Więzień Czyllonu (Byron, 1924)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Więzień Czyllonu
Pochodzenie Powieści poetyckie
Redaktor Andrzej Tretiak
Data wydania 1924
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Druk W. L. Anczyca i Spółki w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Julian Korsak,
Andrzej Tretiak
Tytuł orygin. The Prisoner of Chillon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


WIĘZIEŃ CZYLLONU
W PRZEKŁADZIE
JULJANA KORSAKA
SONET NA ZAMEK CHILLON[1]

Wieczysty duchu niespętanej duszy,
najjaśniej świecisz, Wolności, w więzieniu!
bo tam mieszkaniem twojem jest to serce,
które twa miłość jeno spętać może.

A gdy synowie twoi w więzach giną,

w wieżach i celi wilgotnej pomroku,
ojczyzna ich zwycięża ich męczeństwem
i z każdym wiatrem płynie sława wolnych!

O Chillon! cela twoja jest świątynią

10 
a twa posadzka ołtarzem — bo po niej

chodził, aż kroki jego ślad wybiły,

jakgdyby zimny bruk był miękką gliną,
Bonnivard! — Niechaj nikt go nie usuwa,[2]
bo od tyranów woła on do Boga!

PRZEDMOWA[3]

W okresie pisania tego poematu nie znałem dokładnie historji Bonnivarda; w przeciwnym razie byłbym usiłował dodać tematowi temu godności przez naznaczenie jego odwagi i cnót. Krótki zarys jego życia otrzymałem przez grzeczność z rąk jednego z obywateli tej Rzeczypospolitej,[4] która zawsze jeszcze szczyci się pamięcią męża, godnego najlepszych okresów starożytnej wolności[5].
»Franciszek de Bonnivard[6], syn Ludwika de Bonnivard pana dziedzicznego na Seyssel i Seigneura de Lunes urodził się w r. 1496. Studja odbył w Turynie; w r. 1510 stryj jego, Jan Amadeusz de Bonnivard, zrzekł się na jego korzyść godności opata w St. Victor, które przytykało do murów Genewy i było świetnem beneficjum[7].
Ten wielki człowiek (Bonnivard zasługuje na to miano przez wielkość duszy, prostotę serca, szlachetność pobudek, mądrość udzielanych rad, odwagę swych wystąpień, rozległość swej wiedzy i żywość umysłu), ten wielki człowiek, wzbudzający podziw wszystkich, których bohaterska cnota potrafi jeszcze pobudzić, wznieca jeszcze żywszą wdzięczność w sercach obywateli Genewy, którzy swoje miasto kochają. Bonnivard był dla niego zawsze wielką podporą; aby utrwalić wolność nowej republiki, nie obawiał się często tracić swojej własnej, nie pamiętał na swoje trudy, gardził swem bogactwem, nie zaniedbał niczego, co mogło utwierdzić szczęście ojczyzny, którą zaszczycił swoim obiorem; od tej chwili dbał o nią, jak najgorliwsi z pośród jej obywateli; służył jej z nieustraszonem męstwem bohatera i napisał jej dzieje ze szczerością mędrca i ciepłem patrjoty.
Mówi na początku swych Dziejów Genewy, że »od chwili, gdy zaczął czytać historję narodów, czuł pociąg do republikanizmu, którego sprawę uznał za swoją; ten to właśnie pociąg do wolności kazał mu bezwątpienia obrać Genewę za swą ojczyznę...
Bonnivard jeszcze jako młodzieniec ogłosił się śmiało obrońcą Genewy przeciwko ks. Sabaudji i biskupowi...
W roku 1519 Bonnivard stał się męczennikiem za swoją ojczyznę; gdy ks. Sabaudji wkroczył do Genewy na czele 500 ludzi, Bonnivard, obawiając się nieprzychylności księcia, chciał się schronić do Fryburga przed jej skutkami; ale zdradzony przez dwóch towarzyszów swoich, został na rozkaz księcia zawieziony do zamku Grolée, gdzie dwa lata spędził jako więzień. Bonnivard miał dużo przykrości w swojej tułaczce, ale te przykrości nie osłabiły jego zapału dla Genewy; skąd zawsze jeszcze był niebezpiecznym nieprzyjacielem tych, którzy jej zagrażali, i wskutek tego był narażony na prześladowanie z ich strony. W r. 1530 opadli go w górach Jura złoczyńcy, i ograbiwszy go, wydali w ręce ks. Sabaudji; ten uwięził go w zamku Chillôn, gdzie Bonnivard przebywał bez śledztwa aż do r. 1536; w tym czasie został uwolniony przez Berneńczyków, którzy zdobyli Pays de Vaud.
Bonnivard, wydostawszy się na wolność, doznał tego szczęścia, że zobaczył Genewę wolną i protestancką. Rzeczpospolita nie omieszkała wyrazić mu swej wdzięczności i wynagrodzić za cierpienia, które znosił: uczyniła go obywatelem honorowym, w lipcu 1536 r., darowała mu dom, dawniejsze mieszkanie genewskiego Wikarjusza, i przeznaczyła pensję dwustu dukatów złotych, aby w Genewie pozostał; w r. 1537 został członkiem Rady Dwustu.
Bonnivard nie przestał jednak pracować z pożytkiem; skończywszy pracę nad uwolnieniem Genewy, zdołał uczynić ją pełną tolerancji. Bonnivard namówił Radę, aby przedkładając propozycje zmiany wiary (księżom i włościanom), dawała im czas dostateczny do ich zbadania. Nawracał przez swą dobroć: wykłada się zawsze dobrze naukę Chrystusa, jeżeli się ją wykłada z miłością...
Bonnivard był uczonym: jego rękopisy, znajdujące się obecnie w bibljotece publicznej, świadczą, że znał klasycznych autorów łacińskich, że zgłębiał teologję i historję. Ten wielki człowiek kochał wiedzę i wierzył że ona opromieni sławą Genewę; toteż nie zaniedbał niczego, aby ją umocnić w tem młodem mieście; w r. 1551 ofiarował swoją bibljotekę dla użytku publicznego; stała się ona zaczątkiem naszej publicznej bibljoteki; a książki owe to właśnie te rzadkie i piękne wydania z XV wieku, które widzieć można w naszych zbiorach. Wreszcie, w tym samym roku, ten wielki patrjota mianował Rzeczpospolitą swoją spadkobierczynią, pod warunkiem, że zużyje jego majątek na utrzymanie kollegjum, którego założenie właśnie projektowano.
Bonnivard umarł prawdopodobnie w r. 1570; ale stwierdzić tego nie można, gdyż w metrykach śmierci jest luka od lipca r. 1570 aż daleko w r. 1571«[8].



I

Włos mój już siwy, — lecz nie długie lata,[9]
Nie przez noc jedną tak go wybieliły[10]
Widma bojaźni, gdy strach z całej siły
Nagle w niemęskie serce zakołata.

Wzrost mój się chyli — lecz nie życia trudy

Ciało me zmogły, nie chorób cierpienia:
Lecz ta rdza ciągła spoczynku i nudy,
Co zwykle trawi ofiarę więzienia.
Los me dzieliły niejedne ofiary,

10 
Równie wygnani z powietrza i ziemi, —

Lecz że cierpiałem dla mych ojców wiary,
Lżej było walczyć z więzami długiemi.
Ojciec dał głowę pod miecz na szafocie,[11]
Za to, że nie chciał zaprzeć zdania swego;

15 
I z tej przyczyny wszystkie dzieci jego

Jęczały długo w więzienia ciemnocie.
Było nas siedmiu, — bracia młodsi byli:
Moja przekwitła, ich młodość kwitnąca;
I jak zaczęli oni, tak skończyli,

20 
Z prześladowaniem łamiąc się do końca;

Jeden w płomieniach, dwóch na polu chwały[12]
Krew swą przelało, — wszyscy równie stali,
Śmiercią rodzica za Boga skonali,
Któremu cześci wrogi zaprzeczały.

25 
Z losu więzienie było trzech udziałem,

Z których żyjący ja jeden zostałem.

II

Jest siedm kolumn gotyckiej struktury,
Pośród starego Czyllonu więzienia;
Jest siedem kolumn, których siwe mury

30 
Jakieś pochmurne światło opromienia.

Snadź promień słońca zbłąkał się w swej drodze,
I wpadł w tę grotę przez szczelinę ściany;[13]
Tam, jak meteor na bagnach zbłąkany,[14]
Wciąż po wilgotnej czołga się podłodze.

35 
W każdej kolumnie jest kruk zakrzywiony,[15]

Na każdym kruku łańcuch zawieszony,
A każdy pierścień łańcucha, jak żmija,
Żelaznym zębem do ciała się wpija.
Ząb ten na nogach dotąd się czerwieni,[16]

40 
Choć już oddawna zdjęto z nich okowy;

A dotąd jeszcze blask obraża dniowy
Wzrok mój, odwykły od słońca promieni!

Jak długie w więzach przecierpiałem lata,
Nie wiem, — bo z żalu liczbę ich straciłem,

45 
Odkąd po śmierci ostatniego brata,

Żywy, z trupami w tym więzieniu żyłem.

III

Trzech nas do słupów, jak jakich zbrodniarzy,
Wszystkich osobno uwiązano zrazu, —
Żeśmy nie mogli, podobni do głazu,[17]

50 
Ni kroku ruszyć, ni widzieć swych twarzy,

Chyba przy świetle, co idąc skroś ziemi,
Tak strasznie blado, tak ciemno świeciło,
Że w swoich oczach byliśmy obcemi.
Ręce związane, — serce wolnie biło![18]

55 
Jeszcze nas zrazu to jedno cieszyło,

To, żeśmy mogli, brzękając okowy,[19]
Mówić, i słuchać wzajemnej rozmowy.
Nieraz śpiewana pieśń rycerskiej treści,
Lub z gminnych podań krajowe powieści

60 
Ucho bawiły, za duszę chwytały,

Lecz i te z czasem obmierzły, schłodniały,
A głos nasz przejął ton dzikiego brzmienia,
Niby ton echa od murów więzienia.
Nie był to — może to było złudzeniem —

65 
Głos pełny, brzmiący, jak niegdyś, przed laty,

Gdyśmy, nie gorąc powietrza pragnieniem,[20]
Jeszcze nie znali tych murów i kraty.

IV

Z pomiędzy trzech nas ja najstarszy byłem,
Więc ich, jak mogłem, nadzieją cieszyłem.

70 
I każdy, kryjąc boleść, co go tłoczy,

Cieszył mnie wzajem, a sam płakał skrycie.
Najmłodszy, ojca ulubione dziécie,
Że miał błękitne naszej matki oczy,
Twarzą i głosem podobny był matce.

75 
Jego los smutny czułem duszą całą:

Zaprawdę, serce, patrzając, bolało,
Takiego ptaszka w takiej widzieć klatce!
A on tak piękny był jako pogodny[21]
Dzień dla sokoła, gdy wolny, swobodny.

80 
Jak dzień polarny, co zachodu słońca[22]

Wprzód nie zobaczy, aż nim lato minie —
Bezsenne lato, które dniem bez końca[23]
Płonie, przyświeca północnej krainie:
Taka pogoda była jego czoła,

85 
Tak dusza czysta, taka myśl wesoła.

On i łez nie znał; — szczęśliwe stworzenie,[24]
Co wciąż uśmiechem zbywa smutki swoje!
Łzy tylko chował na drugich cierpienie,
I wtedy tylko wylewał ich zdroje.

V
90 
Drugi miał różną, więcej męską duszę,[25]

Zdolną się ćwiczyć w twardej losów próbie,
Skłonną wycierpieć najsroższe katusze
I świat do walki wyzwać przeciw sobie.
Lecz on-by wolał wprzód z orężem w ręku

95 
Skonać, niż gnuśnie tak rdzewieć w kajdanach;

Umysł niezgięty w złych losu odmianach,
W mych oczach wkońcu zwiędniał od ich szczęku.
I jam też więdniał! — lecz cierpiąc kryjomu,
Przez żal, przez litość musiałem w tych murach

100 
Cieszyć te drogie relikwije domu.[26]

On z młodu pierwszym był łowcem na górach!
Gdzie w skałach śliska wykręca się droga,
Tam ścigał wilka, lub gonił za łanią;
Dziś to więzienie było mu otchłanią,

105 
A złem najgorszem uwięziona noga.
VI.

Jest przy Czyllonie Lemańskie jezioro;[27][28]
Tysiąc stóp w głębią jego wielkie wody

Idą, — z dna piasku swoje źrzódła biorą;
Wracają, szumią, wrą, lecą w zawody,

110 
A wał Czyllonu graniczy i leży

Tak blisko krętych jeziora wybrzeży,
Iż mur i woda podwójne więzienie,
Zda się, dla ludzi tam budują sobie,
By w niem mieszkali jak w żyjącym grobie;

115 
Nad nami czarne wisiało sklepienie,

Spodem błyszczały jeziora przestrzenie.
A tam war wody, jak stróż naszej groty,[29]
I dniem i nocą szumiał nad głowami,
Rażąc nam ucho ciągłemi łoskoty.

120 
Raz wielki bałwan, wydęty wiatrami,

Przez kratę cisnął bryzg wody przed nami,
I szedł, szalejąc, szturmować o chmury.
Wstrząśnione więzień pochwiały się mury,
Zdało się, że się rozpadną na ćwierci.[30]

125 
Jam na tę scenę z uśmiechem spoglądał!

Bo któżby w duszy wtedy nie zażądał
Mającej z więzów uwolnić go śmierci?

VII

Słuchajcie! co się z moim bratem stało:
Już wielkie jego serce upadało,

130 
A głód mu siły ostatnie odbierał;

Nie żeby w karmi jak dziecko przebierał,[31]
Gdyż, nieraz dzieląc łowieckie wyprawy,
Smak nasz był przywykł do myśliwskiej strawy;

Lecz tam — nie z łani wydojonem mlekiem,

135 
Spleśniałą wodą z fosy nas poili;

A chleb nasz czarny, jakim nas karmili,[32]
Wyglądał jakby od stu lat, przed wiekiem,
Już był moczony niewolników łzami,
Albo od czasu, jak myśl zapamięta,

140 
Gdy pierwszy człowiek własnemi rękami[33]

W lochach zamykał ludzi jak zwierzęta.
Lecz nie! — nie karmi brak go tak wychudził,
Nie z ziemskiej treści wielka dusza jego
Stworzoną była! — on w pałacach nudził,[34]

145 
Gardził powietrzem uwięzionem w murach;

Uciekał w pola jedynie dlatego,
By pełniej, wolniej odetchnął na górach.
Pocóż odwlekać straszne prawdy słowo?
On umarł... z żalu do reszty się zmogłem;[35]

150 
Jak trup zwieszony nad zmarłego głową,

Drżałem, drętwiałem — i umrzeć nie mogłem.
Chciałem — za słabe były siły moje —
Rozbić mój łańcuch, rozłamać na dwoje.
On umarł... wnet mu więzy otworzono,

155 
I ciało jego ziemią przyrzucono,

Tą samą ziemią z naszego więzienia!
Ja ich żebrałem jak o dar, by ciało
Jego gdzieś dalej pod oknem leżało,
Gdzieby dochodził przecie blask promienia...

160 
Śmieszna myśl! — lecz mnie tak się wtedy zdało,

Że i po śmierci jego pierś, tak wolna,
W takiem więzieniu spoczywać niezdolna!

Wolałbym milczeć, — bo gdy ich błagałem,
Zamiast litości śmiech tylko słyszałem,

165 
Zimno się śmieli — i trupa grzebali...

Gorzko jest, komu tak nędzną się zdarza
Widzieć mogiłę tych, cośmy kochali! —
I próżny łańcuch nad nią dłoń grabarza
Zwiesiła. — Właśnie to pomnik zbrodniarza![36]

VIII
170 
Lecz on, nadziei kwiat nad wszystkie kwiatki,

Pieszczota wszystkich, najmilszy, jedyny,
Wierny piękności obraz naszej matki,
Kochanek ojca i całej rodziny,
Cel mojej troski, nadziei ostatni!

175 
Całe me życie ja w siebie zebrałem,

Abym doczekał — ach nie doczekałem! —
Chwili, gdy wyjdzie z tej żelaznej matni.
On, co zachował do ostatniej chwili
Tę myśl wesołą, cośmy w nim lubili, —

180 
On też upadał ofiarą niewoli,

W oczach mych więdniał i gasnął powoli.
O Boże! straszny to widok sam w sobie,
Gdy z ciała dusza uchodzi człowieka,
W jakimbądź kształcie, w jakimbądź sposobie.

185 
Ja ją widziałem, gdy ze krwią ucieka,

Ja ją widziałem na przepaściach wody,
Walczącą z szałem morskiej niepogody, —
Aż ją w szaleństwie rozpaczy objęły[37]
Fale, i paszczą spienioną połknęły;

190 
Widziałem chore, trupie Grzechu łoże,

Gdy się pasował z widmami sumnienia, —

Okropne sceny! — lecz widok cierpienia,
Łez, żalu, z temi mieszać się nie może!
On konał, — smutek spokojny, łagodny,

195 
Twarz jego lekką powlekał żałobą;

Jakby się troszczył, a wzrok miał pogodny,
Za tymi, których porzucał za sobą.
Rumieniec, co wciąż jemu lica krasił,
Był tylko śmierci szyderstwem — nic więcéj!

200 
Bo wnet swą barwę gasił, i zagasił,

Jak słaby promień pierzchającej tęczy,
A takie światło z oczu jego biło,
Że i w więzieniu, zda się, widniej było!
Żaden jęk, żadne sarkające słowo

205 
I żadna skarga nad niewczesnym skonem

Z ust mu nie wyszła, — choć mdlejącym tonem[38]
Mówił, a jeszcze cieszącą rozmową
Głaskał mą rozpacz; — wtem westchnął, i głucho,
Pół-echem tylko, ozwały się mury;

210 
Był to przedśmiertny słaby jęk natury!

Na głos westchnienia wytężyłem ucho.
Długo słuchałem — i nic nie słyszałem![39]
Ja krzyczę, wołam, — mnie się jeszcze zdało,[40]
Że w moich uszach jego słowo brzmiało.

215 
Chciałem biec, lecieć — lecz, ja zapomniałem,[41]

Że jeszcze łańcuch na nogach mi cisnął.
Trąciłem nogą — i łańcuch mój prysnął!

Biegę, — przybiegam, — on umarł: — ja byłem
Jeden żyjący, z jedną duszą żywą;

220 
Ciężkim oddechem jeden tylko piłem

Stęchłe, zatrute powietrze więzienia.
Ostatnie, jedne najdroższe ogniwo
Między mną, między granicą stworzenia,
Co mię do życia wiązało jedynie, —

225 
Pękło, prysnęło w tej czarnej godzinie!

Jeden na ziemi byłem od tej chwili,
A bracia moi oba już nie żyli.
Wziąłem za rękę, co zimna leżała
Na trupiej piersi, — oblałem ją łzami.

230 
Lecz wnet i moja okrzepła, schłodniała,

I zdało mi się, że już byłem w grobie;
Lecz jeszcze, jeszcze czułem życie w sobie.
Wściekłe uczucie, kiedy już poznajem,
Że co kochamy, co nas kocha wzajem,

235 
Więcej nie będzie już dla nas i z nami,

Już nie ożyje... W rozpaczy zawarłem
Wszystkie dni moje; — czemuż nie umarłem?!
Wiara, co weszła po nadziei skonie,
Ta mi wstrzymała samobójcze dłonie.

IX
240 
A co się potem uczuło, myślało,

Nie pomnę, — pamięć stępiała w żałości.
Dla mnie powietrza i światła nie było,
Wkońcu już czułem nawet brak ciemności.
I żadnej myśli, uczucia żadnego

245 
Nie było we mnie; — martwy jak ta skała

Dzika, niepłodna, którą mgła obwiała,
Żyłem nie wiedząc poco i dlaczego?
Pośród kamieni sam jak kamień stałem.
Wszystko, co tylko dotknąłem, widziałem,

250 
Tak było białe, tak blade, tak siwe!

Ni to noc była, ni dnia światło żywe;

Ni to blask dzienny od lampy promyka,[42]
Co w nocy drażni oczy niewolnika, —
Lecz czczość, co całą przestrzeń pochłonęła,

255 
Gdzie nieruchomość bez miejsca spoczęła.

Był to kraj jakiś bez słońca pochodni,[43]
Bez gwiazd, księżyca, bez ziemi, — gdzie niéma
Czasu, stworzenia, ni cnoty, ni zbrodni, —
Lecz cichość, oddech, co z piersi olbrzyma

260 
Wyszedł, i uwiązł na ustach zamarły,

Morze, którego wody się zaparły
I stały, aż nim w jedne wielkie bryły
Zlały się razem — zastygły, i gniły.

X

Raz, nagle, w głowie, w myśli rozwidniało:[44]

265 
Słyszałem ptaszka jakiegoś śpiewanie;

Co kiedy ucho wdzięcznego słyszało,
Wszystko w niem było! — znowu byłem w stanie
Rozpoznać dawne, znajome przedmioty;
Znowu ujrzałem mur, kratę mej groty,

270 
I ten sam promień słońca, co z swej drogi

Zbłądził i leżał śród mokrej podłogi.
Raz, przez szczelinę, skąd się blask ten wlewał,[45]
Postrzegłem ptaszka: siedział w niej, i śpiewał;

Piękny, miał piórka błękitne z czarnemi,

275 
Zda się był więcej swojski, jak na drzewie;

Ja piękniejszego nigdy nie widziałem!
On tysiąc rzeczy mówił w swoim śpiewie,
Przynajmniej dla mnie, — ja go rozumiałem!
Snadź on samotny był, jak ja, na ziemi,

280 
Chociaż w połowie mniej smutny odemnie.

On, gdym już nie miał nikogo na świecie,
Coby mię kochał, — polubił mię przecie;
Ja tego ptaszka lubiłem wzajemnie.
On jakieś światło na duszę mą rzucił,

285 
On mię uczuciu i myśli powrócił.

Byłże on wolny? — może przez swawolę
Wybiegł z swej klatki, by śpiewać nad moją?
Ptaszku mój! znając tak dobrze niewolę,
Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją.[46]

290 
Może on tylko pod postacią ptaka

Był gościem z raju? O Boże! myśl taka!...
Przecież, gdym płakał i śmiał się zarazem,
Myśl ta rozkosznym stała się obrazem:
Że jeszcze do mnie dusza mego brata

295 
Przyszła w gościnę, aż nie z tego świata!

Lecz raz, gdy ptaszek w górę, w górę leciał,[47]
Postrzegłem błąd mój w złudzeniu stokrotnem:
Gdyby był brat mój, onby nie odleciał,
Tak mię nie rzucił podwójnie samotnym!

300 
Samotnym, jak trup po swoim pogrzebie,

Jak jeden obłok na ogromnem niebie,
Jak w dzień słoneczny jedna chmura mglista,
Gdy reszta nieba pogodna i czysta, —[48]

Co Bóg wie poco zjawia się, gdy wkoło,

305 
W niebie, na ziemi, lak jasno, wesoło!
XI

Wtem nowa zmiana zaszła w moim losie.
Widziałem litość w dozorcach więzienia;
Oni, tak zimni na widok cierpienia,
Już przy mnie dzikość miękczyli w swym głosie.

310 
Przecież tak było; — więzy nie skruszone

Gdzieś na podłodze bezczynnie leżały.
Niby-to wolny, w tę i owę stronę
Chodziłem; nieraz dzień przechodzę cały,
Odpocznę chwilę, znów wstaję na nogi,

315 
I zbijam mokre więzienia podłogi;

To siedem kolumn raz obejdę kołem,
I znów powracam, skąd chodzić zacząłem.
Lecz wciąż musiałem z jakąś stąpać trwogą.
Bym grobów braci nie zdeptał mą nogą,

320 
A ta myśl nieraz siły mi odjęła,

Nieraz tak silno mój oddech ścisnęła,
Iż go nie mogłem wytchnąć piersią całą;
A chore serce drętwiało — i mdlało!

XII

I raz przechadzką zaszedłem pod wały;[49]

325 
Nie żebym stronił od tych miejsc zdaleka,

Gdzie ręce moje wszystko pogrzebały,
Co mię kochało w postaci człowieka.
Co mi z wolności? gdy ta ziemia cała
Szerszem więzieniem tylkoby się zdała!

330 
Gdzie krewnych, ojca, ni dzieci nie było,

Nic, słowem, coby mię do niej wabiło! —[50]

Lecz od lat tylu zamknięty w te mury,
Byłem ciekawy, przez okno, z za kraty,
Spojrzeć, i widzieć te olbrzymie góry,

335 
Na które patrzyć lubiłem przed laty.
XIII

Spojrzałem, — już mi przed oczyma były!
Zawsze też same, nic się nie zmieniły.
I śnieg ten samy leżał na ich czole,
Śnieg lat tysiąca; — a u stóp ich, w dole,

340 
Błyszczy jezioro; — nurt tocząc wspaniale,

Tuż za niem Ronu błękitnieją fale.[51]
Słyszałem dobrze, z jakiemi łoskoty
Druzgotał drzewa, przesadzał przez groty.
Biały mur miasta przeświecał się w dali;

345 
Bielszy od muru lśnił żagiel na fali.

Tam, pośród wielkiej jeziora odnogi
Wznosi się wyspa nad wodne topiele:[52]
Mała, zielona, zdała się niewiele[53]
Szersza od mojej w więzieniu podłogi.

350 
Na niej widziałem trzy wysokie drzewa:

Z gór wiatr wiejący ich liście powiewa;
Przy nich tłum źrzódeł, tłum kwiatów na błoni,
Tysiącznej barwy i rozkosznej woni.
Wesołe ryby pod mur podpływały,

355 
Grając swobodnie w wodach się pluskały;

Orzeł, jak jeździec, pędząc wiatr po chmurach,
Nigdy nie leciał na tak rączych piórach!

Leciał, i ku mnie swe skrzydła obrócił.
Patrzałem — łzami oko się zalało,

360 
Padłem na ziemię, — ach! bo mi się zdało,[54]

Żem jeszcze świeżych więzów nie porzucił!
Rzuciłem okno; — z wstydem wyznać muszę,[55]
Że znowu ciemność mojego więzienia
Jakby całunem padła na mą duszę.

365 
Straszna, okropna, grobowa ciemnica! —[56]

Przecież w ciemności pragnęła spocznienia
Światłem i łzami znużona źrenica.

XIV

Były tygodnie, miesiące, dni, lata, —
Lecz ich rachuba wypadła mi z myśli,

370 
A z nią nadzieja oglądania świata.

Wkońcu dozorcę moi do mnie przyśli,
I zwiastowali wolność! — Ich przybycie,[57]
Ich radość nawet dość zimno przyjąłem,
Gdyż w moim stanie już mi jedno było,

375 
W więzach, czy bez nich smutne płużyć życie.[58]

A serce tak się od bólów zdrętwiło,
Że już w rozpaczy podobać zacząłem![59]
Odkąd dozorce ze mnie więzy zdjęli,
Nim od żelaza zamknęły się blizny,

380 
Mnie się zdawało, że oni znów chcieli

Wyrwać mię z domu, z drugiej mej ojczyzny!
Gdyż jak pustelnik nieznany nikomu,
Żyłem tu, jakby w swoim własnym domu.

Z każdym pająkiem ja w przyjaźni żyłem.

385 
Nieraz, pamiętam, z rozkoszą patrzyłem,

Gdy mysz igrała przy świetle księżyca.
I czemuż mogłem ja mniej czuć jak oni?
Wszyscyśmy do tej przywykli ustroni.
Ja, król ich rodu! człowiek, gąsienica,[60]

390 
Mogłem ich zabić! — a przecie jak w grobie

My z sobą w zgodzie, w pokoju-śmy żyli!
Ja i mój łańcuch jak dwa druhy byli.
Skutek nałogu! — z długiem nawyknieniem
Stajem się wkońcu, czem jesteśmy w sobie.

395 
Jam wolność moję odzyskał z westchnieniem.





Przypisy

  1. W przekładzie wydawcy.
  2. w. 13. Niechaj go nikt nie usuwa, — go odnosi się do ślad w w. 11.
  3. w przekładzie wydawcy.
  4. szwajcarskiej
  5. w czasach republiki rzymskiej.
  6. Stąd zaczyna się oryg. tekst francuski.
  7. godność duchowna, przynosząca znaczne dochody.
  8. Cały ten ustęp jest wyjątkiem z dzieła J. Senebiera: Histoire littéraire de Genéve 1786, I, str. 131—137. Prawdopodobnie Byron otrzymał to rzeczywiście jako informację od jednego z obywateli genewskich. Gdyby był znał dzieło Senebiera, byłby z pewnością zacytował pochodzenie tekstu.
  9. w. 1. długie lata — starość.
  10. w. 2. przez noc jedną tak go wybieliły — »Ludwik Sforza i inni. To samo utrzymują także o Marji Antoninie, żonie Ludwika XVI, lecz to miało się stać nie w tak krótkim przeciągu czasu. Smutek wywołuje podobno ten sam skutek; tej to przyczynie, a nie lękowi, należy przypisać tę zmianę barwy włosów królowej«. (B).
  11. w. 13. Ojciec dał głowę — szczegół nie historyczny.
  12. w. 21. Historyczny Bonivard miał tylko dwóch braci.
  13. w. 32. grotę — Cela Bonivarda była wykuta w skale, stąd można ją uważać niejako za grotę.
  14. w. 33. jak meteor — Korsak nie zrozumiał obrazu Byrona, który mówi tu o ogniku błędnym, świecącym na bagnach; podobnie promyk słońca ślizgał się, rzucając za sobą długi połysk, po śliskiej podłodze.
  15. w. 35. kruk — hak z wielkim, okrągłym dzióbem.
  16. w. 39—41. Korsak nie zrozumiał tu oryginału: »bo zęby jego pozostawiają na tych członkach ślady, które się nie zetrą, aż ja zakończę ten nowy dzień [tj. nową dla mnie, jakby dla świeżo narodzonego, epokę wolności, jednem słowem: aż umrę], który teraz dręczy moje oczy, co tak długo nie widziały dnia« i t. d.
  17. w. 49. podobni do głazu, i w. 51. co idąc skróś ziemi — dodatki tłumacza.
  18. w. 54. serce wolnie biło — W oryg.:»połączeni sercem« — w przeciwstawieniu do niemożności połączenia związanych prawic.
  19. w. 56. brzękając okowy — dodatek tłumacza.
  20. ww. 66—7 dodatek tłumacza.
  21. w. 78—9. Mała zmiana w obrazie oryg.: »brat był piękny jak dzień — kiedy to dzień był dla mnie piękny, jak dla młodych orląt na swobodzie«.
  22. w. 80. dzień polarny — lato w okolicach podbiegunowych, w którem prawie niema zachodu słońca.
  23. w. 82. Bezsenne lato — Opuszczony tutaj obraz Byrona: »w śnieg odziane dziecię słońca«.
  24. w. 86 od szczęśliwe stworzenie i. w. 87 — dodatek tłumacza.
  25. w. 90. różną — odmienną.
  26. w. 100. relikwje — ostatnie szczątki rodziny.
  27. w. 106. Do tego wiersza uwaga Byrona: »Zamek Chillonu leży między Clarens i Villeneuve, które to ostatnie miasto leży na jednej z najdalej w głąb lądu sięgających zatok jeziora Genewskiego. Po lewej jego stronie jest wypływ Rodanu, naprzeciwko zaś wysokie grzbiety Meillerie i łańcuch Alp ponad Boveret i St. Gingo. W pobliżu za pagórkiem jest wodospad; poniżej niego (zamku} jezioro, obmywające jego mury, sięga aż do zbadanej głębokości 800 stóp miary francuskiej; w środku jest szereg więzień, w których trzymano pierwszych reformatorów, a tem samem i przestępców stanu. Poprzez jedno sklepienie jest czarna od starości belka, na której, jak nam opowiadano, wykonywano pierwej egzekucje na skazanych. W celach jest siedm kolumn, albo raczej ośm, gdyż jedna napół wmurowana jest w ścianę; w kilku z nich są pierścienie na okowy i na więźniów; na podłodze stopy Bonnivarda pozostawiły ślady. Bonnivard był więziony przez szereg lat. Przy tym to zamku właśnie Rousseau umieścił katastrofę swojej Heloizy, a mianowicie wyratowanie przez Julję z wody jednego z jej dzieci; przerażenie z powodu tego wypadku i choroba wywołana przemoczeniem są przyczyną jej śmierci. — Zamek jest duży i widoczny zdaleka na jeziorze. Mury są białe«.
  28. w. 106—116. Bardzo dowolny (rzecz u Korsaka niezwykła) przekład oryginału: »Przy murach Chillonu leży jezioro Lemanu; potężne jego wody spotykają się i płyną na tysiąc stóp w głębi; tak głęboko spadła morska sonda z białych blanków Chillonu, które naokoło uwięziły fale; mur i fala uczyniły więzienie podwójnem, — uczyniły je żywym grobem poniżej powierzchni jeziora«.
  29. w. 117. war wody — silny prąd wody.
  30. w. 124. Obraz dodany przez tłumacza.
  31. w. 131. w karmi — w potrawach; jak dziecko — dodatek tłumacza.
  32. ww. 136—8. W oryg.: »Nasz chleb był taki sam, jak ten, który łzy więźniów przepajały swoją wilgocią od tysiąca lat«.
  33. w. 140. Gdy pierwszy człowiek — gdy człowiek po raz pierwszy.
  34. w. 144. nudził — nudził się (Korsak opuszcza dość często zaimek zwrotny).
  35. ww. 149—151. W oryg.: »On umarł. Widziałem to i nie mogłem podtrzymać mu głowy, ani uściskać jego konającej dłoni, już martwej nawet dłoni«.
  36. w. 169. Właśnie to pomnik zbrodniarza — odpowiedni to pomnik dla zbrodniarza. Korsak nie zrozumiał oryg.: »to jest pomnik odpowiedni dla Zbrodni«, t. j. dla zbrodniarzy, którzy zamordowali brata Bonivarda.
  37. ww. 188—9 dodane przez tłumacza, niezupełnie stosownie.
  38. ww. 206—211. W oryg.: »rozpowiadał nieco o lepszych dniach, aby rozbudzić we mnie trochę nadziei, bo ja pogrążony byłem w głębokiem milczeniu, — zapadłem się w tę największą dla mnie, bolesną stratę; a potem — jęki słabości opadającej na siłach natury, które chciał tłumić, były coraz cichsze i coraz rzadsze«.
  39. po w. 212 opuszczone w przekładzie trzy wiersze oryginału: »Krzyczałem, bo dzika ogarnęła mnie trwoga; — wiedziałem, że to wszystko jest beznadziejne, ale moja trwoga nie dała mi się ująć w karby«.
  40. w. 213. mnie się jeszcze zdało — w oryg.: mnie się wtedy zdało.
  41. w. 215—7. W oryg.: »Zerwałem łańcuch jednym silnym skokiem, i przypadłem do niego«.
  42. ww. 252—3 w tłumaczeniu niezrozumiałe; w oryg.: »nie było to nawet światło więzienne [owo przyćmione światło dzienne, wspomniane w ustępie II], które było tak wstrętne dla mojego ciężkiego wzroku« (z trudem widzącego).
  43. w. 256. bez słońca pochodni — dodatek tłumacza.
  44. ww. 264—7. W oryg.: »Światło mi nagle w mózgu mym rozbłysło — to ptaszek swoją śpiewać jął piosenkę; ustał — po chwili znowu pieśń zabrzmiała, jedna z najmilszych jaką ucho słyszy, — a moje było jej wdzięczne, aż oczy zaszły łzami radości i na chwilę przestały widzieć, żem jest bratem nędzy; ale stopniowo, zwolna, powracały me zmysły... znowu mogłem« i t. d.
  45. w. 272. Raz — źle przetłumaczone; powinno być: »i oto«, gdyż właśnie wtedy zobaczył Bonivard tego ptaszka w szczelinie, a raczej w otworze strzelniczym swej celi.
  46. w. 289. Nie mógłbym tęsknić nawet i za twoją — nie mógłbym sobie życzyć, abyś ty w klatce był razem ze mną w mojej celi, choć twój śpiew tak mnie cieszył.
  47. w. 296. raz, gdy — powinno być tylko: »kiedy« (por. w. 272).
  48. po w. 303 opuszczony obraz oryg.: »jak zmarszczka gniewna w przestrzeni powietrza«.
  49. ww. 324—5. W oryg.: »Uczyniłem sobie w murze stopnie, nie nato, by uciec z więzienia«.
  50. po w. 331 opuszczone w przekładzie dwa wiersze: »Myślałem o tem i cieszyłem się, bo myśl o nich uczyniła mnie szalonym« (myśl o cierpieniach braci przedtem).
  51. w. 341. Ronu — Rodanu, rzeki przepływającej przez jezioro Lemańskie, sławnej z błękitnej barwy swoich fal.
  52. w. 347. »Między miejscem, gdzie wpada Rodan, a Villeneuve, niedaleko od Chillonu, jest bardzo mała wysepka (Ile de Paix — Wyspa pokoju), jedna jedyna, którą mogłem zobaczyć w moich podróżach po jeziorze, przepływanem wokoło i naprzestrzał; jest tam kilka drzew — zdaje mi się, że nie więcej jak trzy; przez to, że jest jedyna i tak mała, robi nadzwyczajne wrażenie« (B).
  53. po w. 348 opuszczone: »jedna jedyna, którą mogłem stamtąd widzieć«.
  54. ww. 360—1. W oryg.: »poczułem niepokój, i wiele byłbym dał za to, żebym nie był opuszczał mojego niedawnego łańcucha«.
  55. w. 362. z wstydem wyznać muszę — dodatek tłumacza.
  56. w. 365. W oryg.: »Był to jakgdyby świeżo usypany grób nad kimś, kogo pragnęliśmy wydrzeć śmierci«.
  57. w. 372—3. W oryg.: »i dali mi wolność; nie pytałem ich, dlaczego, i nie troszczyłem się, dokąd mam iść, wolny«.
  58. w. 375. płużyć — pędzić z trudem.
  59. w. 377. w rozpaczy podobać — lubić życie pełne rozpaczy.
  60. w. 389—90. człowiek, gąsienica — dodatek Korsaka, niby w stylu byronowskim; tak samo dodatek: jak w grobie, który daje zupełnie inny, przykry obraz rozkładu ciała, zamiast właśnie spokojnego, pełnego rezygnacji obrazu współżycia człowieka z robakiem w świecie żyjących.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumaczy: Andrzej Tretiak, Julian Korsak.