Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


po trojaku i po kawałku strucli (którą w prywatnym lokalu moim widzieć można), i wyszliśmy, błogosławiąc domowi.
Gdy byliśmy już w końcu podwórza, doleciał nas basowy głos pana Wojciecha, który zaintonował:

Panna porodziła maleńkie Dzieciątko,
W żłobie położyła małe Pacholątko...

kobiety dodały:

Funda, funda, funda!...
Tota risibunda,
Hej, kolęda! kolęda!...

W egzekucji ostatniego trójwiersza przyjęły już udział wszystkie basy męskie, przedęte soprany żeńskie i dyszkanty nijakie, tworząc przeraźliwy koncert na temat dość niewyraźnego oberka. Wigilja rozochociła się, a nie mogąc z powodu mojej nieumiejętności wywijać ze mną, porwała jakiegoś kalekę na szczudłach z takim entuzjazmem, że oboje o mały włos nie dostali się pod przejeżdżające sanki.

∗             ∗

Jeżeli, droga czytelniczko, chcesz poznać jednego z najzapamiętalszych wielbicieli płci pięknej, jacy egzystowali na świecie, to uważnie przypatruj się wszystkim safandułom, chodzącym w nietrzepanych futrach. Jeżeli zaś u którego z tych panów dostrzeżesz kołnierz odłażący od szuby, wówczas ciesz się i bądź dumną, albowiem owym panem — ja jestem!
Pókiśmy, jak zwykli śmiertelnicy, chodzili z Wigilją po ziemi, kołnierz mój był cały; naderwał się dopiero wówczas, gdy szanowna dama, pochwyciwszy mnie w sposób tak bezceremonjalny, jak pustą konewkę, siadła na zabawkę, przypominającą narzędzia doktora medycyny, i wzbiła się w powietrze.
Ręką ani nogą ruszyć nie mogłem, gdyśmy przez dymnik