Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/476

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wy, kto się w dziecinnej wierze utrzyma, kto dzieckiem przejdzie Czerwone morze krwi — suchą nogą! Nam trudno się pochwalić tym spokojem... O, nam trudno! Dziesięć razy na dzień jestem pesymistą, i dziesięć razy przerzucam się na spokojny obszar ufności. Na jednej tedy łódce jesteśmy, tylko, że ja ostatecznie nie tracę z serca nadziei dobicia do brzegu, zwyciężenia fal burzliwych; może dlatego, że jestem blizki końca...
— Kiedy chmury ciągną, a deszcz siecze, jakoś nam lepiej: myślimy, że, jeśli nie ludzie, to natura z nami współczuje. Złudzenie! Ale dobre i to. Na odkrytem niebie chcielibyśmy widzieć twarz ojcowską, pocieszającą, miłościwą. Ale wypatrz i wypłacz oczy, nic nie zobaczysz — błękitna przestrzeń powietrza, a za nią czczość i otchłań. A gdzież Bóg? W sercu, w kochającem sercu i w ogromnej harmonii bytów...
— Dwie skały stoją na rychcie, jak się starzy wyrażali, wszystkim naszym rozumowaniom, rachunkom i wątpliwościom, i ani raz ich przestąpić: obawy o przestrzeń zatrzymuje nieskończoność światów, obawy o byt, wieczność, trwałość zmienna, a niepożyta. A jeśli tych usunąć nie można, co za szaleństwo przeciwko ościeniowi wierzgać!
— Z boleści rosną ci skrzydła; granic nie pojmiesz; ale punkt środkowy ten jest w tobie i nad