Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cicho, wywłoki! — huknął gospodarz.
Przy końcu kolacji, którą oporządzono w sposób godny uwagi, pan Wojciech plunął na środek izby i zabrał głos:
— Na świecie coraz gorzej, żeby mnie piorun trzasł! Nalej, Zosiu, panu...
— Święta prawda — odpowiedział starzec.
— Za moich czasów panie, choinki były takie, żeby sam człowiek wlazł na nią, a dziś (bodaj się most pode mną załamał!) jak biczyska.
— W jednym wżględzie to jeszt gorzej, a w drugim to jeszt szto raży lepiej — upewniał pan Władysław.
— W żadnym lepiej...
— Czo tam pan Wojciech barłoży!...
— W żadnym, powiadam, a kto mi tu będzie gadał inaczej...
— A chy! a chy!... a chy!... — zakrztusiło się dziecko.
— Święta Panno! — zawołała Wojciechowa — Franek się dławi...
— Pal go w kark!... Ot co jest!...
Gałązka Wojciechowego rodu została ocalona, ku wielkiej uciesze pana „Władyszława,“ który upewnił wszystkich, że „gdyby Franusiowi ość wlazła w grzdykę, to byłoby ausz!...“
— Powiadam panu, że złe czasy, najlepiej miarkować po koniach — zaczął gospodarz nanowo. — Ze dwadzieścia lat temu, wypadała mi na każde dziecko para koni, potem tylko jeden, a teraz, panie, para na troje. Bodaj mi oś pękła, jeżeli szczekam!
— A co to panu Wojciechowi za krzywda?
— Zawdy para na troje — mówiłem!
Po tych słowach zamyślił się, plunął aż na piec i zawołał:
— Basta, moja panno!
Uważając ten wykrzyknik za hasło do odejścia, trąciłem Wigilją. Ukłoniliśmy się zatem gospodarzom, wzięli jeszcze