Więzień Czyllonu (Byron, 1924)/poemat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Więzień Czyllonu
Pochodzenie Powieści poetyckie
Więzień Czyllonu
Redaktor Andrzej Tretiak
Data wydania 1924
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Druk W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Julian Korsak
Tytuł orygin. The Prisoner of Chillon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


WIĘZIEŃ CZYLLONU
W PRZEKŁADZIE
JULJANA KORSAKA
I

Włos mój już siwy, — lecz nie długie lata,[1]
Nie przez noc jedną tak go wybieliły[2]
Widma bojaźni, gdy strach z całej siły
Nagle w niemęskie serce zakołata.

Wzrost mój się chyli — lecz nie życia trudy

Ciało me zmogły, nie chorób cierpienia:
Lecz ta rdza ciągła spoczynku i nudy,
Co zwykle trawi ofiarę więzienia.
Los me dzieliły niejedne ofiary,

10 
Równie wygnani z powietrza i ziemi, —

Lecz że cierpiałem dla mych ojców wiary,
Lżej było walczyć z więzami długiemi.
Ojciec dał głowę pod miecz na szafocie,[3]
Za to, że nie chciał zaprzeć zdania swego;

15 
I z tej przyczyny wszystkie dzieci jego

Jęczały długo w więzienia ciemnocie.
Było nas siedmiu, — bracia młodsi byli:
Moja przekwitła, ich młodość kwitnąca;
I jak zaczęli oni, tak skończyli,

20 
Z prześladowaniem łamiąc się do końca;

Jeden w płomieniach, dwóch na polu chwały[4]
Krew swą przelało, — wszyscy równie stali,
Śmiercią rodzica za Boga skonali,
Któremu cześci wrogi zaprzeczały.

25 
Z losu więzienie było trzech udziałem,

Z których żyjący ja jeden zostałem.

II

Jest siedm kolumn gotyckiej struktury,
Pośród starego Czyllonu więzienia;
Jest siedem kolumn, których siwe mury

30 
Jakieś pochmurne światło opromienia.

Snadź promień słońca zbłąkał się w swej drodze,
I wpadł w tę grotę przez szczelinę ściany;[5]
Tam, jak meteor na bagnach zbłąkany,[6]
Wciąż po wilgotnej czołga się podłodze.

35 
W każdej kolumnie jest kruk zakrzywiony,[7]

Na każdym kruku łańcuch zawieszony,
A każdy pierścień łańcucha, jak żmija,
Żelaznym zębem do ciała się wpija.
Ząb ten na nogach dotąd się czerwieni,[8]

40 
Choć już oddawna zdjęto z nich okowy;

A dotąd jeszcze blask obraża dniowy
Wzrok mój, odwykły od słońca promieni!

Jak długie w więzach przecierpiałem lata,
Nie wiem, — bo z żalu liczbę ich straciłem,

45 
Odkąd po śmierci ostatniego brata,

Żywy, z trupami w tym więzieniu żyłem.

III

Trzech nas do słupów, jak jakich zbrodniarzy,
Wszystkich osobno uwiązano zrazu, —
Żeśmy nie mogli, podobni do głazu,[9]

50 
Ni kroku ruszyć, ni widzieć swych twarzy,

Chyba przy świetle, co idąc skroś ziemi,
Tak strasznie blado, tak ciemno świeciło,
Że w swoich oczach byliśmy obcemi.
Ręce związane, — serce wolnie biło![10]

55 
Jeszcze nas zrazu to jedno cieszyło,

To, żeśmy mogli, brzękając okowy,[11]
Mówić, i słuchać wzajemnej rozmowy.
Nieraz śpiewana pieśń rycerskiej treści,
Lub z gminnych podań krajowe powieści

60 
Ucho bawiły, za duszę chwytały,

Lecz i te z czasem obmierzły, schłodniały,
A głos nasz przejął ton dzikiego brzmienia,
Niby ton echa od murów więzienia.
Nie był to — może to było złudzeniem —

65 
Głos pełny, brzmiący, jak niegdyś, przed laty,

Gdyśmy, nie gorąc powietrza pragnieniem,[12]
Jeszcze nie znali tych murów i kraty.

IV

Z pomiędzy trzech nas ja najstarszy byłem,
Więc ich, jak mogłem, nadzieją cieszyłem.

70 
I każdy, kryjąc boleść, co go tłoczy,

Cieszył mnie wzajem, a sam płakał skrycie.
Najmłodszy, ojca ulubione dziécie,
Że miał błękitne naszej matki oczy,
Twarzą i głosem podobny był matce.

75 
Jego los smutny czułem duszą całą:

Zaprawdę, serce, patrzając, bolało,
Takiego ptaszka w takiej widzieć klatce!
A on tak piękny był jako pogodny[13]
Dzień dla sokoła, gdy wolny, swobodny.

80 
Jak dzień polarny, co zachodu słońca[14]

Wprzód nie zobaczy, aż nim lato minie —
Bezsenne lato, które dniem bez końca[15]
Płonie, przyświeca północnej krainie:
Taka pogoda była jego czoła,

85 
Tak dusza czysta, taka myśl wesoła.

On i łez nie znał; — szczęśliwe stworzenie,[16]
Co wciąż uśmiechem zbywa smutki swoje!
Łzy tylko chował na drugich cierpienie,
I wtedy tylko wylewał ich zdroje.

V
90 
Drugi miał różną, więcej męską duszę,[17]

Zdolną się ćwiczyć w twardej losów próbie,
Skłonną wycierpieć najsroższe katusze
I świat do walki wyzwać przeciw sobie.
Lecz on-by wolał wprzód z orężem w ręku

95 
Skonać, niż gnuśnie tak rdzewieć w kajdanach;

Umysł niezgięty w złych losu odmianach,
W mych oczach wkońcu zwiędniał od ich szczęku.
I jam też więdniał! — lecz cierpiąc kryjomu,
Przez żal, przez litość musiałem w tych murach

100 
Cieszyć te drogie relikwije domu.[18]

On z młodu pierwszym był łowcem na górach!
Gdzie w skałach śliska wykręca się droga,
Tam ścigał wilka, lub gonił za łanią;
Dziś to więzienie było mu otchłanią,

105 
A złem najgorszem uwięziona noga.
VI.

Jest przy Czyllonie Lemańskie jezioro;[19][20]
Tysiąc stóp w głębią jego wielkie wody

Idą, — z dna piasku swoje źrzódła biorą;
Wracają, szumią, wrą, lecą w zawody,

110 
A wał Czyllonu graniczy i leży

Tak blisko krętych jeziora wybrzeży,
Iż mur i woda podwójne więzienie,
Zda się, dla ludzi tam budują sobie,
By w niem mieszkali jak w żyjącym grobie;

115 
Nad nami czarne wisiało sklepienie,

Spodem błyszczały jeziora przestrzenie.
A tam war wody, jak stróż naszej groty,[21]
I dniem i nocą szumiał nad głowami,
Rażąc nam ucho ciągłemi łoskoty.

120 
Raz wielki bałwan, wydęty wiatrami,

Przez kratę cisnął bryzg wody przed nami,
I szedł, szalejąc, szturmować o chmury.
Wstrząśnione więzień pochwiały się mury,
Zdało się, że się rozpadną na ćwierci.[22]

125 
Jam na tę scenę z uśmiechem spoglądał!

Bo któżby w duszy wtedy nie zażądał
Mającej z więzów uwolnić go śmierci?

VII

Słuchajcie! co się z moim bratem stało:
Już wielkie jego serce upadało,

130 
A głód mu siły ostatnie odbierał;

Nie żeby w karmi jak dziecko przebierał,[23]
Gdyż, nieraz dzieląc łowieckie wyprawy,
Smak nasz był przywykł do myśliwskiej strawy;

Lecz tam — nie z łani wydojonem mlekiem,

135 
Spleśniałą wodą z fosy nas poili;

A chleb nasz czarny, jakim nas karmili,[24]
Wyglądał jakby od stu lat, przed wiekiem,
Już był moczony niewolników łzami,
Albo od czasu, jak myśl zapamięta,

140 
Gdy pierwszy człowiek własnemi rękami[25]

W lochach zamykał ludzi jak zwierzęta.
Lecz nie! — nie karmi brak go tak wychudził,
Nie z ziemskiej treści wielka dusza jego
Stworzoną była! — on w pałacach nudził,[26]

145 
Gardził powietrzem uwięzionem w murach;

Uciekał w pola jedynie dlatego,
By pełniej, wolniej odetchnął na górach.
Pocóż odwlekać straszne prawdy słowo?
On umarł... z żalu do reszty się zmogłem;[27]

150 
Jak trup zwieszony nad zmarłego głową,

Drżałem, drętwiałem — i umrzeć nie mogłem.
Chciałem — za słabe były siły moje —
Rozbić mój łańcuch, rozłamać na dwoje.
On umarł... wnet mu więzy otworzono,

155 
I ciało jego ziemią przyrzucono,

Tą samą ziemią z naszego więzienia!
Ja ich żebrałem jak o dar, by ciało
Jego gdzieś dalej pod oknem leżało,
Gdzieby dochodził przecie blask promienia...

160 
Śmieszna myśl! — lecz mnie tak się wtedy zdało,

Że i po śmierci jego pierś, tak wolna,
W takiem więzieniu spoczywać niezdolna!

Wolałbym milczeć, — bo gdy ich błagałem,
Zamiast litości śmiech tylko słyszałem,

165 
Zimno się śmieli — i trupa grzebali...

Gorzko jest, komu tak nędzną się zdarza
Widzieć mogiłę tych, cośmy kochali! —
I próżny łańcuch nad nią dłoń grabarza
Zwiesiła. — Właśnie to pomnik zbrodniarza![28]

VIII
170 
Lecz on, nadziei kwiat nad wszystkie kwiatki,

Pieszczota wszystkich, najmilszy, jedyny,
Wierny piękności obraz naszej matki,
Kochanek ojca i całej rodziny,
Cel mojej troski, nadziei ostatni!

175 
Całe me życie ja w siebie zebrałem,

Abym doczekał — ach nie doczekałem! —
Chwili, gdy wyjdzie z tej żelaznej matni.
On, co zachował do ostatniej chwili
Tę myśl wesołą, cośmy w nim lubili, —

180 
On też upadał ofiarą niewoli,

W oczach mych więdniał i gasnął powoli.
O Boże! straszny to widok sam w sobie,
Gdy z ciała dusza uchodzi człowieka,
W jakimbądź kształcie, w jakimbądź sposobie.

185 
Ja ją widziałem, gdy ze krwią ucieka,

Ja ją widziałem na przepaściach wody,
Walczącą z szałem morskiej niepogody, —
Aż ją w szaleństwie rozpaczy objęły[29]
Fale, i paszczą spienioną połknęły;

190 
Widziałem chore, trupie Grzechu łoże,

Gdy się pasował z widmami sumnienia, —

Okropne sceny! — lecz widok cierpienia,
Łez, żalu, z temi mieszać się nie może!
On konał, — smutek spokojny, łagodny,

195 
Twarz jego lekką powlekał żałobą;

Jakby się troszczył, a wzrok miał pogodny,
Za tymi, których porzucał za sobą.
Rumieniec, co wciąż jemu lica krasił,
Był tylko śmierci szyderstwem — nic więcéj!

200 
Bo wnet swą barwę gasił, i zagasił,

Jak słaby promień pierzchającej tęczy,
A takie światło z oczu jego biło,
Że i w więzieniu, zda się, widniej było!
Żaden jęk, żadne sarkające słowo

205 
I żadna skarga nad niewczesnym skonem

Z ust mu nie wyszła, — choć mdlejącym tonem[30]
Mówił, a jeszcze cieszącą rozmową
Głaskał mą rozpacz; — wtem westchnął, i głucho,
Pół-echem tylko, ozwały się mury;

210 
Był to przedśmiertny słaby jęk natury!

Na głos westchnienia wytężyłem ucho.
Długo słuchałem — i nic nie słyszałem![31]
Ja krzyczę, wołam, — mnie się jeszcze zdało,[32]
Że w moich uszach jego słowo brzmiało.

215 
Chciałem biec, lecieć — lecz, ja zapomniałem,[33]

Że jeszcze łańcuch na nogach mi cisnął.
Trąciłem nogą — i łańcuch mój prysnął!

Biegę, — przybiegam, — on umarł: — ja byłem
Jeden żyjący, z jedną duszą żywą;

220 
Ciężkim oddechem jeden tylko piłem

Stęchłe, zatrute powietrze więzienia.
Ostatnie, jedne najdroższe ogniwo
Między mną, między granicą stworzenia,
Co mię do życia wiązało jedynie, —

225 
Pękło, prysnęło w tej czarnej godzinie!

Jeden na ziemi byłem od tej chwili,
A bracia moi oba już nie żyli.
Wziąłem za rękę, co zimna leżała
Na trupiej piersi, — oblałem ją łzami.

230 
Lecz wnet i moja okrzepła, schłodniała,

I zdało mi się, że już byłem w grobie;
Lecz jeszcze, jeszcze czułem życie w sobie.
Wściekłe uczucie, kiedy już poznajem,
Że co kochamy, co nas kocha wzajem,

235 
Więcej nie będzie już dla nas i z nami,

Już nie ożyje... W rozpaczy zawarłem
Wszystkie dni moje; — czemuż nie umarłem?!
Wiara, co weszła po nadziei skonie,
Ta mi wstrzymała samobójcze dłonie.

IX
240 
A co się potem uczuło, myślało,

Nie pomnę, — pamięć stępiała w żałości.
Dla mnie powietrza i światła nie było,
Wkońcu już czułem nawet brak ciemności.
I żadnej myśli, uczucia żadnego

245 
Nie było we mnie; — martwy jak ta skała

Dzika, niepłodna, którą mgła obwiała,
Żyłem nie wiedząc poco i dlaczego?
Pośród kamieni sam jak kamień stałem.
Wszystko, co tylko dotknąłem, widziałem,

250 
Tak było białe, tak blade, tak siwe!

Ni to noc była, ni dnia światło żywe;

Ni to blask dzienny od lampy promyka,[34]
Co w nocy drażni oczy niewolnika, —
Lecz czczość, co całą przestrzeń pochłonęła,

255 
Gdzie nieruchomość bez miejsca spoczęła.

Był to kraj jakiś bez słońca pochodni,[35]
Bez gwiazd, księżyca, bez ziemi, — gdzie niéma
Czasu, stworzenia, ni cnoty, ni zbrodni, —
Lecz cichość, oddech, co z piersi olbrzyma

260 
Wyszedł, i uwiązł na ustach zamarły,

Morze, którego wody się zaparły
I stały, aż nim w jedne wielkie bryły
Zlały się razem — zastygły, i gniły.

X

Raz, nagle, w głowie, w myśli rozwidniało:[36]

265 
Słyszałem ptaszka jakiegoś śpiewanie;

Co kiedy ucho wdzięcznego słyszało,
Wszystko w niem było! — znowu byłem w stanie
Rozpoznać dawne, znajome przedmioty;
Znowu ujrzałem mur, kratę mej groty,

270 
I ten sam promień słońca, co z swej drogi

Zbłądził i leżał śród mokrej podłogi.
Raz, przez szczelinę, skąd się blask ten wlewał,[37]
Postrzegłem ptaszka: siedział w niej, i śpiewał;

Piękny, miał piórka błękitne z czarnemi,

275 
Zda się był więcej swojski, jak na drzewie;

Ja piękniejszego nigdy nie widziałem!
On tysiąc rzeczy mówił w swoim śpiewie,
Przynajmniej dla mnie, — ja go rozumiałem!
Snadź on samotny był, jak ja, na ziemi,

280 
Chociaż w połowie mniej smutny odemnie.

On, gdym już nie miał nikogo na świecie,
Coby mię kochał, — polubił mię przecie;
Ja tego ptaszka lubiłem wzajemnie.
On jakieś światło na duszę mą rzucił,

285 
On mię uczuciu i myśli powrócił.

Byłże on wolny? — może przez swawolę
Wybiegł z swej klatki, by śpiewać nad moją?
Ptaszku mój! znając tak dobrze niewolę,
Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją.[38]

290 
Może on tylko pod postacią ptaka

Był gościem z raju? O Boże! myśl taka!...
Przecież, gdym płakał i śmiał się zarazem,
Myśl ta rozkosznym stała się obrazem:
Że jeszcze do mnie dusza mego brata

295 
Przyszła w gościnę, aż nie z tego świata!

Lecz raz, gdy ptaszek w górę, w górę leciał,[39]
Postrzegłem błąd mój w złudzeniu stokrotnem:
Gdyby był brat mój, onby nie odleciał,
Tak mię nie rzucił podwójnie samotnym!

300 
Samotnym, jak trup po swoim pogrzebie,

Jak jeden obłok na ogromnem niebie,
Jak w dzień słoneczny jedna chmura mglista,
Gdy reszta nieba pogodna i czysta, —[40]

Co Bóg wie poco zjawia się, gdy wkoło,

305 
W niebie, na ziemi, lak jasno, wesoło!
XI

Wtem nowa zmiana zaszła w moim losie.
Widziałem litość w dozorcach więzienia;
Oni, tak zimni na widok cierpienia,
Już przy mnie dzikość miękczyli w swym głosie.

310 
Przecież tak było; — więzy nie skruszone

Gdzieś na podłodze bezczynnie leżały.
Niby-to wolny, w tę i owę stronę
Chodziłem; nieraz dzień przechodzę cały,
Odpocznę chwilę, znów wstaję na nogi,

315 
I zbijam mokre więzienia podłogi;

To siedem kolumn raz obejdę kołem,
I znów powracam, skąd chodzić zacząłem.
Lecz wciąż musiałem z jakąś stąpać trwogą.
Bym grobów braci nie zdeptał mą nogą,

320 
A ta myśl nieraz siły mi odjęła,

Nieraz tak silno mój oddech ścisnęła,
Iż go nie mogłem wytchnąć piersią całą;
A chore serce drętwiało — i mdlało!

XII

I raz przechadzką zaszedłem pod wały;[41]

325 
Nie żebym stronił od tych miejsc zdaleka,

Gdzie ręce moje wszystko pogrzebały,
Co mię kochało w postaci człowieka.
Co mi z wolności? gdy ta ziemia cała
Szerszem więzieniem tylkoby się zdała!

330 
Gdzie krewnych, ojca, ni dzieci nie było,

Nic, słowem, coby mię do niej wabiło! —[42]

Lecz od lat tylu zamknięty w te mury,
Byłem ciekawy, przez okno, z za kraty,
Spojrzeć, i widzieć te olbrzymie góry,

335 
Na które patrzyć lubiłem przed laty.
XIII

Spojrzałem, — już mi przed oczyma były!
Zawsze też same, nic się nie zmieniły.
I śnieg ten samy leżał na ich czole,
Śnieg lat tysiąca; — a u stóp ich, w dole,

340 
Błyszczy jezioro; — nurt tocząc wspaniale,

Tuż za niem Ronu błękitnieją fale.[43]
Słyszałem dobrze, z jakiemi łoskoty
Druzgotał drzewa, przesadzał przez groty.
Biały mur miasta przeświecał się w dali;

345 
Bielszy od muru lśnił żagiel na fali.

Tam, pośród wielkiej jeziora odnogi
Wznosi się wyspa nad wodne topiele:[44]
Mała, zielona, zdała się niewiele[45]
Szersza od mojej w więzieniu podłogi.

350 
Na niej widziałem trzy wysokie drzewa:

Z gór wiatr wiejący ich liście powiewa;
Przy nich tłum źrzódeł, tłum kwiatów na błoni,
Tysiącznej barwy i rozkosznej woni.
Wesołe ryby pod mur podpływały,

355 
Grając swobodnie w wodach się pluskały;

Orzeł, jak jeździec, pędząc wiatr po chmurach,
Nigdy nie leciał na tak rączych piórach!

Leciał, i ku mnie swe skrzydła obrócił.
Patrzałem — łzami oko się zalało,

360 
Padłem na ziemię, — ach! bo mi się zdało,[46]

Żem jeszcze świeżych więzów nie porzucił!
Rzuciłem okno; — z wstydem wyznać muszę,[47]
Że znowu ciemność mojego więzienia
Jakby całunem padła na mą duszę.

365 
Straszna, okropna, grobowa ciemnica! —[48]

Przecież w ciemności pragnęła spocznienia
Światłem i łzami znużona źrenica.

XIV

Były tygodnie, miesiące, dni, lata, —
Lecz ich rachuba wypadła mi z myśli,

370 
A z nią nadzieja oglądania świata.

Wkońcu dozorcę moi do mnie przyśli,
I zwiastowali wolność! — Ich przybycie,[49]
Ich radość nawet dość zimno przyjąłem,
Gdyż w moim stanie już mi jedno było,

375 
W więzach, czy bez nich smutne płużyć życie.[50]

A serce tak się od bólów zdrętwiło,
Że już w rozpaczy podobać zacząłem![51]
Odkąd dozorce ze mnie więzy zdjęli,
Nim od żelaza zamknęły się blizny,

380 
Mnie się zdawało, że oni znów chcieli

Wyrwać mię z domu, z drugiej mej ojczyzny!
Gdyż jak pustelnik nieznany nikomu,
Żyłem tu, jakby w swoim własnym domu.

Z każdym pająkiem ja w przyjaźni żyłem.

385 
Nieraz, pamiętam, z rozkoszą patrzyłem,

Gdy mysz igrała przy świetle księżyca.
I czemuż mogłem ja mniej czuć jak oni?
Wszyscyśmy do tej przywykli ustroni.
Ja, król ich rodu! człowiek, gąsienica,[52]

390 
Mogłem ich zabić! — a przecie jak w grobie

My z sobą w zgodzie, w pokoju-śmy żyli!
Ja i mój łańcuch jak dwa druhy byli.
Skutek nałogu! — z długiem nawyknieniem
Stajem się wkońcu, czem jesteśmy w sobie.

395 
Jam wolność moję odzyskał z westchnieniem.





Przypisy

  1. w. 1. długie lata — starość.
  2. w. 2. przez noc jedną tak go wybieliły — »Ludwik Sforza i inni. To samo utrzymują także o Marji Antoninie, żonie Ludwika XVI, lecz to miało się stać nie w tak krótkim przeciągu czasu. Smutek wywołuje podobno ten sam skutek; tej to przyczynie, a nie lękowi, należy przypisać tę zmianę barwy włosów królowej«. (B).
  3. w. 13. Ojciec dał głowę — szczegół nie historyczny.
  4. w. 21. Historyczny Bonivard miał tylko dwóch braci.
  5. w. 32. grotę — Cela Bonivarda była wykuta w skale, stąd można ją uważać niejako za grotę.
  6. w. 33. jak meteor — Korsak nie zrozumiał obrazu Byrona, który mówi tu o ogniku błędnym, świecącym na bagnach; podobnie promyk słońca ślizgał się, rzucając za sobą długi połysk, po śliskiej podłodze.
  7. w. 35. kruk — hak z wielkim, okrągłym dzióbem.
  8. w. 39—41. Korsak nie zrozumiał tu oryginału: »bo zęby jego pozostawiają na tych członkach ślady, które się nie zetrą, aż ja zakończę ten nowy dzień [tj. nową dla mnie, jakby dla świeżo narodzonego, epokę wolności, jednem słowem: aż umrę], który teraz dręczy moje oczy, co tak długo nie widziały dnia« i t. d.
  9. w. 49. podobni do głazu, i w. 51. co idąc skróś ziemi — dodatki tłumacza.
  10. w. 54. serce wolnie biło — W oryg.:»połączeni sercem« — w przeciwstawieniu do niemożności połączenia związanych prawic.
  11. w. 56. brzękając okowy — dodatek tłumacza.
  12. ww. 66—7 dodatek tłumacza.
  13. w. 78—9. Mała zmiana w obrazie oryg.: »brat był piękny jak dzień — kiedy to dzień był dla mnie piękny, jak dla młodych orląt na swobodzie«.
  14. w. 80. dzień polarny — lato w okolicach podbiegunowych, w którem prawie niema zachodu słońca.
  15. w. 82. Bezsenne lato — Opuszczony tutaj obraz Byrona: »w śnieg odziane dziecię słońca«.
  16. w. 86 od szczęśliwe stworzenie i. w. 87 — dodatek tłumacza.
  17. w. 90. różną — odmienną.
  18. w. 100. relikwje — ostatnie szczątki rodziny.
  19. w. 106. Do tego wiersza uwaga Byrona: »Zamek Chillonu leży między Clarens i Villeneuve, które to ostatnie miasto leży na jednej z najdalej w głąb lądu sięgających zatok jeziora Genewskiego. Po lewej jego stronie jest wypływ Rodanu, naprzeciwko zaś wysokie grzbiety Meillerie i łańcuch Alp ponad Boveret i St. Gingo. W pobliżu za pagórkiem jest wodospad; poniżej niego (zamku} jezioro, obmywające jego mury, sięga aż do zbadanej głębokości 800 stóp miary francuskiej; w środku jest szereg więzień, w których trzymano pierwszych reformatorów, a tem samem i przestępców stanu. Poprzez jedno sklepienie jest czarna od starości belka, na której, jak nam opowiadano, wykonywano pierwej egzekucje na skazanych. W celach jest siedm kolumn, albo raczej ośm, gdyż jedna napół wmurowana jest w ścianę; w kilku z nich są pierścienie na okowy i na więźniów; na podłodze stopy Bonnivarda pozostawiły ślady. Bonnivard był więziony przez szereg lat. Przy tym to zamku właśnie Rousseau umieścił katastrofę swojej Heloizy, a mianowicie wyratowanie przez Julję z wody jednego z jej dzieci; przerażenie z powodu tego wypadku i choroba wywołana przemoczeniem są przyczyną jej śmierci. — Zamek jest duży i widoczny zdaleka na jeziorze. Mury są białe«.
  20. w. 106—116. Bardzo dowolny (rzecz u Korsaka niezwykła) przekład oryginału: »Przy murach Chillonu leży jezioro Lemanu; potężne jego wody spotykają się i płyną na tysiąc stóp w głębi; tak głęboko spadła morska sonda z białych blanków Chillonu, które naokoło uwięziły fale; mur i fala uczyniły więzienie podwójnem, — uczyniły je żywym grobem poniżej powierzchni jeziora«.
  21. w. 117. war wody — silny prąd wody.
  22. w. 124. Obraz dodany przez tłumacza.
  23. w. 131. w karmi — w potrawach; jak dziecko — dodatek tłumacza.
  24. ww. 136—8. W oryg.: »Nasz chleb był taki sam, jak ten, który łzy więźniów przepajały swoją wilgocią od tysiąca lat«.
  25. w. 140. Gdy pierwszy człowiek — gdy człowiek po raz pierwszy.
  26. w. 144. nudził — nudził się (Korsak opuszcza dość często zaimek zwrotny).
  27. ww. 149—151. W oryg.: »On umarł. Widziałem to i nie mogłem podtrzymać mu głowy, ani uściskać jego konającej dłoni, już martwej nawet dłoni«.
  28. w. 169. Właśnie to pomnik zbrodniarza — odpowiedni to pomnik dla zbrodniarza. Korsak nie zrozumiał oryg.: »to jest pomnik odpowiedni dla Zbrodni«, t. j. dla zbrodniarzy, którzy zamordowali brata Bonivarda.
  29. ww. 188—9 dodane przez tłumacza, niezupełnie stosownie.
  30. ww. 206—211. W oryg.: »rozpowiadał nieco o lepszych dniach, aby rozbudzić we mnie trochę nadziei, bo ja pogrążony byłem w głębokiem milczeniu, — zapadłem się w tę największą dla mnie, bolesną stratę; a potem — jęki słabości opadającej na siłach natury, które chciał tłumić, były coraz cichsze i coraz rzadsze«.
  31. po w. 212 opuszczone w przekładzie trzy wiersze oryginału: »Krzyczałem, bo dzika ogarnęła mnie trwoga; — wiedziałem, że to wszystko jest beznadziejne, ale moja trwoga nie dała mi się ująć w karby«.
  32. w. 213. mnie się jeszcze zdało — w oryg.: mnie się wtedy zdało.
  33. w. 215—7. W oryg.: »Zerwałem łańcuch jednym silnym skokiem, i przypadłem do niego«.
  34. ww. 252—3 w tłumaczeniu niezrozumiałe; w oryg.: »nie było to nawet światło więzienne [owo przyćmione światło dzienne, wspomniane w ustępie II], które było tak wstrętne dla mojego ciężkiego wzroku« (z trudem widzącego).
  35. w. 256. bez słońca pochodni — dodatek tłumacza.
  36. ww. 264—7. W oryg.: »Światło mi nagle w mózgu mym rozbłysło — to ptaszek swoją śpiewać jął piosenkę; ustał — po chwili znowu pieśń zabrzmiała, jedna z najmilszych jaką ucho słyszy, — a moje było jej wdzięczne, aż oczy zaszły łzami radości i na chwilę przestały widzieć, żem jest bratem nędzy; ale stopniowo, zwolna, powracały me zmysły... znowu mogłem« i t. d.
  37. w. 272. Raz — źle przetłumaczone; powinno być: »i oto«, gdyż właśnie wtedy zobaczył Bonivard tego ptaszka w szczelinie, a raczej w otworze strzelniczym swej celi.
  38. w. 289. Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją — nie mógłbym sobie życzyć, abyś ty w klatce był razem ze mną w mojej celi, choć twój śpiew tak mnie cieszył.
  39. w. 296. raz, gdy — powinno być tylko: »kiedy« (por. w. 272).
  40. po w. 303 opuszczony obraz oryg.: »jak zmarszczka gniewna w przestrzeni powietrza«.
  41. ww. 324—5. W oryg.: »Uczyniłem sobie w murze stopnie, nie nato, by uciec z więzienia«.
  42. po w. 331 opuszczone w przekładzie dwa wiersze: »Myślałem o tem i cieszyłem się, bo myśl o nich uczyniła mnie szalonym« (myśl o cierpieniach braci przedtem).
  43. w. 341. Ronu — Rodanu, rzeki przepływającej przez jezioro Lemańskie, sławnej z błękitnej barwy swoich fal.
  44. w. 347. »Między miejscem, gdzie wpada Rodan, a Villeneuve, niedaleko od Chillonu, jest bardzo mała wysepka (Ile de Paix — Wyspa pokoju), jedna jedyna, którą mogłem zobaczyć w moich podróżach po jeziorze, przepływanem wokoło i naprzestrzał; jest tam kilka drzew — zdaje mi się, że nie więcej jak trzy; przez to, że jest jedyna i tak mała, robi nadzwyczajne wrażenie« (B).
  45. po w. 348 opuszczone: »jedna jedyna, którą mogłem stamtąd widzieć«.
  46. ww. 360—1. W oryg.: »poczułem niepokój, i wiele byłbym dał za to, żebym nie był opuszczał mojego niedawnego łańcucha«.
  47. w. 362. z wstydem wyznać muszę — dodatek tłumacza.
  48. w. 365. W oryg.: »Był to jakgdyby świeżo usypany grób nad kimś, kogo pragnęliśmy wydrzeć śmierci«.
  49. w. 372—3. W oryg.: »i dali mi wolność; nie pytałem ich, dlaczego, i nie troszczyłem się, dokąd mam iść, wolny«.
  50. w. 375. płużyć — pędzić z trudem.
  51. w. 377. w rozpaczy podobać — lubić życie pełne rozpaczy.
  52. w. 389—90. człowiek, gąsienica — dodatek Korsaka, niby w stylu byronowskim; tak samo dodatek: jak w grobie, który daje zupełnie inny, przykry obraz rozkładu ciała, zamiast właśnie spokojnego, pełnego rezygnacji obrazu współżycia człowieka z robakiem w świecie żyjących.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Julian Korsak.