Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To nóż — objaśnia ktoś drugi.
— Dobrze zrobił — chwali trzeci — znać wie, że w czasie burzy źle chodzić z żelastwem...
Podróżni zaczynają się śmiać, uśmiechają się nawet Radca i Radczyni, uśmiecha się i smutna Mania, a pan Karol wygląda tak, jakby chciał za swoim nożem pójść w wodę.
Nareszcie wylądowali; czas już był wielki, bo połowa nieba sczerniała jak węgiel i dmuchnął wicher gwałtowny. Szczęściem, spotkano dorożkę, która za stosowną opłatą podjęła się odstawić znajomych naszych do domu.

∗             ∗

Dobrą już godzinę syczał w mieszkaniu Radcostwa samowar, nim z burzą spadli państwo mogli z usług jego skorzystać. Razem z wejściem ich w bramę, lunął deszcz i zahuczały pioruny, uprzejmy więc gospodarz musiał zaprosić wielbiciela swej jedynaczki na wieczór.
Lecz obecność eleganckiego Karola nie ożywiła bynajmniej towarzystwa. Radczyni mruczała pacierz, Radca opatrywał okna, Mania wzdychała, a wykwintny gość ich pił herbatę, jeżeli szczękanie zębami o brzeg szklanki może się nazwać piciem.
Wtem na schodach usłyszano łoskot...
Na ten odgłos panna Marja zerwała się od stołu, pan Karol zsiniał, a w otwartych drzwiach ukazał się...
— Adolf!... — zawołała panna.
— Adolf!... — powtórzył Radca z małżonką.
Trudno zgadnąć, czy to skutkiem nagłego pojawienia się bladego kuzyna, czy też skutkiem prawie współczesnego uderzenia piorunu, elegancki Karol stracił zupełnie przytomność. Fioletowe usta jego były otwarte, oczy szklane.
— Tak późno, kuzynku!... — szepnęła z najsłodszą wymówką panna.
— Nie mogłem wcześniej, bom musiał wysuszyć kamasze,