Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cej w tej chwili pracuje nad wydobyciem niesfornych dźwięków z potężnej harmonijki, czy też nad utrzymaniem w jakiej takiej równowadze swej własnej postaci, którą z dziwnym uporem ciągnęła do siebie woda.
Lecz mimo piękną, choć niedość wyraźną grę wielkiej harmonijki, mimo wymowne nawoływania przewoźników, mimo niecierpliwości reszty towarzystwa, systematyczny Radca nie spieszył się z powierzeniem kruchemu statkowi swoich i swej rodziny losów. Natomiast, jako człowiek lubiący i umiejący badać, dostrzegł on, że pewien mały chłopiec w barchanowych majtkach i przyszytym do nich takimże spencerku, od czasu do czasu uderza o puste beczki butami, trzymanemi w rękach. Dostrzegł również, że z rozmaitych otworów młyna parowego wydobywają się w dość regularnych odstępach czasu syczące prądy pary, i że z ogromnej kupy żwiru także dość regularnie stacza się nadół jakiś pełnoletni mężczyzna, usiłujący w niewiadomych celach dostać się tą drogą na górę.
— Proszę państwa na Zygmonta, bo zara odpływam! — przerwał dumania Radcy kapitan tak nazwanego statku.
— Panie Radco, już czas!... Mężu... Ojczulku, siadajmy!... — uzupełnili razem blady Adolf, tudzież małżonka i jedynaczka czcigodnego myśliciela.
Na te hasła pan Radca poprawił stojący kołnierzyk, podniósł ostro zakończoną brodę ku niebu i postawił nogę na krawędzi Zygmonta.
— Na Izabelę, wielmożny panie!... do kompanji!... — wezwał Radcę inny kapitan, i otóż Radca postawił nogę na krawędzi Izabeli.
— Djabła warta, panie, ta skorupa, Paryska Gondola to migdał!... — odezwał się trzeci kapitan, a Radca, uznając zapewne słuszność tej uwagi, wsiadł — do Szybko-