Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szatę, która po bliższem przypatrzeniu się, okazywała dużo podobieństwa do kamizelki ztyłu i zprzodu otwartej.
— No, ustawcie się, przyniosłam wam jeść.
— Mnie jeść! — zawołała dziewczyna mniejsza, strojąc głos do płaczu.
Dziecko to siedziało na ziemi i od czasu do czasu uderzało blaszaną łyżką w patelnię.
— Cicho! dostaniesz i ty. Macie tu struclę: naści tobie... tobie i tobie.
Dzieci stanęły rzędem podług wzrostu, opierając głowy o krawędź stołu.
— Tu są figi... No, bierzta! A tu... sama nie wiem, jak się to nazywa, ale jedzcie, bo słodkie.
— Aj! prawda, panienko, że słodkie.
— A to szczupak.
— Szczupak?... Patrz, Jasiek, szczupak! — rzekła starsza dziewczyna do chłopca.
— Aaa!... — dziwił się chłopiec — patrz, Magda, szczupak...
— Szczupak! — wybełkotało dziecko, wsadzając palec w półotwartą paszczę ryby, którą chłopak w tej chwili przycisnął ze śmiechem.
— Oj! oj!... kąsa... kąsa! — zapłakało dziecko. — U... u!...
— To paskudne chłopczysko! — oburzyła się panna w zielonej sukni — chudy jak wędzonka, a zły jak pies. Poczekaj, nic teraz nie dostaniesz.
Zkolei chłopiec począł płakać, uspokojono go jednak niebawem i ustawiono w szeregu. Młoda dziewczyna kruszyła resztki szczupaka, przy słabem i migotliwem światełku wydobywała ostre kości, i biegając z szelestem od dziecka do dziecka, w otwarte usta kładła drobne kąski ryby, jak ptak karmiący pisklęta.
Tymczasem fortepian brzęczał, a w sąsiedztwie nie ustawała kłótnia.