Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/465

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Trumna i pokój zarzucone były wieńcami.
W pokoju, oprócz rodaków i znajomych z równej poecie sfery towarzyskiej, stanęła też i garść biedoty różnej, która się garnęła z całej dzielnicy miasta do Lenartowicza.
Przychodziło to na gawędy, na narady, na utyskiwania, czasem po grosz, czasem po dobre słowo, czasem po westchnienie współczucia. Dobre słowo — to miał dla wszystkich i zawsze, a szło ono z duszy.
Był poeta w całej okolicy Montebello znany przez ubogą ludność, jako „Signor Professore”, wszakże nazywano go i poufalej także. Kiedy, przybywszy do Florencyi, pierwszy raz na Montebello się znalazłam i widząc trzy domy oznaczone N-rem 24, pod którym mieszkał Lenartowicz, wahałam się, gdzie go szukać, wybiegł z blizkiego kramiku jakiś łatacz obuwia z dratwą i starą cholewą w ręku i, popatrzywszy na mnie, zapytał:
Al Signor Teofilo?
Si — odrzekłam. Lo conoscete?
Ecco-la! — roześmiał się łatacz. — E mio amico! E amico dei poveri genti.
Dziś kiedy myślę o tem, chętniebym to słowo biedaka położyła między grobowe napisy poety: Przyjaciel ubogich.