Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/481

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zasnął Adam, i powstała z boku jego Ewa-rodzicielka; zasnął na krzyżu Chrystus, i rzuciła się z boku jego ze strumieniem krwi i wody — miłość. Ach! ach! ileż cudów, jaka ich linia nieskończona, Pro figurabuntur omnia mistica...
— Wigilię przepędziłem samotny w moich czterech ścianach, czytając przy kominku Biblię, która ma dla mnie zawsze urok niewypowiedziany. I pomimo, że czytam Renana i Strausa, od tej Boskiej prostoty oderwać się nie mogę. Ej, co oni gadają! Tu jest prawda, tu miłość i natchnienie, a tam grzebanie po archiwach... Ot, masz rozumowanie starego włóczęgi, niedołęgi ciałem, ale którego dusza wyzwala się, i im mniej czuje na sobie tej nędznej gliny, tem jej się szerzej otwierają wieczyste gościńce... Obyż się jak najprędzej na swobodę dostać...
Wiara, wiara... A toć ja się tej wiary nie nauczyłem, ale ją wytęskniłem w mojem nędznem dzieciństwie, wycierpiałem, wyłkałem z niebios, czy z głębin gdzieś duszy — i, jak piorun, mi przyszła w młodym jeszcze wieku.
— Czy złych, czy dobrych więcej?.. Ej, więcej dobrych! Ale złe w oczy skacze, serce rani, obraża uczucie, myśl buntuje, zniechęca do czynu, a to są wszystko owe nieodpuszczone winy przeciwko Duchowi... Dobre jest zazwyczaj słabe nieobronne, więc kryje się, więc go i nie widać tyle. Daleko dopiero od źródła wynika wspa-