Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Usłyszeliśmy łoskot kroków, potem chrzęst drzwi otwieranych.
— Czego chcesz, kobieto?!
— Tego... ot, nafty za dziesiątkę.
— Idź precz, tu niema nafty!
— Ale bo...
— Precz! precz!...
Stukot rygli, stąpanie, ciąg dalszy.
— Że w każdej chwili pragnąłbym pić czar niebiańskiego nektaru twoich ust...
— Co mi tam pan głowę zawraca!... wolałby mi pan dać słoik pomady topolowej...
— Dam, dam!... twoich ust, przez które Kupido ciska palące pociski...
— Ale ja chcę porcelanowy słoik.
— Dam porcelanowy... palące pociski trującej miłości...
— Ale taki z drewnianą nakrywką...
— Z drewnianą, z drewnianą!... miłości, co w jeden wieniec splata...
Dyń! dyń!...
— O losie, coś mnie tu jak Prometeusza przykuł! Kto tam?
Otwieranie drzwi.
— Ja proszę pana omyliłam się, bo to nie nafty ino oleju rycinowego...
— Dość już!... dość! gdzie są pieniądze?
— A oto są! Pani mnie tak wybeształa...
— Dość już!... milcz!...
Słychać otwieranie szaf, stawianie drobnych przedmiotów, wreszcie hałas rygli i powrót.
— A moja pomada, panie? — zaczyna młoda osoba.
— W tej chwili!... Palące pociski trującej miłości, miłości, co w jeden wieniec splata ciernie z kwiatami...
Dyń! dyń! dyń!...