Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miętam doskonale: szafirowe oczy, czarne jak smoła włosy, a reszta z irchy. Gdyśmy ją rozpruli, wysypały się otręby...
Znowu kaszel gwałtowniejszy niż pierwej. Na twarz opowiadającego wystąpiły ceglaste plamy, z oczu tryskały błyskawice.
— Moja ty ptaszyno najdroższa!... pewnie samotna jesteś, jak i ja dziś... Myślisz, że cię nie widzę?... Spojrzyjże... no, spojrzyj!... Prawda, ty nie możesz słyszyć mnie z takiej odległości...
Gdy to mówił, kołdra opadła mu z piersi; drżał, wyciągał ręce przed siebie, a oczy patrzyły tak bystro, jakby aż na drugą stronę grobu miały sięgnąć. Tymczasem wiatr szumiał w dymniku, a po ścianach izby spływała wilgoć.
— Muszę pójść do doktora, on mnie wyleczy. Potem do Szczawnicy... Trzeba się odżywić, a potem... już nie będziemy samotni...
— Pac! pac! pac! — odpowiadały spadające krople.
— Zbytków u nas nie będzie; może być jeszcze dużo kłopotów... ale już wspólnie... Razem! razem!...
— Pac! pac! pac!...
O jaki to straszny dom, co wzdycha, i ściany, które płaczą!
Chory znowu zakaszlał i ocknął się.
— Antoni!... Antoni!...
— Zara... zara!... — odpowiedział stróż. — Aaa... to to pon?...
— Czuć jakąś spaleniznę?...
— Aa... o... bodajcie!... oparem się trocha o piec i nanic mi kozuch przypaliło... sprawiedliwie!...

∗             ∗

Tym razem znaleźliśmy się w domu niesłychanie ożywionym. Ze wszystkich stron dolatywały nas odgłosy stąpania po schodach i korytarzach, za oknem słychać było dzwonki