T. Lenartowicz (Konopnicka, 1898)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł T. Lenartowicz
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały obrazek
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VI.

W posiadanych przezemnie listach Lenartowicza, jest cząstka, która — zdaje mi się — że nietylko do mnie należy. Są to myśli i nastroje, które nawet tak, jak je tu kładę, wyrwane z całości, luźne, mają własny ton i własną barwę. Czasem jest to ziarno, czasem kwiecie, a czasem ów liść kaliny, na którym sierota zapisuje wszystko co jej do głowy przyjdzie, aby go wiatr cichem wianiem zaniósł do rodu, do brata.
Jakkolwiek drobne fragmenty te, te linie, odbijają przecież w sobie coś z duchowego oblicza poety. Nie wybieram ich, nie porządkuję, nie poddaję żadnemu planowi. Otwieram tekę, biorę te różnej barwy i różnej formy kartki, a czem się podzielić można, tem się dzielę.

„Patrz daleko, czuj głęboko.

Młodą duszę wznoś wysoko,

I za celem goń”...

Jest to pierwszy wierszyk, który w życiu mojem napisałem, a który profesor gramatyki Kurhanowicz w gramatyce swojej przed laty 45 zamieścił.
Programowi temu ani na chwilę się nie sprzeciwiłem. Niewielkie były moje siły poetyczne, z drogi jednak wytkniętej w życiu nie zboczyłem, i każdy mi brat, kto w imię miłości przychodzi.
Gawęd próżniacznych unikam. Nie trzeba mi słów drewnianych, ani słów kamiennych; trzeba mi się śpieszyć, żeby pokończyć pozaczynane roboty, pracuję od dnia do nocy, czytam wiele, choć oczy bolą i krew do głowy uderza; jutro nie moje, śpieszmy się!
...Kiedyś przyglądałem się ludzkiemu gniazdu cieniów i świateł. Na stole anatomicznym leżało przedemną serce biednego człowieka, a profesor medycyny, przyjaciel mój, ś. p. Paganuci, prawił o napływach i odpływach krwi w arterye, ja zaś rozszerzyłem te galerye do nieskończoności, prawiłem mu o aniołach, które na łódce myśli złotej żeglują do środka i bardzo im tam dobrze, poprostu, jak w niebie. I cóż powiesz, uczony doktór złożył okulary i poważnie się zadumał. Ot, co to wyobraźnia!
...Myśl i serce, to twój zakąt, praca i przyjaźń, która jedna ucieszy się twojej robocie, potem trochę muzyki, świeżego powietrza, pies wierny, który ci patrzy w oczy tak poczciwie, jak mój Morino, kawałek mięsa, kawiny trochę i cygaro... A jeśli komu tego mało, to jest wymagający, zbyt wymagający od życia! Ano prawda, i zdrowia też trochę lepszego, niż moje...
...Co mam trzęsienia ziemi! (pisze w czerwcu 1891 r.). Być bardzo może, jak przepowiadał geolog Gorini, że całe wybrzeże neapolitańskie, Rzym i część Toskanii runie i pokryje się morzem, jeśli galerye podziemne obrysują się, spaczą i zapadną jedne na drugie w procesie wieków. Wszystko może być i może nie być. Nam, przygotowanym w każdej chwili do odejścia, spokój niech towarzyszy do ostatniej chwili, a kiedy będą pękały podstawy skorupy, na której wleczemy naszą egzystencyę, powtarzajmy: Wielki jest równie w zniszczeniu, jak w budowaniu — duch! Wolności ruiny i budowania kto mu zaprzeczy?
Przed wiekami woda pokryła Atlantydę, dziś może pokryć część Europy — i cóż stąd? Na drugiej półkuli odkryją się lądy; ziemia zazieleni. Wolni, jak on, kończmy, jakeśmy zaczęli; kto rujnując, kto tworząc — bo zrujnować to się tylko da, co ruiny godne, a stworzyć to tylko, co ma zaród życia. Kto bratem ludzkości, niechaj idzie z nami, kto wrogiem, niech próbuje sił swoich. Ja wierzę w zwycięstwo dobrych. Że źle, że smutno, to nie powinno wpływać na działalność niczyją. Im więcej złego, tem więcej pracy — a kto pracuje — żyje. Im większa boleść, tem większa miłość, słaby się tylko zniechęca. Duch, który w bezpośrednim związku z prawdą wiecznie spokojną, nie pozostaje w tyle. Naprzód! Naprzód!
...Kiedy patrzę na młodość i młodzież, napełniam się po wręby serca radością. Bóg z nimi! Ale tej młodzieży pieśni moich już nie trzeba.
Młodości! Tobie bóle, męczarnie, ale i rozkosze — starym sen, sen długi, i... kołyska bez biegunów...
— Praca umysłowa starych ludzi, jeżeli wyjdzie bezimiennie, może zrobić pewne wrażenie, z imieniem autora, — żadnego. — A czemu, na to mój Sokrat odpowiada:

„Starcom umierać należy, wstrętni są młodym umysłom,
Tego, co z nimi, wyśmieją; tego, co przeciw, zabiją!”

Gdyby Mickiewicz w późnym wieku napisał był swoją „Odę do młodości”, czy zrobiłaby jakie wrażenie?
„Odysea” jest piękniejszym poematem od „Iliady”, ale, że, jak mniemają, napisana w starości, krytyka nazywa ją dziełem drzemiącego Homera.
— Najpiękniejszy poemat Huga (jak nic podobnego nie napisał) „Śmierć szatana” (pośmiertny) jakże przyjęto? Kto o nim się rozpisuje? A czemu? bo napisany w starości. Dantejskie „Piekło” najwięcej się podoba, choć jest niewypowiedzianie niższe (jako idea i poezya) od „Czyśca”, ale pierwszą część pisał młodym.
Nie... poezya jest dzierżawą młodych i jest w tem racya: społeczeństwo ogląda się za wagą nietylko słów, ale i czynów, których rękojmi zniszczone siły już nie dają.
...Nigdy ja o sobie nie miałem wielkiego wyobrażenia i całą moją namiętnością, pretensyą może, było wsłuchiwanie się w głosy natury niezepsutej, które nie powiem, żeby mi się udało oddać w słowie:

„Z ust tych słyszane potrącam słowa,

Lecz się wiernością wielką nie chwalę:
Kryształem była śpiewaka mowa,

A w moim męty ujrzysz krysztale”.

..Są dusze, do którychbym pielgrzymkę piechotą odprawił rad, jak do cudownego miejsca...
...Wiesz co o Jeżu powiem? Ma on takie struny stepowe, jakich ani Bohdan, ani Goszczyński nie znali... Tkliwa, a mocna dusza, widun osobliwy, nad szeroką stepową lirą wietrzną siłę zaklęć ma...
...Po zgonie Józefa (Kraszewskiego) ciężko mi i uspokoić się nie mogę, jakbądź życzyłem mu śmierci, patrząc na ciągłe konanie; jednej chwili nie było, w którejby nie cierpiał. Strach! wszystko było zrujnowane i tylko wolą trzymał się ziemi — gwałtem żyć chciał...
Z Warszawy piszą mi, że tam go obrabiają teraz biedaka, odmawiają zdolności, pomiatają... Ależ bo my posiadamy osobliwą skłonność do pogrzebów! Pochowamy świetnie, a potem na grób naplujem. Grzebiemy prochy i grzebiemy ducha, pro bono jakiegoś nowego Zyganta (niby olbrzyma) i na cześć takowego pisząc, świszcząc, wierzgając, wyprawiamy hekatombę z biednych stu cieląt przeszłości..
Najszczęśliwszym ze wszystkich piszących był zmarły Bohdan. Biedy, nędzy nigdy nie doświadczył, złości, potwarzy, żółci wściekłych żmij — nigdy. Zdrowie nie opuszczało go do samej śmierci, nigdy nie chorował, przyjaciół koło szerokie zawsze go otaczało, dobre słowo i życzliwość najznakomitszych posiadał, dożył 84 roku życia, nic nie tracąc z władz umysłowych, a po zgonie prawie że go do apoteozy przyjaciele podnoszą; i czegóż więcej życzyć sobie można? Tego chyba, żeby zobaczyć sen swój wyśniony. Czego on już nie zobaczył...
...Z literatów starych nikt mi nie pozostał teraz, prócz Aleksandra Chodźki. Jedyna to za krajem figura seryo naukowa, a Klaczko druga.
W kraju, prócz Małeckiego, we Lwowie prawie nikogo nie znam. Za wielkie to na mnie, małego mazura, pany. Poczciwy Kraszewski, jeden był bez pychy. Adam Asnyk — jasna to dusza, która zużywa swoje siły na niewdzięcznej niwie. Hugo Foscolo wyczytał gdzieś w statutach bardów skandynawskich, że im zabraniały mieszać się do waśni politycznych. Bardowie śpiewali wprawdzie i wojnę i pokój, występując w chwilach stanowczych, ale powszednie kłótnie obce im były. Protagonistom nie mieszać się do chórów! Co wywalczyli w parlamentach Byron albo Wiktor-Hugo? Nic. Niech masy idą za natchnieniem poetów; ale oni, ptaki górne, niech samotni zdala kłótni pozostają!
...Heysego znałem tu w oryginale, przez długi czas bowiem przebywał we Florencyi, i ze starym Fransonim, który mnie swoją przyjaźnią zaszczycał, w blizkich był stosunkach. Powieściopisarz i poeta znakomity, ale niemiec ze wszystkiemi nienawiściami niemieckiemi do francuzów i słowian. A dziwna rzecz, bo pozatem natura marząca, poetyczna, pełna tej ślicznej fantazyi, do której szczęśliwi tylko mają prawo.
...Czy ich licho, Taina i Brandesa, już nie mówiąc o „poetyce” Horacyuszowej i nieśmiertelnym Boileau! Kij oddawna leży na ziemi, a barany estetyczne rozpędzają się i skaczą na wysokość trzymanego! Co oni, choćby oczy wyparzyli, innego w poecie, prócz poezyi szukają?...
...Ej, grzebiąż u nas ludzi, grzebią... Ledwie dym jednych pochodni przewieje, już się gdzieś zapalają drugie, już trzecie, że aż w głowie się miesza od tego dymu... Ledwie pochowali Mieczysława Darowskiego, już ci niosą Tytusa Chałubińskiego. Poczciwy, zacny Tytus, którego znałem od roku 1846, ileż to wieczorów z nim razem przepędziłem! Doktór, marzyciel, humanista... Ignaś Komorowski śpiewał mu piosnki pierwsze moje, do których nuty dorabiał, „Kaliny,” „Maćki,” „Sieroty”, „Oryle,” „Kurpie” i Pan Bóg wie nie co, a Chałuba wzdychał, wielkiemi krokami się przechadzając. Pamiętasz — mówił do mnie w 1875 roku, kiedyśmy się spotkali w Krakowie — ulicę Przejazd i nasze muzykowanie? Ha, cóż! Idee nieprędko kwitną i nieprędko owocują, ale to niech nas nie zniechęca; trzeba iść, trzeba iść zawsze naprzód!” Byłem u niego w hotelu Saskim, poznał mnie ze swoją żoną i córkami; był u mnie potem w parę lat we Florencyi, zawsze ten sam, zawsze młody sercem i umysłem, zdawało się, że czas go nie pokona, a czyliż go pokonał? Nie, to on zwyciężył czas nieśmiertelnością swojego wzniosłego ducha... Przysłał mi książki nowych historyków naszych, zawsze uczynny, zawsze dobry, dziwnie uprzywilejowana natura. Czemuż się innym choć dziesiątej części tej dobroci nie dostało!...
...Nie śmiej się ze mnie, jeśli ci powiem, który dziś śpiewak panuje u nas, — oto Bekwark, ów z czasów Batorego:

W Krakowie — Bek.
W Warszawie — Wark.

Jedni beczą, a drudzy warczą na siebie a kiedyż Kochanowski zawładnie sercami? Kiedyż się pokochają?
...Idźmy naprzód, niosąc każdy światełko swoje, bacząc, aby nie zagasło; nie inaczej gwiazdy czynią po przepaściach niebios, a wszechświat tem trwa i trwać będzie.
Nie myślmy o szczęściu osobistem, o naszym znikomym prochu. Kiedyś tu czytałem Bossueta, a jedna jego myśl uderzyła mnie przerażającą prawdą:
„...Nie szukaj siebie, bo biada ci, jeśli przy końcu wędrówki znajdziesz to, czegoś szukał. Będzie to próżnia, czczość, zniechęcenie i nuda”...
...Jeżeli ludzie uderzają na ciebie, znak to, że musisz mieć skarb jakiś, który ci chcą wydrzeć, serce, wyższość jakąś, spokój duszy, może niedbanie o nich.
— Szczęśliwy, komu obojętną rzeczą to, za czem się świat ubiega: Znaczenie, i czyja boleść osobista krótko trwa, leczona promieniami przyjaźni!
— Kto się za dni tych rodzi, rodzi się, jak w lesie; a przecież świat nie idzie w cienie; on się przez las ten przedziera, on idzie przez cienie do światła.
— Ci, co dziś broją, za kilka lat będą garścią prochu; nie trzeba na to lat stu, o których myślał Xerxes; rok, dwa, i ulecą z wiatrem. Ale tymczasem ziemia pęka, a wóz losów świata, puszczony z wyżyn, coraz prędzej leci...
Jedyny środek, żeby jeszcze żyć jako tako jest: pracować, nie tracąc nic z pięknych wrażeń z natury i z życia, określić sobie koło i w tem się obracać, kochać, kochać i kochać biednych i cierpiących, a resztą niech się Fatum przedwieczne zajmuje.
— Jeśli ci ludzie mówią: Otośmy obojętni na wszystko, co z zewnątrz przychodzi, to im odpowiedz: Stoicyzm wasz — teatralny: to także konieczność dania z siebie widowiska, to szermierstwo z bólem, to także gloria...
— Na wszelkie rodzaje suchot ludzie umierają, a na suchoty serca tyją.
— Jestem, jakim jestem; sto razy na dzień lepszym i sto razy gorszym; sto razy słabszym i sto razy silniejszym, a wtedy tylko szczęśliwy, spokojny, kiedy ręka i głowa pracą zajęte, i wtedy tylko, kiedy na chwilę ręka przyjazna dłoń moją uściśnie, a przyjaciel popatrzy na mnie, na moje życie, i, nic nie mówiąc, łzę na oku otrze...
— Optymizm, czy pesymizm? Ani jedno, ani drugie; ani za różowo, ani za czarno... Komu dzisiejszy stan świata serca nie rozdziera, winszuję! Z tego można robić posągi, ale przedmiotem do posągu pewno on nie będzie! Kto wątpi o wszystkiem, jest samobójcą, zaprzecza bowiem użyteczności pracy, która przecież na coś się w przyszłości przyda, i własnej, niezaprzeczalnej działalności ducha. Pomiędzy dwiema ostatecznościami wszakże wybierając, wolę zbuntowanego pesymistę, niż spokojnego, milutkiego samoluba, pokrywającego się płaszczykiem niczem nienaruszonej wiary. Ale na pesymistach quand même także czarny krzyż kładę: są to przyjaciele spokoju na — cmentarzach.
Nie, ani z jednymi, ani z drugimi, ale raz z tymi, raz z owymi; pod przewodem własnej myśli, oświecanej bezpośrednim wpływem tego światła, które w ciemnościach świeci. Szczęśliwy, kto się w dziecinnej wierze utrzyma, kto dzieckiem przejdzie Czerwone morze krwi — suchą nogą! Nam trudno się pochwalić tym spokojem... O, nam trudno! Dziesięć razy na dzień jestem pesymistą, i dziesięć razy przerzucam się na spokojny obszar ufności. Na jednej tedy łódce jesteśmy, tylko, że ja ostatecznie nie tracę z serca nadziei dobicia do brzegu, zwyciężenia fal burzliwych; może dlatego, że jestem blizki końca...
— Kiedy chmury ciągną, a deszcz siecze, jakoś nam lepiej: myślimy, że, jeśli nie ludzie, to natura z nami współczuje. Złudzenie! Ale dobre i to. Na odkrytem niebie chcielibyśmy widzieć twarz ojcowską, pocieszającą, miłościwą. Ale wypatrz i wypłacz oczy, nic nie zobaczysz — błękitna przestrzeń powietrza, a za nią czczość i otchłań. A gdzież Bóg? W sercu, w kochającem sercu i w ogromnej harmonii bytów...
— Dwie skały stoją na rychcie, jak się starzy wyrażali, wszystkim naszym rozumowaniom, rachunkom i wątpliwościom, i ani raz ich przestąpić: obawy o przestrzeń zatrzymuje nieskończoność światów, obawy o byt, wieczność, trwałość zmienna, a niepożyta. A jeśli tych usunąć nie można, co za szaleństwo przeciwko ościeniowi wierzgać!
— Z boleści rosną ci skrzydła; granic nie pojmiesz; ale punkt środkowy ten jest w tobie i nad tobą... memento: Cierp, a leć! Otwarte masz światy.
— Jeśli mam być ostatni z niefortunnych, oby tak prędzej było! Aby nam pogodniejszy dzień świecił! Niebardzo wszakże na to się zanosi. I wasz dzień zadymiony i pochmurny, i wam nie na różach spoczynek, albo raczej na różach, ale na tych jerychońskich, z których dziateczki jerozolimskie cierniową koronę uwiły...
— Prawdziwy poeta nigdy się nie doczeka ani łaski salonów, ani pokupu u żydów, ani błogosławieństwa jezuitów, ani wieńca anarchistów, ale będzie połykać łzy w ciszy, uśmiechając się do świata. Ubogie sieroty popatrzą za nim, ale się mu nie ucieszą, bo on pośród nich najrzeczywistszym sierotą i najgodniejszym serc ludzkich, więc im współzawodnictwo robi. Świat modny będzie z niego szydził; wszystkie małpy i papugi przedrzeźniać go będą i na języku imię jego podrzucać. Doświadczy zdrad, niepoliczonych potwarzy i oszustwa od dusz niby pięknych, pełnych uwielbienia dla poezyi... Jeśli ma dzieci, to dzieci pytać go będą: Ojcze, czemu nie patrzysz na to pogodne słońce, czemu się nie cieszysz, łamiąc chleb z nami? Czy ci chleb nie smakuje, że przełknąć go nie możesz? A on wtedy, całując dzieci, odejdzie, i w ukryciu ryknie płaczem... I znów przyjdzie jakiś powiew i tak mu serce usposobi, że błogosławić będzie sieroctwu swemu i samotności swojej, i łzom swoim, i ubóstwu swojemu, i oczy się jego rozpogodzą i duszą odetchnie swobodnie, żeby nabrać siły na jutro. A to jutro przyjdzie z cięższą nędzą, z tęsknotami, strachami, obawą samego siebie, z szumem wszystkich burz, z hukiem wszystkich dzwonów, z zamętem w głowie, w którym rozlatują się i rwą wszystkie myśli, i tępieją wszystkie uczucia, prócz czucia ciężaru życia...
— Mądrzy my nad wiek swój, uczeni, a bez miłości, bez duszy; jak filozoficzna książka pierwszego lepszego niemieckiego fabrykanta nici dyalektycznych — a to strach! Co niegdyś zbudzało w nas myśli i poruszało serca, ziemia, lud, przyroda, wydaje nam się nudne i prostackie. Bogowie my, wszystko wiedzący i na wszystko proch z hawańskiego cygara strząsający, wszystko nam: dzieciństwo! Przesądy! Jezuityzm!... Nadzieja w tem, że i to przejdzie, i istota nasza głębsza się odkryje. Nam trzeba wciąż się przebierać i w coraz nowych, według fasonów zagranicznych, występować sukniach: w wielkich chwilach wszakże ustaje to, zrzucamy poliszynela maskę i w kmiecej szacie stajemy na sądy boże...
— Kiedyś czytałem w jednem „Revue” paryskiem opowiadanie o Ameryce, w którem autor przytacza następujący dyalog między nim a małem dzieckiem w Nowym-Yorku:
— Kochasz ty ojca?
— O bardzo!
— I jakże to bardzo?
— Jak pięć dolarów.
— Dobrze! A matkę?
— O, matkę, to więcej, niż siedm dolarów!
Otóż czasy są takie, że wielu i dla wielu rzeczy, nieopłaconych złotem, tak uczucia swoje taksuje.
— Hej, starość! Czas spycha ciało w groby, w galerye Plutona, a dusza za Platonem w świat wyższy się podnosi, za Sokratesem, za Dyonizym, za Pawłem, za jedną kartką, za jednem ożywczem słówkiem dobrej wieści — Ewangelii..
— W Paryżu, u sekretarza Ksawerego Branickiego, widziałem księgi stare, pełne znaków mistycznych i słów niezrozumiałych. Oczywiście, że, jak legendarny Faust, nie próbowałem studyować tej materyi, otoczony globusami, krokodylami zasuszonemi i t. d... Nie pogardzając wszakże przyszłością, zadawałem sobie zagadnienia, w co się przerodziły średniowieczne owe naukowe zamachy i pod jaką dziś ukrywają się formą, ile że nic nie powstaje, coby nie miało w czasie racyi bytu — fenomeny odmienne, substancya wiecznie taż sama. I otóż: Towiański, Hume, Cardec, spirytyści poczęli się przesuwać przed ciekawą myślą; misyonarze święci i nie święci, święta Teresa, święty Wincenty z Ferrary, Franciszek z Paolo, nasz lud, wierzący w złe i dobre, szkockie chłopy i nadreńska jasnowidząca z Prevost, i doktor Klemens Brentano, i Swedenborg, a z rozmyślań nad całą tą sferą wypadnie chęć poznania nietyle treści ich pism, ile, choćby w najmniejszej części, charakteru, wysnuwającego się z ich serc, czy z ich fantazyi: słowa; chciałem wiedzieć, jaką muzykę ma mowa tych ludzi. Toć przecież inaczej pokorny prostaczek mówi, a inaczej zimny i nadęty Hegel; inaczej skromny Bernardin de St. Pierre, a inaczej pierwszy lepszy, dajmy na to, pyszałek, z pierwszej lepszej wszech-nicy — i, podług owego charakteru, tonu muzycznego, chciałem rozpoznawać adeptów nowej białej i czarnej magii...
No i doszedłem dużo, i umiem teraz na pamięć różne muzyki słowa pisarzy naszych i nie naszych, wiem, kto ma skromny i piękny ton świętej Teresy, kto wzniosły ton Pawła... Muzyka słowa zdradza mi ludzi; wiem, kto leci w świat jasnych a smutnych gwiazd, kto w piorunowe światy, kto w rozemdlenia ptasze a słowicze — ton wpierw mnie, niźli pieśń, uderza. Mój ton był kiedyś tonem aniołów pańskich o zachodniej zorzy... teraz się zmącił, zawiele westchnień przejadło me spiże...
...Wolność budowniczych rozwalających szybuje o jednem skrzydle i przeto nie przebija się po za świat planetarny. Filozofowie ci ścieśniają sferę krążenia myśli i zniewalają ducha do służenia tylko ziemi. Ale ziemi służyć dobrze może ten tylko, kto, jak drugi Adam, z nieba się narodził, przejrzał, i wolnym się obaczył w ogniach miłości.
Zasnął Adam, i powstała z boku jego Ewa-rodzicielka; zasnął na krzyżu Chrystus, i rzuciła się z boku jego ze strumieniem krwi i wody — miłość. Ach! ach! ileż cudów, jaka ich linia nieskończona, Pro figurabuntur omnia mistica...
— Wigilię przepędziłem samotny w moich czterech ścianach, czytając przy kominku Biblię, która ma dla mnie zawsze urok niewypowiedziany. I pomimo, że czytam Renana i Strausa, od tej Boskiej prostoty oderwać się nie mogę. Ej, co oni gadają! Tu jest prawda, tu miłość i natchnienie, a tam grzebanie po archiwach... Ot, masz rozumowanie starego włóczęgi, niedołęgi ciałem, ale którego dusza wyzwala się, i im mniej czuje na sobie tej nędznej gliny, tem jej się szerzej otwierają wieczyste gościńce... Obyż się jak najprędzej na swobodę dostać...
Wiara, wiara... A toć ja się tej wiary nie nauczyłem, ale ją wytęskniłem w mojem nędznem dzieciństwie, wycierpiałem, wyłkałem z niebios, czy z głębin gdzieś duszy — i, jak piorun, mi przyszła w młodym jeszcze wieku.
— Czy złych, czy dobrych więcej?.. Ej, więcej dobrych! Ale złe w oczy skacze, serce rani, obraża uczucie, myśl buntuje, zniechęca do czynu, a to są wszystko owe nieodpuszczone winy przeciwko Duchowi... Dobre jest zazwyczaj słabe nieobronne, więc kryje się, więc go i nie widać tyle. Daleko dopiero od źródła wynika wspaniała rzeka pochodu ludzkości, z tego, co dobre, poczęta w ukryciu...
— Żeby się wtajemniczyć w szum drzewa życia, trzeba się z niem zrastać, z tym samolubem lasów, i to jest podstawą powodzenia wszystkich realistów; idealiści, wchodzący z drzewem tem prawie że w niedotkliwy stosunek, zawsze będą większości obcy i mniej zrozumiali, bo sami mniej rozumiejący...
— Świat pieśniowy więcej mówi do mnie, niż wszystkie filozofie, nie wyłączając Joachima Fiore z Kalabryi, z XII w., poetyczniejszej od Platona i Arystotelesa. Ten powiada o sobie, że pił ze złotego kielicha wiedzy, podanego mu przez anioła filozofii, która od wieku do wieku, wijąc się przez przestrzenie myśli, w ostatnich czasach wysnuła Schelinga, i naszego Zygmunta... Ale są rzeczy zakryte, o których nie można śpiewać, nie odkrywając ich...
— Anielstwo, czy dyabelstwo sztuki może nas nastroić do pogodnych tonów. Cóż po tem, kiedy, składając pióro, brzydzimy się sami sobą i wymawiamy, czemu nie jesteśmy takimi, jakimi Jesteśmy... Czemu? A to temu, że prawdziwa boleść — to nasza najprawdziwsza własność, której się na profanacyę nie naraża. Zachowaj ją, zachowaj, ukryj i po zgonie nawet nie masz potrzeby mówić o niej, bo ona świecić na tobie będzie — tak doradza duch dobry... Bądź spokojny, nieporuszony, niezakłócony wobec świata żadną boleścią, a będą cię podziwiać i chwalić ludzie, których nie dotyka twój smutek, a prędzej zraża obawa, żebyś się nie odwołał do ich współczucia. Ale ba! Współczucie! A skąd go wezmą? Bankruty uczucia najwięcej lękają się, żeby kto do ich pustej kasy nie zapukał...
— Zdarzają się dusze poczciwe, ale słabe i dające się porywać ogólnemu usposobieniu tak dalece, że, spostrzegając ich lekkość, ani się powitaniem ucieszysz, ani pożegnaniem zasmucisz... „Non raggioniam di lor, ma guarda e passa”.
To, co jest — jest w całym świecie. Czytaj Hamerlinga: co za zimne szyderstwo! Żadnej idei zapładniającej, żadnej miłości, a jaka forma doskonała! W muzyce — anarchia, wagneryzmem zwana; w poezyi — czczość dekadentyzmu, w filozofii — ateizm i wściekłość dysekcyi szpitalnych, w kaznodziejstwie — dogmat, w architekturze — ekletyzm, w społeczeństwie — samobójstwa, niepowściągniona żądza śmierci... Dzień w dzień wyciągają topielców i wynoszą czaszki roztrzaskane. Ale czy to koniec? Nie, to nie koniec. I nie będzie nawet końcem żadna nawałnica, po której znużenie powstrzyma zabójstwa i gaszenie ducha, aż ziemia buchnie roślinnością żywą, zdrową, i świat pójdzie dalej.
— Parę dni temu byłem nad morzem; z Pizy o godzinę drogi lasem sosnowym do San Rossore wybrałem się, żeby szerszy świat obaczyć. Sarny, pasące się przy drodze, spoglądały na mnie wielkiemi czarnemi oczami, las, cisza, morze czyste, spokojne. Nagle pod zachód zaczęło się burzyć, bryzgać o brzegi, szumieć, a mnie do myśli powróciły Oceanidy Eschylosa, lecące żalić się nad losem Prometeja. Duch to Prometej wiecznie cierpiący, a pieśń — Oceanida płacze nad kaźnią jego...
— Kiedyś komuś, już i nie pamiętam imienia, napisałem był czterowiersz, który tu powtarzam:

Jeżeli to już znane z życia i z powieści,

Że, kto szuka radości, znajduje boleści,
To i czemuż tej prawdzie nikt nie czyni zadość,

I nie szuka boleści, żeby znaleźć radość?

Są łzy, w których jest życie, kiedy w śmiechu nieraz śmierć i trut grobowy. I są zwątpienia, w których jest więcej wiary, niż w tysiącach modlitw, klepanych przez dewotów bezmyślnych. Niedostępność najwyższych, cichych bólów jest oraz niedostępną dla ogółu doskonałością bóstwa w człowieku.
—- Boleść jest także rośliną, nie gruntem, ale rośliną, która wydaje kwiaty. Kochaj, tęsknij, śpiewaj, czy walcz, i odejdź, gdzie wszystko odchodzi, gdzie — jak powiada Arnoult — odlatują liście róż i liście laurów...
— Cięższej epoki, jak dzisiejsza, nie dostało się żyjącym, i dlatego to właśnie schodzić nam trzeba na ostatnie horyzonty, odbiegać w świat, pełen ogni Bożych i ciszy takiej, że aż się zdaje, że myśl kolońskiemi czy wrocławskiemi organami huczy nam pod czaszką, tylkoć się trzymać, żeby równowagi nie stracić.
Arcydzieła wielkich mistrzów, biblioteki — lasy książek — to dużo, ale to nie wszystko dla kogoś, komu zaczarowała duszę sfera sosnowych lasów ziemi nieurodzajnej, śniegiem zawiana, zadymiona, smutna — rób, co chcesz, ani się z tego wyzwolić! Odpędzaj czary, zaprzysięgaj, na nic — i tak aż do skonu. Już cię ani obeliski, ani marmury, ani palmy nadmorskie, ani pomarańcze nie cieszą.
Wspominasz nędzę dzieciństwa swego jak rozkosz, tak wielką, że ci od niej serce pęka...
— Wielki Bajron podsłuchał przekleństwo duchów w Mantredzie, a nie było ono inne, jak „Żyj!” Gdyby duchy dodały: i pracuj! — byłyby aniołami, przekleństwo stałoby się błogosławieństwem, a bezpłodna rozpacz czynem.
— Choćby zostało tylko kółko z kilkorga żyjących dla idei złożone, to duch nie zginie, utworzy atmosferę jasną i wyda z siebie nowe światy. Znajdź mi kilka dusz wysokich, a będę miał odwagę raz jeszcze rozpocząć życie, nawet — po potopie.
— Myśli przepadną? — niech przepadają! Imienia nikt nie powtórzy? — niech zaginie! Przylecą szlachetniejsze ptaki, pieśń wieczna nie zcichnie; co mnie do tego, że sam w jej wybuchu zaginę?
— Wielka lutnia ziemi, kiedy nie będzie dotykana ręką wtajemniczonych we wszystkie łzy, i we wszystkie szumy lasów, i we wszystkie smutki rozchodników po grobach, wtedy stanie się, że:

— Kiedy natchnień nie wyprzędą,

(Mistrz uderzył w marmur młotem)
To kamienie mówić będą,

Ale będą mówić grzmotem.

Co mnie, co mnie, to wszystko? Ja pragnę oderwać się z krzyża czasu i lecieć w wieczną ciszę...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.