Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/472

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


...Heysego znałem tu w oryginale, przez długi czas bowiem przebywał we Florencyi, i ze starym Fransonim, który mnie swoją przyjaźnią zaszczycał, w blizkich był stosunkach. Powieściopisarz i poeta znakomity, ale niemiec ze wszystkiemi nienawiściami niemieckiemi do francuzów i słowian. A dziwna rzecz, bo pozatem natura marząca, poetyczna, pełna tej ślicznej fantazyi, do której szczęśliwi tylko mają prawo.
...Czy ich licho, Taina i Brandesa, już nie mówiąc o „poetyce” Horacyuszowej i nieśmiertelnym Boileau! Kij oddawna leży na ziemi, a barany estetyczne rozpędzają się i skaczą na wysokość trzymanego! Co oni, choćby oczy wyparzyli, innego w poecie, prócz poezyi szukają?...
...Ej, grzebiąż u nas ludzi, grzebią... Ledwie dym jednych pochodni przewieje, już się gdzieś zapalają drugie, już trzecie, że aż w głowie się miesza od tego dymu... Ledwie pochowali Mieczysława Darowskiego, już ci niosą Tytusa Chałubińskiego. Poczciwy, zacny Tytus, którego znałem od roku 1846, ileż to wieczorów z nim razem przepędziłem! Doktór, marzyciel, humanista... Ignaś Komorowski śpiewał mu piosnki pierwsze moje, do których nuty dorabiał, „Kaliny,” „Maćki,” „Sieroty”, „Oryle,” „Kurpie” i Pan Bóg wie nie co, a Chałuba wzdychał, wielkiemi krokami się przechadzając. Pamiętasz — mówił do mnie w 1875 roku, kiedyśmy się spotkali w Krakowie — ulicę Przejazd i nasze muzy-