuszu, kilkanaście rubli do jutra...
MATEUSZ. Potem! potem! (bierze numerowego na stronę). Są tu gdzie blisko porządne mieszkania?...
JÓZEF. Są, panie, zaraz o kilka domów.
MATEUSZ (do Marka). Sąsiedzie kochany... chciałbym zostać, bo mam pilny interes.
MAREK. Co tam interes, chodź z nami! Palniemy tokaju na mojego barana... Pyszny baran!...
MATEUSZ (cicho do Józefa). Za godzinkę zaprowadzisz mnie do mieszkania.
KRAMARZ (do Marka). Jasny panie! tanie fajn midło...
MAREK. No, a co chcesz?...
KRAMARZ. Dziesięć kopiejków...
MAREK. Chcesz piętnaście groszy?...