Na Saskiej Kępie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Na Saskiej Kępie
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
NA SASKIEJ KĘPIE.

Bardzo byłbym rad poznać nazwisko i mieszkanie tak płochej osoby, któraby poważyła się twierdzić, że panna Marja nie jest najprzyjemniejszą szatynką, jakie istniały kiedykolwiek między jej imienniczkami, posiadały szare oczy, pięćdziesiąt tysięcy posagu w listach zastawnych i ubierały się w suknią koloru zgniłego siana? Powtarzam, radbym bardzo poznać tak lekkomyślną osobę, nie dlatego broń Boże, aby okaleczyć lub nadwerężyć jakąś część jej ciała, lecz poprostu dlatego, aby ją spytać: czy nie sądzi przypadkiem, że wahadłowy chód pani Radczyni (mamy) nie jest dość majestatycznym, albo że szczupły pan Radca (ojciec) nie jest dostatecznie napełniony godnością i powagą, która rozciąga się od najniższego punktu jego obcasów do najwyższego punktu jego kapelusza, nadaje politurowy blask jego łysinie i omal że nie wytryskuje z poza stojącego i silnie wykrochmalonego kołnierzyka?
Szczęściem dla naszego miasta, w Warszawie podobnych gburów niema. To też nie dziw, że szanowni Radcostwo i ich ponętna jedynaczka, idąc wzdłuż nadwiślańskiego wału ku stacji czółen, przewożących na Saską Kępę, spotykają w drodze same tylko fizjognomje, wyrażające głęboki podziw, lub szczerą sympatją dla tak dobranej rodziny. Nie dziw też, że dobranej tej rodzinie towarzyszy pan Karol, brylant młodzieży, najwykwintniejszy z Karolów, jacy kiedykolwiek nosili ciemne marynarki, jasne spodnie, bogate fryzury i wzmacniali naturalne wdzięki obfitemi dozami fiksatuaru i wonnych olejków. To też nie dziw wreszcie, że świetne to grono doskonałych osób znakomicie ubawić się może na Saskiej Kępie, choć niestety! akompanjuje im blady i uczony a daleki kuzyn panny Marji — pan Adolf, który z jednakowym chłodem traktuje majestatyczność pani Radczyni, jak stojące kołnierzyki pana Radcy, jak pendzelkowate wąsiki pana Karola, a wkońcu wdzięki i posag uroczej panny Marji.
Wykwintny Karol zbyt jest pewnym swego stanowiska, aby miał lękać się bladego i obojętnego Adolfa, niemniej jednak irytuje go ten pedant. Radca i Radczyni okazują za dużo uprzejmości zimnemu kuzynowi, a panna Marja bardzo często rumieni się pod jego wzrokiem, chociaż... i cóż to znaczy!.. Nic, a przynajmniej prawie nic. Ludzie mówią wprawdzie, że pan Adolf skończył uniwersytet, że posiada dużo nauki, taktu i zdrowego rozsądku, lecz mówią i to, że pana Adolfa więcej zajmują krajobrazy à vol d’oiseau, niż piękność panny Marji i jego własna powierzchowność, — gdy tymczasem on, pan Karol!... On przecież jest urzędnikiem i bierze czterysta rubli pensji, on ma kompletną i świetną a zawsze modną garderobę, umie grać trzy sztuczki na fortepianie, tańczy jak anioł, a nadewszystko posiada bardzo ładne mebelki i platerowaną cukiernicę.
Co za porównanie!... To też pan Karol nie wątpi o ostatecznej porażce swego przeciwnika wobec panny, jak nie wątpi i o tem, że gdyby sam Apollo chciał w końcu XIX wieku przedzierzgnąć się w postać ludzką, wówczas niewątpliwie pożyczyłby od niego, to jest od pana Karola, nietylko fryzury i wąsików, ale nawet lakierowanych kamaszy z guzikami i okrągłego kapelusza z wentylatorem.
Mimo to jednak przystojnego Karola dręczy blady Adolf, dręczy go tem więcej, że panna Marja jest dziś jakoś w złym sosie, prawdopodobnie z powodu obecności chłodnego kuzyna. To też pan Karol jak najusilniej i we własnem przekonaniu jak najszczęśliwiej stara się neutralizować ten zgubny wpływ, wije się więc jak pijawka między towarzyszami i przedmiot swoich marzeń bawi jak najwykwintniejszą i najdowcipniejszą rozmowę.
— Oto już zbliżamy się do kresu naszej wędrówki — donosi uprzejmy Karol. — Za chwilę wyminiemy solny magazyn, młyn parowy i staniemy przy czółnach... Jak Wisła opadła!... Czy nie lęka się pani, abyśmy nie musieli przechodzić ją suchą nogą?
— Nie lękam się — uspokoiła go panna Marja.
— Uważam, że bardzo wiele osób idzie w tamtą stronę — będziemy mieli zatem dość liczne, lubo niekoniecznie przyjemne towarzystwo... Policja powinnaby zabronić kąpieli przy brzegu, po którym tyle dam przechodzi... Otóż i stacja... Co za tłum!... jakie mnóstwo czółen i żagli!... Cha!... cha!... cha!... słyszę harmonijkę... Czy nie obawia się pani, abyśmy nie dostali miejsca?...
— Nie obawiam się — upewnia znowu wytrwałego mówcę panna.
W tej chwili grono nowych przyjaciół naszych dotarło do stacji, położonej u stóp parowego młyna. Stacja jest to dość brudny i błotnisty brzeg, zawalony stosami belek, gromadą pustych beczek, ogromną kupą drobnego żwiru i ciągle zmieniającym się tłumem amatorów na Saską Kępę, którzy przybywali z miasta, gapili się, wsiadali na czółna, ciesząc się przy tem wszystkiem niewymownie i gadając niemiłosiernie. Przez ten czas grzeczny pan Karol odczytuje pannie wypisane na żaglach statków tytuły i stara się jak najpopularniej objaśnić różnice między Jowiszem a Izabellą i Pod kogutem, tudzież między Zygmontem, Szybkobiegiem, a Salomońską Extrum.
— Proszę pana!... proszę państwa!... — wołali przewoźnicy — zara odjeżdżam!... do kompanji!... zara odpływam!... już mam kilka osób!... Graj, Władziu!...
— I granie nie pomoże!... — odparł siedzący w jednem z czółen Władzio, o którym trudno było powiedzieć, czy więcej w tej chwili pracuje nad wydobyciem niesfornych dźwięków z potężnej harmonijki, czy też nad utrzymaniem w jakiej takiej równowadze swej własnej postaci, którą z dziwnym uporem ciągnęła do siebie woda.
Lecz mimo piękną, choć niedość wyraźną grę wielkiej harmonijki, mimo wymowne nawoływania przewoźników, mimo niecierpliwości reszty towarzystwa, systematyczny Radca nie spieszył się z powierzeniem kruchemu statkowi swoich i swej rodziny losów. Natomiast, jako człowiek lubiący i umiejący badać, dostrzegł on, że pewien mały chłopiec w barchanowych majtkach i przyszytym do nich takimże spencerku, od czasu do czasu uderza o puste beczki butami, trzymanemi w rękach. Dostrzegł również, że z rozmaitych otworów młyna parowego wydobywają się w dość regularnych odstępach czasu syczące prądy pary, i że z ogromnej kupy żwiru także dość regularnie stacza się nadół jakiś pełnoletni mężczyzna, usiłujący w niewiadomych celach dostać się tą drogą na górę.
— Proszę państwa na Zygmonta, bo zara odpływam! — przerwał dumania Radcy kapitan tak nazwanego statku.
— Panie Radco, już czas!... Mężu... Ojczulku, siadajmy!... — uzupełnili razem blady Adolf, tudzież małżonka i jedynaczka czcigodnego myśliciela.
Na te hasła pan Radca poprawił stojący kołnierzyk, podniósł ostro zakończoną brodę ku niebu i postawił nogę na krawędzi Zygmonta.
— Na Izabelę, wielmożny panie!... do kompanji!... — wezwał Radcę inny kapitan, i otóż Radca postawił nogę na krawędzi Izabeli.
— Djabła warta, panie, ta skorupa, Paryska Gondola to migdał!... — odezwał się trzeci kapitan, a Radca, uznając zapewne słuszność tej uwagi, wsiadł — do Szybkobiega. Damy i dwaj satelici młodszej z nich nie omieszkali naśladować tego przykładu.
Dokonawszy tak prostej, a jednak płodnej w następstwa czynności, pan Radca rozejrzał się po łódce i dostrzegł za sobą damę tak grubą jak rzeźnik, z mężem tak chudym jak pasternak, przy sobie jakiegoś telegrafistę z bardzo cienką szpadą i jeszcze cieńszym głosem, a przed sobą młodzieńca w kolorowej chustce na szyi i nicianych rękawiczkach, poważnie siedzącego obok pewnej starej damy z pieskiem, zwanym Pikol, który zadowolenie swoje z tak przyjemnego sąsiedztwa ogłaszał szczekaniem, mocno przypominającem ostatnie chwile suchotników.
— Spychaj! — krzyknął kapitan Szybkobiega na obdartego chłopca, stojącego w drugim końcu łodzi, poczem obaj, oparłszy nogi na brzegach statku, a lewe ramiona na długich drągach, wyciągnęli się jak charty, ale — bez dalszych następstw.
— Nie rusza się! — zauważył niedaleko siedzący pan Karol, a Radca bardzo uroczyście poprawił swój kołnierzyk.
Zapewne na widok tej tak stanowczej manifestacji, kapitan zdjął zakurzone buty i wszedł po kolana w rzekę. Szczupły Radca zauważył przy tej sposobności, że nogi kapitana wyglądają tak, jakby w okolicach Warszawy nie istniała ani kropelka wody, choć znowu całe zachowanie mężnego żeglarza było takie, jak gdyby korytem Wisły płynął najczystszy spirytus i gwałtem wlewał się w gardła właścicieli mniejszych i większych żaglowców.
Po kilkuminutowych nadwodnych i podwodnych usiłowaniach wioślarzy, para z młyna buchnęła silniej niż zwykle, barchanowy chłopiec uderzył w beczkę butami głośniej niż kiedykolwiek, pełnoletni mężczyzna z kupy żwiru stoczył się nadół szybcej niż poprzednio, damy krzyknęły, ładny Pikol zawył, a Szybkobieg wypłynął ku środkowi Wisły, skąd, po kilku bardzo umiejętnych obrotach wkółko, kilkunastu prysznicach, spowodowanych uderzeniem wioseł o wodę, podróżni nasi dojechali do Saskiej Kępy bez żadnego szczególnego przypadku.
Wykwintny Karol, który w czasie żeglugi był jednym z tych, co najciszej siedzieli i najostrożniej (zapewne przez troskliwość o damy) badali głębokość wody, otóż uprzejmy Karol prawie najpierwszy dotknął nogą lądu i z niesłychaną elegancją podał rękę wysiadającej pannie Marji. Nieszczęściem jednak, dziewica, niewątpliwie zatopiona w kontemplowaniu przymiotów pana Karola, nie dostrzegła jego ruchu i wyskoczyła z łodzi, bardzo poufale oparta na ramieniu zimnego Adolfa. Tym sposobem przystojny i pełen dobrego tonu nasz bohater musiał poprzestać na połączonem z niejakiemi trudnościami wysadzeniu Radczyni i podziwianiu bardzo kształtnej, w węgierski bucik ustrojonej nóżki uroczej Mani, który to widok dziwnie mocno rozdmuchał w nim dawno już tlejące matrymonjalne projekta. Szczęśliwy Karol ani na chwilę nie wątpił, że ekspozycja nóżki była wyłącznie przeznaczona dla niego, i że najwłaściwiej postąpi, oświadczając się pannie Marji albo zaraz na huśtawce, albo między podaniem raków i pieczonych kaczek z mizerją.
Ale i cóż to?... piękna Marja nie puszcza ręki bladego kuzyna... zwiesza się na niej... ba! coś nawet szepce do ucha jej właścicielowi?... Jest to już zbyt wyraźne kokietowanie pana Karola, który z tych oznak bardzo sprawiedliwie wnosi, że bądź co bądź nie należy dłużej trapić biednej dziewczyny, lecz nieodwołalnie dziś jeszcze jej się oświadczyć.
Tymczasem para kuzynów rozmawiała z sobą w sposób następujący:
ONA. Czy koniecznie musisz iść do tego nieznośnego przyjaciela?
ON. Wiesz przecie, moja droga, że jest chory i że nie widziałem się z nim już od paru tygodni...
ONA. Szkaradny jesteś, mój Adolfie!... Wracajże przynajmniej prędko, bo umrę z nudów...
ON. Spodziewam się, że pan Karol nie pozwoli na to?...
ONA. Ach! prawda... że mamy tu i pana Karola...
Po ostatnich słowach blady kuzyn żegna towarzystwo, z którego panna Marja przesyła mu najpiękniejsze spojrzenie, pani Radczyni ukłony dla chorego przyjaciela, a pan Radca upomnienie, aby najpóźniej za godzinę przyszedł „pod Dąb“ razem ze swoim przyjacielem.
Gdyby godziło się stosować wyrażenia nieprzyzwoite do ludzi eleganckich, to powiedzielibyśmy, że przystojny Karol głupiał coraz bardziej, widząc i słysząc to wszystko. Przebóg! skądże znowu pochodzi poufałość panny i ta pewność kuzynka, który uroczą i posażną dziewicę obojętnie wystawia na zaloty najpiękniejszego młodzieńca w Warszawie?... Zdumiony Karol przegląda się w swoich lakierowanych kamaszach, lecz poznawszy, że mu nic z wdzięków nie ubyło, staje obok panny i razem z nią, naturalnie pod bacznym dozorem troskliwych rodziców, puszcza się ku najsławniejszej restauracji na Saskiej Kępie.

∗             ∗

Uwolniwszy się od powagi Radcy, majestatu Radczyni i elegancji ładnego Karola, począł pan Adolf rozmyślać nad sposobami wynalezienia przyjaciela, który od kilku tygodni bawił tu na letniem mieszkaniu. Dzięki wywieszonej przy drodze z woli wysokich władz gminnych tablicy, na której stało: „Wieś Saska Kęmpa, gmina Wawer, domów dwadzieścia osiem, ludności sto sześćdziesiąt cztery i t. d.“ pan Adolf nie mógł żadną miarą wątpić o tem, że znajduje się na Saskiej Kępie, jak również i o tem, że w całym obszarze wiedzy miejscowych władz administracyjnych niewiele więcej znajdzie dla siebie objaśnień. Gdzie tu więc szukać?... Jeżeli pójdzie w stronę Pragi, znajdzie łąkę, na niej trochę krów, starego i kulawego pastucha, kilku pijaków i sznur amatorów, ciągnących piechotą, wózkami i dorożkami ku miejscu wspólnej zabawy. Jeżeli drogą równoległą od Wisły będzie szedł w górę rzeki, zobaczy po prawej ręce gęsty i ciemny gaj drobnych wierzbek i ogromnych topoli nadwiślańskich, wyrastających z piasku, a zaś po lewej — chróściane płoty, ogrody warzywne i owocowe, budowle kryte słomą lub gontami, stogi na słupach, huśtawki, karuzele i altanki. Czekać na miejscu także się nie opłaci; tu bowiem zamiast chorego przyjaciela spotka gromadę bardzo zdrowych i krzykliwych gości, nieustannie wysiadających z czółen, błąkających się między wysokiemi drzewami, lub niknących we wnętrzu wiejskich domków. Cóż miał zatem robić? Naturalnie nic innego, tylko, naśladując zwykłych śmiertelników, razem z nimi wstępować do willi dla zasięgnięcia języka.
Oto stacja pierwsza. Chałupa, w dnie świąteczne zmieniająca się na salon, a zbudowana dla ochronienia od częstych powodzi na pagórku. Około bramy dwóch bardzo zemocjowanych przyjaciół trzymają w objęciach trzeciego, na obliczu którego maluje się wielkie zniechęcenie do świata i znikomych rozkoszy. Na desce, przyczepionej do czterech sznurów, przywiązanych do belki, opartej na dwóch słupach, kołyszą się dwaj młodzieńcy z tak dziką energją, jakby mieli zamiar w jednej chwili pozbyć się wspomnień o ciepłem piwie, które już wypili, a zarazem przygotować miejsce na dozy, które jeszcze chcą wypić. Z wnętrza willi dolatuje brzęk szkła, fortepianu i chaotyczny tupot danserów. Na zapytanie o chorego przyjaciela, pan Adolf odbiera odpowiedź, że w tem miejscu piwo jest lepsze od drozdowskiego i że ostatni wylew naraził gospodarza na bardzo dotkliwe straty.
Stacja druga. Na huśtawce dwie damy kołyszą się bardzo wstydliwie i gorzko narzekają na wiatr, który zawsze i wszędzie myśli tylko o zakłopotaniu płci pięknej. Na karuzeli kręci się kilkoro dzieci i mężczyzna w pewnym wieku, który usiłuje łapać floretem kółka, lecz za pierwszym rzutem trafia w kapelusz jakiegoś eleganta, za drugim godzi w oko swej własnej żony, a za trzecim jest ściągnięty z konia i obsypany wymówkami, między któremi laski i pięście dość ważną odgrywają rolę. W sali gra fortepian i skrzypce, które stara się zagłuszyć pracująca w sąsiedniej altanie liczna orkiestra kozacka. Taktowny pan Adolf szybko ustępuje z miejsca, w którem obecnie między kilkoma przyjaciółmi wszczęło się małe nieporozumienie, spowodowane niewłaściwym użytkiem dużego kufla.
Stacja trzecia. Słychać przyjemny głos fletu, wspomaganego przez trąbę, śpiewającą tylko dwoma basowemi tonami. Okna sali zapełnione są gośćmi, którzy nie bez uczucia lekkiej zazdrości podziwiają zręczność pląsających tancerzy. Chłodny pan Adolf, umieściwszy się obok innych, uważa najprzód dwóch mężczyzn, walcujących tak, jakby nogami ubijali kapustę, dalej jakąś parę, której piękniejsza połowa zdaje się opierać brodę na czole połowy silniejszej, potem znowu parę tańcującą, bez żadnych oznak szczególnych, potem dwie damy, usiłujące okazać, że lekceważą sobie wszystkich tancerzy męskich, a wreszcie jakąś miłą panienkę, zwieszoną na szyi pewnego młodego człowieka, w którym pan Adolf poznaje bardzo dobrą znajomość. Młody człowiek, dostrzegłszy taktownego Adolfa, mocno rumieni się, zapewne ze zmęczenia, puszcza na środku nierównej podłogi swoją ponętną tancerkę, wybiega do przyjaciela, wita go najserdeczniej, upewnia zapomocą bardzo silnych argumentów o cnocie miłej panienki, a wreszcie donosi, że wspólny ich przyjaciel chory mieszka na końcu Saskiej Kępy, w domku, otoczonym wysokiemi drzewami, gęstemi zaroślami i bardzo piękną łączką. Opowiedziawszy to wszystko, wraca do sali po miłą i cnotliwą panienkę, i uroczyście wyrzekając się tańców w kółku plebejuszowskiem, prowadzi ją do innej willi, aby tam dokończyć niespodzianie przerwanego walca, a zacząć polkę albo oberka, o ile takowe figurują w repertuarze miejscowych muzyków.
Spory kawałek czasu upłynął, zanim pan Adolf, wyminąwszy wiele ogrodów, gaików, pól i łączek, na których: „pod wszelką odpowiedzialnością lub karą policyjną zabrania się chodzić lub wydeptywać trawę,“ znalazł wreszcie rezydencją chorego przyjaciela, a przed nią małego kota z szerścią bardzo dokładnie oskubaną przez psy, kilka prosiąt również oskubanych i starą kobietę, stojącą z rękami, założonemi na brzuchu. Nastąpiła wymiana pytań i objaśnień:
— Czy tu mieszka pan X?...
— Może i tu, abo co? — zagadnęła kobieta.
— Chciałbym się z nim zobaczyć.
— Tera nie można, bo pan wyszed do lasu.
— A możebyście go poszukali?
— Kto go ta bandzie sukoł!
— A czy prędko wróci?...
— I tego niewiadomo. Moze prandko, a moze nieprandko, kto go ta wi!...
Po długich certacjach, w ciągu których dobra kobiecina wyraziła obawę, aby domu przy święcie nie okradziono, znalazł się wreszcie posłaniec po chorego przyjaciela, a pan Adolf, zaleciwszy, aby go w stosownym czasie wezwano, odsunął się dla chwilowego odpoczynku o kilkadziesiąt kroków od domu między zarośla. Jakoż prędko wynalazł odpowiedni pagórek, zdjął nieco przyciasne kamasze i zwróciwszy twarz ku niebu, wpadł w głębokie zamyślenie, z głośnem chrapaniem połączone.

∗             ∗

Jeżeli istnieje raj ziemski, to jest nim niezawodnie kolonja „pod Dębem.“ Cudna ta miejscowość, obok win „we wszystkich gatunkach,“ limonady, biszofu, piwa kulmbachskiego, kilku altanek, mnóstwa stolików i ławeczek, lokaja we fraku, dwu huśtawek i jednej karuzeli, posiada jeszcze strzelnicę z dwoma tarczami i wiatrówką, tudzież kanał z czółnem, w którem doskonale jeźdźićby można, gdyby wody nie brakło. Wykwintny Karol bawi tam już z półtorej godziny, wraz z szanownym Radcą i jego damami i stara się rozproszyć ich niepojętą melancholją swoim niezrównanym dowcipem, swoją zręcznością w używaniu huśtawki, a wreszcie całą swoją osobą ze wszystkiemi nieocenionemi jej przymiotami.
Przytem piękny Karol nie zasypia gruszek w popiele i już po raz trzeci stara się upewnić pannę Marją o swojej czułej sympatji. W tej chwili naprzykład, widząc, że kuzynka gospodyni kraje ogórki, mówi:
— Czy pani lubi mizerją, panno Marjo?
— Tak sobie!...
— O, bo ja lubię, a szczególniej pokrajaną pięknemi rączkami... Jakże zazdroszczę tym, którzy, mając ukochaną żonę przy boku...
— Ach, mamo! dlaczego ten nudny Adolf nie przychodzi? — przerywa urocza Mania.
Pan Karol triumfuje, rozumie bowiem aż nadto dobrze, co znaczy ten wybieg dziewiczy.
— A możebyśmy się na karuzeli pokręcili trochę? — pyta poważny Radca.
Damy wahają się, lecz gdy elegancki Karol dowodzi im, że dla serc sympatyzujących z sobą niema większej przyjemności, jak razem kręcić się wkółko, ulegają — i całe towarzystwo zajmuje miejsca na rozkosznej machinie.
Niewiele już brakowało do zupełnego kompletu osób, ostatnią więc ławkę wolną zajęła pani Radczyni z córką, za niemi na kasztanowatym koniu umieścił się Radca z powagą ministra finansów, a przed niemi bułanego konia opanował pan Karol. Że jednak nie zdawało mu się dość przyzwoitem siedzieć tyłem do dam, usiadł więc do nich obliczem, a tyłem do końskiej głowy.
— Niech pan tak nie siada — ostrzegł go maszynista od karuzeli — bo można zlecić!...
— Panie Karolu! — powtórzyła przestrogę ponętna Mania — niech pan dobrze usiądzie...
— Ruszaj! — zakomenderował mężny Karol. — O pani! — dodał — czy mógłbym na jedną chwilę wyrzec się...
Nim dokończył, machina weszła w ruch, i w tej samej chwili ładne wąsiki pana Karola zetknęły się z ogonem bułanego konia, nogi młodzieńca zakreśliły w powietrzu bardzo wdzięczną linją krzywą, a cała postać naszego bohatera znalazła się na ziemi z obliczem, zwróconem ku najwyższemu punktowi na sklepieniu niebieskiem.
W tej pozycji pan Karol dostrzegł szybko przelatujące nad nim węgierskie buciki panny Marji, potem obcasy pana Radcy, dalej trzewiki dwu panienek, później kamasze jakiegoś obywatela, a następnie kilka rozmaitych sztuk wszelkiego innego obuwia.
Na krzyk dam, karuzelę zatrzymano, a zręczny pan Karol, powstając, jakby nigdy nic nie zaszło, uchwycił w pośpiechu za nogę jakąś pensjonarkę, zawadził głową o jednego z czterech koni, i z najpiękniejszym uśmiechem odszukawszy swój wentylacyjny kapelusz, rozkazał się wytrzepać parobkowi. W kilka minut po tym drobnym wypadku, który dziwnie przyczynił się do podniesienia poziomu ogólnej wesołości, znajomi nasi siedzieli już w przezroczystej altanie. Radca obstalował kaczki, a elegancki Karol od kwestji kaczek bardzo szczęśliwie przeszedł do kwestji dwu serc sympatyzujących ze sobą.
— Mój Boże! — przerwała mu panna Marja — już prawie słońce zachodzi, a Adolfa niema jeszcze... Przecież bez niego nie będziemy jeść podwieczorka?
— A to dlaczego? — odparł bardzo stanowczo Radca, widocznie czujący pewną słabość do kaczek. — Jeżeli lepiej bawi się z przyjacielem, niż z nami, no... to niechże się bawi!...
Domyślny Karol zrozumiał, co to znaczy i zlekka zatarł sobie łokieć lewej ręki, noszącej prawdopodobnie ślady konnej jazdy.
— Panie Karolu! — zaczęła znowu Mania z lubym uśmiechem. — Czy nie zrobiłby pan nam małej grzeczności?...
— Jestem do usług pani...
— Czy... nie byłby pan łaskaw poszukać Adolfa?... — dodała z ponętniejszym jeszcze uśmiechem dziewica. — Byłabym panu bardzo obowiązana...
— Maniu!... — wtrącił surowo Radca.
— Zapewne, że to niegrzecznie — uzupełniła Radczyni — gdyby jednak pan był łaskaw...
Dziwne uczucie, podobne do wbicia podwójnej szpilki, przeszyło serce Karola. Skąd ta troskliwość o bladego i obojętnego kuzyna, a wreszcie gdzie on ma go szukać?... Nie było jednak rady, pełen więc dobrego tonu nasz przyjaciel wstał z wdziękiem i rozpoczął poszukiwania przedwstępne.
Los pomógł mu, zaraz bowiem w bufecie spotkał pewnego znajomego Adolfa, który w towarzystwie bardzo miłej panienki, tytułowanej kuzynką, przyszedł zobaczyć, jak też tańczą „pod Dębem.“ Znajomy ten doniósł, że przy innej willi (gdzie także przypatrywał się tańczącym) spotkał Adolfa, szukającego mieszkania chorego przyjaciela, którego bardzo dokładny adres dał i panu Karolowi.
Zdobywszy adres, piękny Karol zasięgnął od jakiegoś tubylca wiadomości o kierunku drogi, przyczem nie omieszkał zadać mu kilku innych pytań:
— Czy... uważasz, mój przyjacielu, czy w tych stronach nie trafiają się jakie dzikie zwierzęta?...
— Jakoś nie słychać, choć kto ich tam wi!... — odpowiedział tubylec.
— Hum!... A czy... to jest... czy nie błąkają się tu jakie włóczęgi, ludzie podejrzani?...
— Gdzie ta ich brakuje! — odparł badany.
Nie umiemy powiedzieć, o ile oświadczenie to zachęciło pana Karola do poszukiwań, pewnem przecież jest, że bohater nasz po krótkim namyśle dodał:
— A czy nie mógłbyś, mój przyjacielu, pójść ze mną w tamtą stronę... tak... dla pokazania drogi?...
— Jo tam ni mam casu!... — ofuknął tubylec i poszedł dalej.
Nic już nie pozostawało panu Karolowi, jak także wyruszyć w swoją stronę, co uczynił, pogwizdując jakąś wesołą aryjkę. Ledwie jednak wysokie drzewa zakryły przed nim restauracją „pod Dębem,“ kiedy nagle przystanął, ostrożnie obejrzał się dokoła i... wydobył z kieszeni długi składany nóż, który niezwłocznie otworzył.
Zadrżałby ten, ktoby mógł zobaczyć uśmiechniętą zwykle twarz Karola, wówczas gdy ściskał błyszczącą stal w białej i delikatnej ręce...
Biedna Marja!...

∗             ∗

Słońce zachodzi, oblewając ziemię i kłębiące się chmurami niebo światłem koloru rozpalonej miedzi. Między zwieszonemi liśćmi drzew, wśród ciszy poprzedzającej burzę, rozlega się trwożliwy pisk ptaków, cichy brzęk komarów i dalekie odgłosy wesołej zabawy.
Na zielonem wzgórzu, otoczonem gęstemi krzakami i potężnemi topolami, zwrócony bladą twarzą ku niebu, śpi głęboko jakiś młody człowiek, należący, o ile z ubrania sądzić można, do dostatniej klasy społeczeństwa. Obok niego, bliżej głowy, leży kapelusz, bliżej zaś nóg kamasze, które zapewne zdjął z powodu gorąca.
Biedna Marja!...
Nagle na tej samej drobnej, szmaragdowej łączce ukazał się jakiś cień w jasnych spodniach, ciemnej marynarce, okrągłym kapeluszu z wentylatorem, z błyszczącym nożem w rękach...
Zobaczywszy śpiącego, cień zadrżał, na chwilę stanął, przybliżył się, pochylił nad śpiącym, wykonał kilka ruchów i znikł w zaroślach...
O biedna, biedna Marja!...

∗             ∗

Niebo zaczęło się coraz więcej zachmurzać, a goście coraz liczniej opuszczać restauracją „pod Dębem,“ gdy systematyczny Radca, ogryzłszy ostatnią kostkę zgładzonej dla niego kaczki, zakomenderował odwrót do miasta.
— Ależ ojczulku! — prosiła prawie ze łzami Mania — jakże możemy odjechać bez Adolfa?... Przytem i pan Karol jeszcze nie wrócił...
— A, to trudno!... ja temu nie winienem, żeś się uparła z wysłaniem Karola — odpowiedział Radca. — Zresztą nic im się nie stanie, nie są dziećmi... No, w drogę, moje panny, bo nas burza zaskoczy!...
W tej chwili między drzewami ukazał się pan Karol, którego twarz prawdopodobnie skutkiem zapadającego mroku wyglądała dziwnie ponuro.
— Cóż Adolf?... czy nie znalazł pan Adolfa?... — zapytała niespokojnie panienka.
Zdawało się, że wykwintny młodzieniec zrozumiał w tej chwili całą zgrozę straszliwego pytania: „Kainie, gdzieś podział brata?“
— Och!... — przerwał niecierpliwy Radca — pewno nawet mieszkania nie znalazł... No, chodźmy!...
— Tak... zabłądziłem... nie znalazłem!... — odpowiedział pan Karol, jakby dławiąc się wyrazami.
W tej chwili zahuczał daleki grzmot, elegant drgnął, a całe towarzystwo ruszyło ku Wiśle.
— Co się panu stało, panie Karolu? — spytała nagle Radczyni — pan masz mankiet zakrwawiony?...
— No, no... chodźmy, chodźmy!... — zrzędził Radca. — Kto spadł w takim pędzie z karuzeli, ten mógł sobie całą nawet koszulę zakrwawić...
Nikt nie wątpił o słuszności tego objaśnienia, bo i z jakiej racji miał wątpić? Lecz dlaczego rumiana zwykle twarz pana Karola staje się teraz trupio bladą?... Czy może pan Karol jest zbyt wrażliwym na błyskawice i grzmoty, coraz częściej po sobie następujące — a może myśli, że i teraz jeszcze na pewnym szmaragdowym pagórku leży jakiś człowiek z bladą twarzą i zaciśniętemi pięściami?...
Wśród gwaru tłoczących się gości, znajomi nasi zdobyli łódkę i opuścili Kępę. Ujechawszy kilkanaście kroków, widzieli oni u brzegu inne czółno, którego weseli pasażerowie dysputowali z sobą bardzo krzykliwie i tytułowali się bardzo poufale. Oho!... nie koniec na tem, widać bowiem spadający w wodę kapelusz, za którym skacze najprzód jeden mężczyzna, za nim drugi, a podczas gdy pierwszy usiłuje wejść na statek, wśród klątw i śmiechów przybywa im do towarzystwa jakaś dama...
Fiu! fiu! teraz słychać nawet oklaski: jeden... drugi, i otóż rozpoczyna się rzęsiste brawo, w którem przyjmują udział ręce kilku osób i fizjognomje kilku innych...
Ale płynący znajomi nasi prawie że nie zważają na tę rozrywkę bliźnich, pozostałych na brzegu, bo błyskawice świecą i grzmoty huczą ze wszech stron. To też pełen godności Radca i majestatyczna Radczyni modlą się gorliwie, biedna Mania ledwie hamuje łzy, a wykwintny Karol?...
Wykwintny Karol, siedząc na brzegu łodzi i drżąc na całem ciele, ostrożnie wydobywa z kieszeni duży składany nóż i... puszcza go w wodę!...
— Panie!... — woła ktoś siedzący z tyłu — panu coś wypadło... Czy nie klucz?...
— To nóż — objaśnia ktoś drugi.
— Dobrze zrobił — chwali trzeci — znać wie, że w czasie burzy źle chodzić z żelastwem...
Podróżni zaczynają się śmiać, uśmiechają się nawet Radca i Radczyni, uśmiecha się i smutna Mania, a pan Karol wygląda tak, jakby chciał za swoim nożem pójść w wodę.
Nareszcie wylądowali; czas już był wielki, bo połowa nieba sczerniała jak węgiel i dmuchnął wicher gwałtowny. Szczęściem, spotkano dorożkę, która za stosowną opłatą podjęła się odstawić znajomych naszych do domu.

∗             ∗

Dobrą już godzinę syczał w mieszkaniu Radcostwa samowar, nim z burzą spadli państwo mogli z usług jego skorzystać. Razem z wejściem ich w bramę, lunął deszcz i zahuczały pioruny, uprzejmy więc gospodarz musiał zaprosić wielbiciela swej jedynaczki na wieczór.
Lecz obecność eleganckiego Karola nie ożywiła bynajmniej towarzystwa. Radczyni mruczała pacierz, Radca opatrywał okna, Mania wzdychała, a wykwintny gość ich pił herbatę, jeżeli szczękanie zębami o brzeg szklanki może się nazwać piciem.
Wtem na schodach usłyszano łoskot...
Na ten odgłos panna Marja zerwała się od stołu, pan Karol zsiniał, a w otwartych drzwiach ukazał się...
— Adolf!... — zawołała panna.
— Adolf!... — powtórzył Radca z małżonką.
Trudno zgadnąć, czy to skutkiem nagłego pojawienia się bladego kuzyna, czy też skutkiem prawie współczesnego uderzenia piorunu, elegancki Karol stracił zupełnie przytomność. Fioletowe usta jego były otwarte, oczy szklane.
— Tak późno, kuzynku!... — szepnęła z najsłodszą wymówką panna.
— Nie mogłem wcześniej, bom musiał wysuszyć kamasze, które mi „ten pan“ rzucił w błoto — odpowiedział chłodny Adolf, wskazując zmartwiałego Karola.
— W błoto?... a to jakim sposobem?... — pytał zdumiony Radca.
— Czekając na mego przyjaciela, zdjąłem kamasze, bo mnie piekły, i zdrzemnąłem. Wtedy „ten pan“ przyszedł, obejrzał mnie, a myśląc zapewne, że śpię...
— W jakimże celu? — dziwił się znowu Radca.
— W bardzo prostym — odparł nielitościwy Adolf — ażeby mnie ośmieszyć w oczach narzeczonej...
— Ciebie?... „ten pan?“ — przerwała uszczypliwa Mania. — „Ten pan,“ który się tak grzmotów boi, że aż rzucił swój scyzoryk do wody?...
Po takiem dictum „temu panu“ wyjaśniło się nagle dużo ciemnych dotąd tajemnic. Nie czekając więc dalszego ciągu, chwycił kapelusz i znikł z pokoju wśród śmiechu pozostałych osób.
Na schodach jednak ocknął się, a wiedząc, że pioruny uderzają niekiedy w ludzi szybko biegnących po ulicy, wszedł do skromnej komóreczki stróża, aby tam przeczekać ulewę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.