Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/479

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I jakże to bardzo?
— Jak pięć dolarów.
— Dobrze! A matkę?
— O, matkę, to więcej, niż siedm dolarów!
Otóż czasy są takie, że wielu i dla wielu rzeczy, nieopłaconych złotem, tak uczucia swoje taksuje.
— Hej, starość! Czas spycha ciało w groby, w galerye Plutona, a dusza za Platonem w świat wyższy się podnosi, za Sokratesem, za Dyonizym, za Pawłem, za jedną kartką, za jednem ożywczem słówkiem dobrej wieści — Ewangelii..
— W Paryżu, u sekretarza Ksawerego Branickiego, widziałem księgi stare, pełne znaków mistycznych i słów niezrozumiałych. Oczywiście, że, jak legendarny Faust, nie próbowałem studyować tej materyi, otoczony globusami, krokodylami zasuszonemi i t. d... Nie pogardzając wszakże przyszłością, zadawałem sobie zagadnienia, w co się przerodziły średniowieczne owe naukowe zamachy i pod jaką dziś ukrywają się formą, ile że nic nie powstaje, coby nie miało w czasie racyi bytu — fenomeny odmienne, substancya wiecznie taż sama. I otóż: Towiański, Hume, Cardec, spirytyści poczęli się przesuwać przed ciekawą myślą; misyonarze święci i nie święci, święta Teresa, święty Wincenty z Ferrary, Franciszek z Paolo, nasz lud, wierzący w złe i dobre, szkockie chłopy i nadreńska jasnowidząca z Prevost, i doktor Klemens Brentano,