Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/478

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


swemu i samotności swojej, i łzom swoim, i ubóstwu swojemu, i oczy się jego rozpogodzą i duszą odetchnie swobodnie, żeby nabrać siły na jutro. A to jutro przyjdzie z cięższą nędzą, z tęsknotami, strachami, obawą samego siebie, z szumem wszystkich burz, z hukiem wszystkich dzwonów, z zamętem w głowie, w którym rozlatują się i rwą wszystkie myśli, i tępieją wszystkie uczucia, prócz czucia ciężaru życia...
— Mądrzy my nad wiek swój, uczeni, a bez miłości, bez duszy; jak filozoficzna książka pierwszego lepszego niemieckiego fabrykanta nici dyalektycznych — a to strach! Co niegdyś zbudzało w nas myśli i poruszało serca, ziemia, lud, przyroda, wydaje nam się nudne i prostackie. Bogowie my, wszystko wiedzący i na wszystko proch z hawańskiego cygara strząsający, wszystko nam: dzieciństwo! Przesądy! Jezuityzm!... Nadzieja w tem, że i to przejdzie, i istota nasza głębsza się odkryje. Nam trzeba wciąż się przebierać i w coraz nowych, według fasonów zagranicznych, występować sukniach: w wielkich chwilach wszakże ustaje to, zrzucamy poliszynela maskę i w kmiecej szacie stajemy na sądy boże...
— Kiedyś czytałem w jednem „Revue” paryskiem opowiadanie o Ameryce, w którem autor przytacza następujący dyalog między nim a małem dzieckiem w Nowym-Yorku:
— Kochasz ty ojca?
— O bardzo!