Strona:Jerzy Byron-powieści poetyckie.pdf/386

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Co Bóg wie poco zjawia się, gdy wkoło,

305 
W niebie, na ziemi, lak jasno, wesoło!
XI

Wtem nowa zmiana zaszła w moim losie.
Widziałem litość w dozorcach więzienia;
Oni, tak zimni na widok cierpienia,
Już przy mnie dzikość miękczyli w swym głosie.

310 
Przecież tak było; — więzy nie skruszone

Gdzieś na podłodze bezczynnie leżały.
Niby-to wolny, w tę i owę stronę
Chodziłem; nieraz dzień przechodzę cały,
Odpocznę chwilę, znów wstaję na nogi,

315 
I zbijam mokre więzienia podłogi;

To siedem kolumn raz obejdę kołem,
I znów powracam, skąd chodzić zacząłem.
Lecz wciąż musiałem z jakąś stąpać trwogą.
Bym grobów braci nie zdeptał mą nogą,

320 
A ta myśl nieraz siły mi odjęła,

Nieraz tak silno mój oddech ścisnęła,
Iż go nie mogłem wytchnąć piersią całą;
A chore serce drętwiało — i mdlało!

XII

I raz przechadzką zaszedłem pod wały;[1]

325 
Nie żebym stronił od tych miejsc zdaleka,

Gdzie ręce moje wszystko pogrzebały,
Co mię kochało w postaci człowieka.
Co mi z wolności? gdy ta ziemia cała
Szerszem więzieniem tylkoby się zdała!

330 
Gdzie krewnych, ojca, ni dzieci nie było,

Nic, słowem, coby mię do niej wabiło! —[2]

  1. ww. 324—5. W oryg.: »Uczyniłem sobie w murze stopnie, nie nato, by uciec z więzienia«.
  2. po w. 331 opuszczone w przekładzie dwa wiersze: »Myślałem o tem i cieszyłem się, bo myśl o nich uczyniła mnie szalonym« (myśl o cierpieniach braci przedtem).