Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O męczarnio! o tortury! — woła młodzieniec, biegnąc i otwierając drzwi.
— Rumianku rzymskiego, tylko prędko!
— Milcz! co mi tu będziesz rozkazywał?
— Niech-no pan dużo nie gada, tylko rumianek daje, bo dziecko chore.
— Dosyć! Nie dam ci, jeżeli mi się nie podoba.
— Jak pan nie da, to ja stójkowego zawołam. Widzisz go!
— Masz! idź precz, nędzniku!
Drzwi zostają zamknięte.
— Więc cóż, pani?... więc cóż ty, Marjo, na to? — pyta ufryzowana głowa, bardzo pośpiesznie wracając.
— Niech mi pan da pomady topolowej.
— Dam! ależ moje wyznanie?
— To się nanic nie zdało; pan nic nie masz...
— Marjo, tylko się zgódź, a będę miał skarby całego świata! Jak skończę praktykę, opuścimy ten zmaterjalizowany gród, pofruniemy gdzieś w jaki zapadły kątek prowincjonalny, tam na własną rękę otworzę interes...
Dyń! dyń! dyń!
— O Ferdziu! o Ferdziu przeklęty! i dlaczegóż nie przychodzisz uwolnić mnie z tych dantejskich oków? — lamentuje młodzian, biegnąc znowu do drzwi.
W tej chwili ktoś do naszej komórki puka; dziewczę otwiera drzwi i mówi półgłosem;:
— Zaraz, Ferdziu, zaraz!... Widzisz, muszę zaczekać, bo nie mam pomady na jutro.
— Pal go djabli! ja ci dam, ile zechcesz, tylko mnie nie nudź.
— W tej chwili.
— Otworzę interes — mówi, wracając, melancholiczny młodzian — a wówczas, na łonie boskiej przyrody...
— Pomady, panie... pomady! — woła, tupiąc nóżką aniołek.