Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przesądy! sentymentalizm!... — ziewnął frant.
— Nie dbasz o mnie...
— Zdaje ci się tylko, aniołku — odpowiedział elegant, wstając. — Gdybym o ciebie nie dbał, a i zwyczajów dawnych nie obserwował, nie kupiłbym ci przecież na kolędę garnituru za trzysta piętnaście rubli i pół, licząc w to dorożkę. No, bądź zdrowa!
To powiedziawszy, pochylił się nad piękną damą w powłóczystej sukni, ucałował kwiatek, który miała we włosach, i wyszedł.
W tej chwili w przeciwnych drzwiach salonu ukazał się wyfrakowany lokaj:
— Waza na stole, proszę jaśnie pani!
— Możecie jeść — odpowiedziała, zasłaniając twarz chustką.
— To jaśnie pani nie będzie jadła wigilji?
— Z kimże?...
— Ze... — odezwałem się.
— Cicho! — mruknęła stara, wyprowadzając mnie na schody.
O blondynko, blondynko! gdybyś też wiedziała, jakie serce biło dla ciebie z drugiej strony eleganckiej portjery...

∗             ∗

Znowu zatrzymaliśmy się, tą razą przed żółtym, parterowym, wykoszlawionym, staremi gontami pokrytym domkiem, na widok którego nie wiem z jakiej racji przypomniałem sobie pieśń ludową:

„Chałupeczka niska“ i t. d.

Wigilja oparła się o futrynę okna, ja stanąłem przy niej. Boże kochany! wszak ci ludzie nawet podwójnych okien nie znają, a wątpię, aby ogrzała ich ta muślinowa firanka