Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głym kapeluszu z wentylatorem, z błyszczącym nożem w rękach...
Zobaczywszy śpiącego, cień zadrżał, na chwilę stanął, przybliżył się, pochylił nad śpiącym, wykonał kilka ruchów i znikł w zaroślach...
O biedna, biedna Marja!...

∗             ∗

Niebo zaczęło się coraz więcej zachmurzać, a goście coraz liczniej opuszczać restauracją „pod Dębem,“ gdy systematyczny Radca, ogryzłszy ostatnią kostkę zgładzonej dla niego kaczki, zakomenderował odwrót do miasta.
— Ależ ojczulku! — prosiła prawie ze łzami Mania — jakże możemy odjechać bez Adolfa?... Przytem i pan Karol jeszcze nie wrócił...
— A, to trudno!... ja temu nie winienem, żeś się uparła z wysłaniem Karola — odpowiedział Radca. — Zresztą nic im się nie stanie, nie są dziećmi... No, w drogę, moje panny, bo nas burza zaskoczy!...
W tej chwili między drzewami ukazał się pan Karol, którego twarz prawdopodobnie skutkiem zapadającego mroku wyglądała dziwnie ponuro.
— Cóż Adolf?... czy nie znalazł pan Adolfa?... — zapytała niespokojnie panienka.
Zdawało się, że wykwintny młodzieniec zrozumiał w tej chwili całą zgrozę straszliwego pytania: „Kainie, gdzieś podział brata?“
— Och!... — przerwał niecierpliwy Radca — pewno nawet mieszkania nie znalazł... No, chodźmy!...
— Tak... zabłądziłem... nie znalazłem!... — odpowiedział pan Karol, jakby dławiąc się wyrazami.
W tej chwili zahuczał daleki grzmot, elegant drgnął, a całe towarzystwo ruszyło ku Wiśle.