Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/485

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


je, że myśl kolońskiemi czy wrocławskiemi organami huczy nam pod czaszką, tylkoć się trzymać, żeby równowagi nie stracić.
Arcydzieła wielkich mistrzów, biblioteki — lasy książek — to dużo, ale to nie wszystko dla kogoś, komu zaczarowała duszę sfera sosnowych lasów ziemi nieurodzajnej, śniegiem zawiana, zadymiona, smutna — rób, co chcesz, ani się z tego wyzwolić! Odpędzaj czary, zaprzysięgaj, na nic — i tak aż do skonu. Już cię ani obeliski, ani marmury, ani palmy nadmorskie, ani pomarańcze nie cieszą.
Wspominasz nędzę dzieciństwa swego jak rozkosz, tak wielką, że ci od niej serce pęka...
— Wielki Bajron podsłuchał przekleństwo duchów w Mantredzie, a nie było ono inne, jak „Żyj!” Gdyby duchy dodały: i pracuj! — byłyby aniołami, przekleństwo stałoby się błogosławieństwem, a bezpłodna rozpacz czynem.
— Choćby zostało tylko kółko z kilkorga żyjących dla idei złożone, to duch nie zginie, utworzy atmosferę jasną i wyda z siebie nowe światy. Znajdź mi kilka dusz wysokich, a będę miał odwagę raz jeszcze rozpocząć życie, nawet — po potopie.
— Myśli przepadną? — niech przepadają! Imienia nikt nie powtórzy? — niech zaginie! Przylecą szlachetniejsze ptaki, pieśń wieczna nie zcichnie; co mnie do tego, że sam w jej wybuchu zaginę?