Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/484

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielkiemi czarnemi oczami, las, cisza, morze czyste, spokojne. Nagle pod zachód zaczęło się burzyć, bryzgać o brzegi, szumieć, a mnie do myśli powróciły Oceanidy Eschylosa, lecące żalić się nad losem Prometeja. Duch to Prometej wiecznie cierpiący, a pieśń — Oceanida płacze nad kaźnią jego...
— Kiedyś komuś, już i nie pamiętam imienia, napisałem był czterowiersz, który tu powtarzam:

Jeżeli to już znane z życia i z powieści,

Że, kto szuka radości, znajduje boleści,
To i czemuż tej prawdzie nikt nie czyni zadość,

I nie szuka boleści, żeby znaleźć radość?

Są łzy, w których jest życie, kiedy w śmiechu nieraz śmierć i trut grobowy. I są zwątpienia, w których jest więcej wiary, niż w tysiącach modlitw, klepanych przez dewotów bezmyślnych. Niedostępność najwyższych, cichych bólów jest oraz niedostępną dla ogółu doskonałością bóstwa w człowieku.
—- Boleść jest także rośliną, nie gruntem, ale rośliną, która wydaje kwiaty. Kochaj, tęsknij, śpiewaj, czy walcz, i odejdź, gdzie wszystko odchodzi, gdzie — jak powiada Arnoult — odlatują liście róż i liście laurów...
— Cięższej epoki, jak dzisiejsza, nie dostało się żyjącym, i dlatego to właśnie schodzić nam trzeba na ostatnie horyzonty, odbiegać w świat, pełen ogni Bożych i ciszy takiej, że aż się zda-