Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/475

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nieczność dania z siebie widowiska, to szermierstwo z bólem, to także gloria...
— Na wszelkie rodzaje suchot ludzie umierają, a na suchoty serca tyją.
— Jestem, jakim jestem; sto razy na dzień epszym i sto razy gorszym; sto razy słabszym i sto razy silniejszym, a wtedy tylko szczęśliwy, spokojny, kiedy ręka i głowa pracą zajęte, i wtedy tylko, kiedy na chwilę ręka przyjazna dłoń moją uściśnie, a przyjaciel popatrzy na mnie, na moje życie, i, nic nie mówiąc, łzę na oku otrze...
— Optymizm, czy pesymizm? Ani jedno, ani drugie; ani za różowo, ani za czarno... Komu dzisiejszy stan świata serca nie rozdziera, winszuję! Z tego można robić posągi, ale przedmiotem do posągu pewno on nie będzie! Kto wątpi o wszystkiem, jest samobójcą, zaprzecza bowiem użyteczności pracy, która przecież na coś się w przyszłości przyda, i własnej, niezaprzeczalnej działalności ducha. Pomiędzy dwiema ostatecznościami wszakże wybierając, wolę zbuntowanego pesymistę, niż spokojnego, milutkiego samoluba, pokrywającego się płaszczykiem niczem nienaruszonej wiary. Ale na pesymistach quand même także czarny krzyż kładę: są to przyjaciele spokoju na — cmentarzach.
Nie, ani z jednymi, ani z drugimi, ale raz z tymi, raz z owymi; pod przewodem własnej myśli, oświecanej bezpośrednim wpływem tego światła, które w ciemnościach świeci. Szczęśli-