Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/483

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


boleścią, a będą cię podziwiać i chwalić ludzie, których nie dotyka twój smutek, a prędzej zraża obawa, żebyś się nie odwołał do ich współczucia. Ale ba! Współczucie! A skąd go wezmą? Bankruty uczucia najwięcej lękają się, żeby kto do ich pustej kasy nie zapukał...
— Zdarzają się dusze poczciwe, ale słabe i dające się porywać ogólnemu usposobieniu tak dalece, że, spostrzegając ich lekkość, ani się powitaniem ucieszysz, ani pożegnaniem zasmucisz... „Non raggioniam di lor, ma guarda e passa”.
To, co jest — jest w całym świecie. Czytaj Hamerlinga: co za zimne szyderstwo! Żadnej idei zapładniającej, żadnej miłości, a jaka forma doskonała! W muzyce — anarchia, wagneryzmem zwana; w poezyi — czczość dekadentyzmu, w filozofii — ateizm i wściekłość dysekcyi szpitalnych, w kaznodziejstwie — dogmat, w architekturze — ekletyzm, w społeczeństwie — samobójstwa, niepowściągniona żądza śmierci... Dzień w dzień wyciągają topielców i wynoszą czaszki roztrzaskane. Ale czy to koniec? Nie, to nie koniec. I nie będzie nawet końcem żadna nawałnica, po której znużenie powstrzyma zabójstwa i gaszenie ducha, aż ziemia buchnie roślinnością żywą, zdrową, i świat pójdzie dalej.
— Parę dni temu byłem nad morzem; z Pizy o godzinę drogi lasem sosnowym do San Rossore wybrałem się, żeby szerszy świat obaczyć. Sarny, pasące się przy drodze, spoglądały na mnie