Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/466

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


VI.

W posiadanych przezemnie listach Lenartowicza, jest cząstka, która — zdaje mi się — że nietylko do mnie należy. Są to myśli i nastroje, które nawet tak, jak je tu kładę, wyrwane z całości, luźne, mają własny ton i własną barwę. Czasem jest to ziarno, czasem kwiecie, a czasem ów liść kaliny, na którym sierota zapisuje wszystko co jej do głowy przyjdzie, aby go wiatr cichem wianiem zaniósł do rodu, do brata.
Jakkolwiek drobne fragmenty te, te linie, odbijają przecież w sobie coś z duchowego oblicza poety. Nie wybieram ich, nie porządkuję, nie poddaję żadnemu planowi. Otwieram tekę, biorę te różnej barwy i różnej formy kartki, a czem się podzielić można, tem się dzielę.

„Patrz daleko, czuj głęboko.

Młodą duszę wznoś wysoko,

I za celem goń”...

Jest to pierwszy wierszyk, który w życiu mojem napisałem, a który profesor gramatyki Kurhanowicz w gramatyce swojej przed laty 45 zamieścił.
Programowi temu ani na chwilę się nie sprzeciwiłem. Niewielkie były moje siły poetyczne, z drogi jednak wytkniętej w życiu nie zboczyłem, i każdy mi brat, kto w imię miłości przychodzi.