Szanchaj/Tom I/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.
DUSZE CZŁOWIECZE...

Już dwa tygodnie minęło od dnia, w którym ogłoszono chińską dzielnicę pod surową kwarantanną. Wagin z zaciekawieniem przyglądał się przyjaciołom. Znał ich dość dawno, lecz dopiero teraz mógł im się przyjrzeć zbliska. Zauważył głębokie, szybko zachodzące w nich zmiany. Przedewszystkiem zdumiewała go pani Somowa. Posiwiała do reszty i, niedawno jeszcze beznadziejnie zgnębiona, po śmierci synka spędzająca większą część dnia na jego grobie, powracała przed obiadem dopiero, zapłakana, ogarnięta szałem rozpaczy i wyczerpana zupełnie. Z wysiłkiem, automatycznie zabierała się do sporządzania obiadu dla córki, sama nic nie jadła, nieludzkiem napięciem woli podtrzymując rozmowę, którą Ludmiła chciała ją wyrwać ze stanu odrętwienia i wzmagającej się z dniem każdym melancholji. Gdy córka kładła się i zasypiała, pani Somowa, bez szmeru ześlizgiwała się z łóżka i, klęcząc na podłodze, godzinami modliła się i prowadziła z kimś nieskończone rozmowy głosem serca i łkaniem duszy. Usprawiedliwiała się przed nieboszczykiem mężem, objaśniając, dlaczego nie potrafiła zachować przy życiu synka. Gdyby ktokolwiek mógł podsłuchać tę niemą rozmowę, przeraziłby się napewno, zajrzawszy w otchłań rozpaczy matki. Nie poruszając prawie ustami, krzyczała bezdźwięcznie w bezkres zaświatów, że jest nędzarką, jakimś cudem tak długo trzymającą się na powierzchni życia, i to, wyłącznie zawdzięczając mizernemu zarobkowi córki i przypadkowemu lokatorowi; że nie posiada już nic do sprzedania, że za lekarstwa zapłacił poczciwy Chińczyk Jun-cho-san, za co ona przez dwa miesiące szyła dla sześciu jego córek modne suknie europejskie, aż nabawiła się wkońcu choroby oczu, że, gdyby nie towarzystwo dobroczynne i nie pożyczka, udzielona jej przez lokatora (Wagin w tym celu sprzedał dobrą skórzaną walizkę i paczkę nabojów do Browninga), nie mogłaby nawet pochować Romana.
— Cóż miałam więcej zrobić — taka biedna, opuszczona, obca wszystkim w tem strasznem mieście? — wzdychała żałośnie, a te westchnienia matki słyszał nieraz na starem mieszkaniu Wagin, nie śpiąc, wpatrzony w ślepy mrok nocy, głodny i jakąś nieznaną siłą podtrzymywany w nadziei. — Cóż mogłam zrobić? Nikt goręcej ode mnie nie modlił się do Zbawiciela i Jego Matki, znającej gorycz bólu i wszystką tęsknotę ludzką, ale sądzone, widać, było, aby błagania moje nie doszły do Ich stóp świętych. W jakimś strasznym porywie wołałam do mocy innych, nieznanych mi, a wyczuwanych wszędzie i zawsze, bo wbijały we mnie źrenice swoje, a ja — grzeszna i obłąkana z bólu — nie wiedziałam, czy dobre są ich spojrzenia, czy złe, nie zastanawiałam się nawet, czy nie popełniam jakiegoś grzechu, gorszego od wszystkich grzechów śmiertelnych, czy dusza moja nie zwraca się w tych chwilach rozpaczy do... mocy, przeklętej przez Twórcę, do... szatana?!... Cóż mogłam zrobić więcej? Zrozum, powiedz coś, daj znak widomy, że przebaczasz!
Czekała, ale cisza panowała w domu. Za piecem poczynał grać i nagle urywał świerszcz. Na podwórzu miauczała ruda kotka Jun-cho-sana. Pod podłogą gziły się, chrobotały i zgrzytały zębami szczury. Wtedy stroskana kobieta niżej opuszczała siwą głowę i gorącym szeptem, cichszym od szmeru miękkich skrzydeł ćmy, wołała:
— Romeczku... synku... jedyny mój, najmilszy chłopusiu!... Słyszysz mnie?... Jesteś już w niebie... u Boga, wśród aniołów promiennych... Tam widzą oni całą prawdę... i nic się tam nie ukryje... Powiedz, czyż mogłam uratować ciebie?... Zrobiłam dla ciebie mało, ale naprawdę wszystko, wszystko, co było w mojej mocy! Przysięgam, że myślałyśmy tylko o tobie!...
Nagły niepokój ogarniał zrozpaczoną matkę. Wtedy wyciągała dłonie przed siebie i znowu błagała:
— A może źle zrobiłam, że pozwoliłam doktorowi Plenowi... leczyć ciebie, syneczku? Powiedz?! Daj znak!
W takiej chwili niezmiennie na tle ciemnej ściany majaczyć poczynała wysoka, przygarbiona postać Plena. Świeciła się jego chuda, blada twarz i łagodne promienie sączyły się z głęboko zapadłych oczu.
Takie męczeńskie dni i noce spędzała pani Somowa w swoim pokoiku w domku Jun-cho-sana. Z chwilą, gdy przeniosła się do nowego mieszkania, życie jej i nastrój gwałtownej uległy zmianie. Jak dawniej odwiedzała codziennie grób synka, lecz nie pozostawała już tam do wieczora. Owszem — śpieszyła się nawet, porządkując na mogiłce kwiaty i usuwając suche liście i pędy, modliła się gorąco, ale krótko, i, pocałowawszy ziemię, prawie biegiem powracała do domu, aby przyrządzić obiad na czas. Krzątała się przez dzień cały i nie miała prawie czasu pozostać wyłącznie ze swemi smutnemi myślami i dręczącemi ją wyrzutami sumienia. Gdy zaś wszyscy powracali do domu, głodni i żartobliwi, wnosząc ze sobą życie i ruch, mimowoli prostowała się, a zgasłe jej czy nabierały blasku. Radowało ją to, że Ludmiła stała się żywsza, a nawet uśmiechała się nieraz, słuchając zabawnych opowiadań Miczurina o tem, jak to on dowodzi bandą obdartusów — tych sankiulotow szanchajskich, „dziedzicznych i honorowych“ kulisów, jak ich nazywał lejtenant. Cieszyła się serdecznie, gdy jedli z apetytem, była dumna i wkońcu stało się to punktem jej honoru, aby wszyscy troje zachwycali się wytwornem „menu“ i wspaniałą kuchnią „Grand Restaurant des Amis“. Wieczorem, a nawet w nocy tragiczne rozmyślania jej przerywało układanie planu na jutro i troska o to, że czegoś jeszcze dziś nie zrobiła.
Wagin wyczuwał, co się dzieje z panią Somową, i starał się jak najwięcej absorbować jej myśl i pamięć, przekonawszy ją zupełnie, że bez jej umiejętnego gospodarowania nie daliby sobie rady. To przeświadczenie zmusiło ją podwoić wysiłki, co zaprzątało jej mózg aż do chwili, gdy sen zmorzył zmęczoną głowę. Wagin wiedział z własnego doświadczenia, jak potężnem lekarstwem na cierpienia duszy jest praca i świadomość swej niewątpliwej, sprawdzanej na każdym kroku pożyteczności. Pani Somowa z dniem każdym powracała do życia i pewnego razu nawet pochwyciła siebie na tem, że ze strachem myśli o powrocie do domku Jun-cho-sana. Przejęta swoją rolą i podświadomie uradowana odżywającą w niej chęcią do życia, co było podobne do cichej, łagodnej radości rekonwalescenta po ciężkiej chorobie, nie spostrzegła pani Somowa zmian w wewnętrznym świecie Ludmiły. Cieszyło ją wprawdzie, że córka zaczęła bardziej zwracać uwagę na swój wygląd i że czasami śmiała się wesoło. Objaśniała to jednak szczęśliwą okolicznością podwyżki pensji Ludmiły, wpływem naturalnego komizmu Miczurina i ciętym dowcipem Sergjusza. Jednak najważniejsza okoliczność uszła jej uwadze. Pani Somowa nie spostrzegła, że, przychodząc do domu, Ludmiła przy wejściu przyjaciół, bacznie z jakimś nieznanem przedtem na jej twarzy ciepłym wyrazem ogarniała spojrzeniem Wagina, a gdy wszyscy śmiali się, słuchając gawędy lejtenanta, ona ni to z uporem, ni to z trwogą wciąż szukała czegoś na spokojnej twarzy Sergjusza, nieznacznie śledząc jej grę i zmieniający się wyraz jego oczu.
Nietylko jednak pani Somowa, ale i sam Wagin nie zauważył tej zmiany. Zato spojrzenia Ludmiły i to jej jakgdyby niecierpliwe lub trwożne oczekiwanie pochwycił roześmiany zawsze i niby beztroski Miczurin. Pochwycił i — zasmucił się. Odczuwając tępą, niejasną gorycz, na krótki zresztą czas stawał się milczący i dziwnie zamyślony. Pewnego wieczora, leżąc już, zwrócił twarz ku czytającemu w łóżku Waginowi i rzucił:
— Czasem zdaje mi się, że zrobiłem fatalne głupstwo, poczęstowawszy was czumizą, gdyście umierali z głodu...
Sergjusz spojrzał na niego badawczo i zapytał spokojnie:
— Z jakiegoż to powodu napadły was te spóźnione żale?
Miczurin długo milczał, czując na sobie przenikliwy i szyderczy wzrok przyjaciela. Wreszcie zapalił papierosa i odpowiedział żartobliwie, chociaż w głosie jego Sergjusz nie posłyszał wesołych nut:
— Bo tego dnia marna była kasza, trochę przypalona! Powinienem był raczej ukraść kucharzowi kawałek słoniny...
— Jeżeli tak, to przyznaję wam rację! — mruknął Sergjusz i zasłonił się gazetą.
Miczurin sapał, głośno wypuszczając dym i kręcąc się na łóżku, skrzypiącem pod ciężarem jego potężnego ciała, wreszcie powiedział, dobitnie skandując słowa:
— Człowiek — to jest, zaiste, najwstrętniejsze zwierzę!
Wagin starannie złożył dziennik, zdmuchnął świecę, stojącą na krzesełku przy łóżku i, patrząc w ciemności na przyjaciela, odpowiedział:
— Niech zwierzę śpi spokojnie, bo w tym pokoju nie ma wroga!
— W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — robiąc trzykrotny znak krzyża, szepnął lejtenant przerażonym głosem: — Wy wszystko rozumiecie bez słów!
— Jak to bez słów? — zaśmiał się Sergjusz. — Od kwadransa bodaj gadacie i przeszkadzacie mi w przygotowaniu materjału na jutro!...
Więcej już o tem nie mówili, a Wagin, leżąc w ciemnym pokoju i patrząc na smugę światła na suficie, myślał o tem, że zmiany, które oddawna rzuciły mu się w oczy w nastroju i postępowaniu Miczurina, zaszły już dalej niż nawet mógł przypuszczać, a skierowały się na drogę przez nikogo nieprzewidzianą. Dopiero w tej chwili sam Miczurin otworzył mu oczy na to, co zaszło w duszy dawnego rezydenta chińskiej gospody i na to, że w tych przemianach i on sam mimowoli odgrywa jakąś czynną rolę, narzuconą mu przez Miczurina.
Lejtenant za wszelką cenę i jak najprędzej chciał wyrwać się i odejść jak najdalej od nędzy, upadku i gnuśnej bierności swej żałosnej egzystencji w „Gospodzie 4-ch stron świata“, odnaleźć w sobie wszystko, co utracił, zda się, na zawsze, krocząc męczeńską, tragiczną lub ohydną drogą zwierzęcej walki o byt, powrócić do powstającego nagle z rumowisk dawnego trybu życia, chociaż przeklął je już stokrotnie i pogardzał niem, jako utraconem beznadziejnie i niepotrzebnem pijanemu „cerberowi“ wstrętnego zajazdu chińskiego. Zmiany, zachodzące w Miczurinie, jako konsekwencja pragnienia gruntownego zerwania na zawsze z dawnem życiem, miały narazie charakter ewolucji raczej zewnętrznej. Rzuciło się to w oczy Waginowi, który z zadowoleniem śledził przebieg „zmartwychwstania“ tego, jakgdyby bezpowrotnie zgubionego człowieka. Pochłonięty był jednak własnemi sprawami i niemal podświadomie opracowywanym planem dalszej przyszłości, planem coraz bardziej rozszerzającym zasięg w miarę tego, jak Wagin zmuszony był zagłębiać się w treść, szczegóły, a nawet tajniki życia narodu i kraju, gdzie ślepy przypadek lub niewiadome przeznaczenie kazały mu żyć i działać. To też Wagin przeoczył ten moment, gdy w duszy lejtenanta żądza przemiany odrzuciła łatwe etapy ewolucji zewnętrznej i przybrała burzliwy rozpęd rewolucyjny.
Miczurin od pewnego czasu zaczął analizować różne odcienia stosunku do siebie swego otoczenia. Było ich niewiele, a wszystkie, jak był przeświadczony, w mniejszym lub większym stopniu zbliżone do siebie, chociaż miały własne, nieuchwytne rysy. Nietylko bowiem Wagin, ale i obie panie, pewnego razu spotkawszy go z Sergjuszem w Czapei, pamiętały jego dawny wygląd olbrzymiego draba w chińskich portkach, wyświechtanej kurmie, w dziurawych pantoflach na brudnych, bosych nogach, brodatego, o powichrzonych włosach i wybałuszonych, czerwonych od alkoholu oczach. Nie mogły też, napewno, zapomnieć jego błazeńskich ruchów pijackich i obleśnych uśmiechów, które z bylejakiego powodu mogły się zmienić w najohydniejsze i najzgnilsze przekleństwa, jakiemi rozbrzmiewała w dzień i w nocy kloaka ludzka, nosząca szumną nazwę „Gospody 4-ch stron świata“, a nawet w rękoczyn, wchodzący zresztą w zakres jego obowiązków „firmowego“ obrońcy ciszy i porządku. Wyzuty już doszczętnie z jakichkolwiek złud i nadziei, zerwał z „przesądami“ moralnemi i społecznemi. Trzy czwarte tego życia pędził jako otumanione lub nieprzytomne zwierzę, resztę — jako zwierzę drapieżne. Miał nadzieję, że o tem ani pani Somowa, ani Ludmiła nie wiedziały i nie podejrzewały nawet, ale za to wiedział dokładnie Sergjusz. Uświadamiając to sobie, Miczurin zaciskał potężne szczęki i syczał z bólu. Ze wściekłością robił sobie najcięższe wyrzuty, że temu nieznajomemu wówczas człowiekowi wyznał całą prawdę i pokazał mu nagość swej duszy, zdolnej do najbardziej nikczemnych czynów.
— Chciałem przekupić go rabią szczerością, aby wyciągnąć od niego kilka groszy na swe ohydne życie! — ciskał sobie straszne oskarżenie. — Tchórzliwe, spodlone, przez siebie samego oplute bydlę!
Przychodził do wniosku, że Wagin nie może go szanować, a jego przyjaźń to tylko wdzięczność za pomoc, gdy słaniający się z głodu i niemal nieprzytomny przywlókł się do „Gospody“, aby zdobyć przepustkę do miasta. Świadomość tego dręczyła lejtenanta długo, aż pewnego razu, idąc z Waginem, zagadnął go:
— Wyobrażam sobie, jak wy pogardzacie mną, bezczelnym drabem, chwalącym się swemi kryminalnemi uzdolnieniami? Pamiętam, jakem to na wstępie naszej znajomości wyłożył wam bezwstydnie, z dumą „bosiaka“, saukiulota, ciemnego kulisa swoją nędzną autobiografję!
Przypomniał sobie, że Wagin nie zwrócił, zdaje się, uwagi na jego nerwowy ton, bo odpowiedział spokojnie i prosto:
— Naturalnie — pamiętam! Zapamiętałem to sobie dobrze, bo przecież przyszedłem wkrótce do was z zamiarem sprzątnięcia Abrama Chackelesa.
— No — i co? Uważacie, że wszystko to było w porządku? Było, minęło i nie powróci? Drobiazg? epizod życiowy? ironja losu? Co?
Sergjusz nawet nie podniósł na niego oczu i tym samym spokojnym głosem zauważył:
— Tyle się robiło w ostatnich czasach rzeczy wstrętnych, przeciwnych własnej naturze, że nie warto nawet analizować tego! Robiło się, by niewiadomo poco zachować to życie... Instynkt ten silniejszy jest od etyki...
— Uważacie zatem, że i ja mogłem, idąc za nakazem instynktu zachowawczego, stosować spokojnie swoje „talenty“, któremi ongiś chełpiłem się przed wami?
Wagin wtedy dopiero spojrzał na niego uważnie. Upór, z jakim Miczurin powracał do tego samego tematu, uderzył go i zastanowił. Jakaś nagła ostra myśl przemknęła w jego źrenicach, lecz, nic nie powiedziawszy, obojętnie wzruszył ramionami. Takie zakończenie ważnej dla niego rozmowy, nie uspokoiło bynajmniej Miczurina, więc po pewnych czasie zapytał znowu:
— Rozumiem z waszych słów, że ów chciwy instynkt życia usprawiedliwia mnie w mojem sumieniu, bo wiem wszystko, co i dlaczego to było...
Wagin kiwnął głową.
— Tak... być może... — ciągnął Miczurin. — Jednak, jaką mógłbym dać odpowiedź komuś bardzo szlachetnemu i moralnemu, gdyby ten ktoś zapytał mnie: „Jak mogłeś, lejtenancie Michale Miczurinie, pędzić takie życie?“
Wagin nagle zrozumiał wszystko. Zaśmiał się wesoło i spytał:
— Czy ten wasz „ktoś“ ma być rodzaju męskiego?
— Przypuśćmy, że — tak...
— Wtedy weźcie notatnik i ściśle do litery na wszelki wypadek zapiszcie odpowiedź! Ma ona brzmieć tak: „Zanurz się, moralny i szlachetny mięczaku, w to życie, które przeszedłem, a które było gorsze od piekła, drżyj co chwila o swoją skórę, bądź tropionem zwierzęciem, zaciskaj gardło, aby nie bluźniło, wsłuchuj się w rozpacz serca, w miotanie się duszy i w bolesny skurcz skręcanych głodem wnętrzności, a wtedy miej czelność pytać, mięczaku!“
Wagin wypowiedział to wszystko powoli, ale płynnie i spokojnie, jakgdyby formułę takiej odpowiedzi obmyślił oddawna, wynosił ją w sobie i miał w pogotowiu na każde zawołanie.
Szli długo, milcząc, aż Miczurin zadał nowe pytanie, tym razem jakimś zdławionym szeptem:
— A gdyby spytała mię o to kobieta... kochana kobieta?...
— Och, czcigodny lejtenancie! — zawołał jakgdyby zdumiony. — Pan pyta mnie o to? Czyż nie pamiętacie doskonałego rosyjskiego powiedzenia: „Pokochaj mnie, gdy jestem czarny, bo białego — pokocha mnie każda!“
Zaczął śmiać się na nowo i powtarzać przez śmiech:
— Pokochaj mnie — czarnego! Pokochaj mnie — czarnego!
Miczurin czuł się zmieszanym tym wybuchem wesołości przyjaciela i nie spostrzegł, że w przymrużonych oczach jego odbił się głęboki smutek. Wagin nie wszczynał więcej tej rozmowy, a i Miczurin nie powracał już do tak niespodziewanego tematu, który mimowoli zdradził go. Od tego czasu Sergjusz uważnie śledził przyjaciela i wkrótce już nie miał żadnej wątpliwości, że w sercu Miczurina zagnieździła się miłość. Rozumiał też, że była to miłość w tym wypadku najdziwniejsza na świecie, bo nieśmiała, pełna niemego uwielbienia, beznadziejna, daleka od wybuchu namiętności, młodzieńczowstydliwa. Zdając sobie z tego sprawę i zestawiając tych dwoje ludzi — zamkniętą w sobie, tajemniczą, mistycznie nastrojoną, zdolną do ascetyzmu i męczeństwa Ludmiłę i — Michała Miczurina, który niedawno jeszcze zły był na niego, że nie pozwolił mu odegrać „świetnie zareżyserowanej comedia dell arte z lekkiem a skutecznem puszczeniem krwi“, Miczurin — pijany, amoralny abnegat, Miczurin — cynik i drab, zdolny do każdej zbrodni, — Wagin nie był w stanie wyjść ze zdumienia. A tymczasem ta właśnie — tak niestosowna i przeciwna naturze Miczurina miłość porwała lejtenanta ni to jakaś rozpętana maszyna, która swemi trybami poszarpała w nim dawną jego istotę i odrzuciła, jak odrzucała wióry i niepotrzebne skrawki metalu lub drzewa, po tysiąc razy zmełła, sprasowała i uformowała coś zupełnie odmiennego, niepodobnego do cerbera „Gospody“, najemnego mordercy, fałszerza, szulera i włamywacza. W imię tej to miłości w zewnętrznie odrodzonym człowieku zaszły jeszcze głębsze zmiany wewnętrzne. Miczurin przestał pić, stał się małomówny z obawy, by nie urazić czemkolwiek Ludmiły, gryzł się wyrzutami sumienia, palił się ze wstydu za niedawne swe życie, usiłował czytać, aby wypełnić wyrwę kilku lat upadku i dojść do poziomu Ludmiły i Wagina, w sumienności i rzetelności dochodził do chorobliwej wprost manji... a jednocześnie stawał się coraz wrażliwszy na stosunek przyjaciół do siebie, podejrzliwie analizując każde ich słowo i spojrzenie.
Drażniło go i niepokoiło, a czasem doprowadzało do takiej rozpaczy, że chciał wyć i gdzieś biec bez celu i na zatracenie, kiedy wyczuwał, jak mu się wydawało, lekceważenie i milczącą wyrozumiałość dla jego mimowolnych błędów w wypowiadaniu się lub postępowaniu.
— Zapewne myślą sobie w tej chwili: czegóż można się spodziewać po pijanym dozorcy „Gospody“ i organizatorze napadu kasiarzy na firmę Lao-Kuna? — myślał chwilami lejtenant, a wtedy serce jego napełniało się goryczą.
Przechodziła ona jednak w żrącą truciznę, gdy, opowiadając coś z zapałem i mówiąc rzeczy niezmiernie ważne, bo przeznaczone wyłącznie dla Ludmiły, spostrzegał nagle obojętność na jej twarzy, a nawet jakgdyby zniechęcenie w oczach, że odrywa ją od jej własnych myśli, niedostępnych dla niego, i wyprowadza ją ze zwykłego skupionego nastroju, którego bał się, jak boi się idący do szturmu żołnierz kulomiotów — niewidzialnych z poza okopu reduty. Spostrzegawczość i podejrzliwość zakochanego człowieka jemu pierwszemu odkryła nowe i tragiczne horyzonty. On właśnie dojrzał dziwnie badawcze, czegoś szukające spojrzenia Ludmiły, skierowane na Sergjusza, i ten wyraz ostrego i niecierpliwego oczekiwania na jej smagłej twarzy.
Ludmiła była dobra i uprzejma dla niego, jak również i pani Somowa, która szczególnie przywiązała się do tej prostej, zrozumiałej w każdym odruchu duszy, ale Miczurin — zatruty już podejrzliwością i wyrzutami sumienia — objaśniał ten stosunek do siebie inaczej, niż było to w istocie.
— Usiłują wyrazić mi swoją sympatję, aby ośmielić i podciągnąć do swego poziomu mnie — uleczonego pijanicę, brutala i bandytę!...
W takim to będąc nastroju, rzucił Waginowi owe zagadkowe słowa o żalu, iż nakarmił go — wyczerpanego głodem. Być może, wtedy sam jeszcze nie uświadamiał sobie, że przemówiła w nim zazdrość, jadowita, nieokiełzana niczem zazdrość męska. Zrozumiał to jednak Wagin i ze zdwojoną czujnością rozejrzał się po ludziach, z którymi związał go los. Porobił wonczas wiele ważnych i niespodziewanych spostrzeżeń.
Zaczął od siebie i musiał ustalić fakt, że przyzwyczaił się już a nawet przywiązał do pani Somowej, Ludmiły i Miczurina. Czuł się z nimi dobrze i spokojnie. Nigdy go nie nudzili i nie drażnili. Jak wszyscy nadmiernie przewrażliwieni ludzie wiedzieli dokładnie, kiedy i o czem należy mówić, a nigdy nie stawali się gadatliwi i niedyskretni. Nieraz, gdy pili herbatę wieczorną w pokoju Wagina i Miczurina, całe towarzystwo milczało. Nie było to jednak milczenie krępujące i ciężkie, przeciwnie posiadało pewną wymowę, jakgdyby porozumienie się dusz, emanacja niewypowiedzianych myśli, czego dowodziły spojrzenia, wyraz twarzy i podświadome zadowolenie.
— Doprawdy — myślał Sergjusz, — polubiłem te ciche kobiety, pełne wewnętrznej, chociaż mało dostępnej treści. Pragnąłbym im nieba przychylić! Zapewne dobrzeby to było, gdyby Miczurin poślubił Ludmiłę...
W wyobraźni przedstawiał sobie to projektowane stadło. Narazie parsknął śmiechem, a potem ku wielkiemu swemu zdumieniu przeraził się.
— Ludmiła i ten wstydliwy teraz, ciągle niespokojny dryblas?! To — wprost niemożliwe! — rozmyślał. — Farsa najprawdziwsza! Chociaż — kto wie? Czego nie dopnie zakochany mężczyzna i czego dla takiego uczucia nie poświęci kobieta?! A i pani Somowa nie miałaby, zdaje się, nic przeciwko temu... Cóż — partja dobra! Miczurin stał się teraz śmieszny z tym swoim „pędem do cywilizacji“ i przypomina mi tego paryskiego studenta-sudańczyka, który dwa razy na dzień zmieniał garnitur i obuwie, codziennie inaczej się poruszał i starał się innym mówić głosem. Ale to minie! Gdy się oswoi, etanie się naturalniejszy i wyzbędzie się śmieszności. Cóż pozatem można mu zarzucić? Szlachcic, oficer, inteligent i serdeczny, miły chłop! Trafił, jak się zdaje, na właściwą drogę. Posadę ma akurat dla siebie! Może komenderować i być ciągle w ruchu! Zadowoleni są z niego żółci panowie z „Szun-Pao“, po miesiącu już podwyższyli mu pensję, więc będzie u nich siedział tyle, ile zechce... Ludmiła... Ach, Ludmiła! Tu tkwi zagadka... być może, dramatyczna nawet zagadka! Co ona myśli o nim? I czy wogóle myśli?
Wagin skrzywił nagle usta, przypomniawszy wybuch zazdrości Miczurina.
— Zazdrość o mnie? — pytał siebie. — Skąd mu to przyszło? Ludmiła i... ja? Coś fantastycznie niemożliwego... Ona wciąż jeszcze obawia się mnie, a może nawet ma do mnie odrazę... wyczuwam to nieraz zupełnie wyraźnie... Nigdy nie pozostajemy ze sobą sam na sam... Instynktownie, zdaje się unikamy tego oboje... Ludmiła... zresztą nie pociąga mnie wcale, jako kobieta...
Wywołał ją sobie w pamięci i natychmiast ujrzał półciemną cerkiew, z migocącemi tam i sam płomykami lampek olejnych i cienkich świeczek woskowych; ze ścian wyłoniły się blade, mgliste freski. Wysokie, sztywne postacie świętych... Setki męczenników, ojców kościoła prawosławnego, pustelników, ekstatycznych mnichów... Chude, ascetyczne, jakgdyby niczem nieprzejednane twarze i głębokie, tajemnicze, mistyczne oczy — pełne milczącego, surowego wyrzutu i pełnego trwogi pytania. Oczy Ludmiły... Z poza małych drzwiczek w murze, niby z ciemnej czeluści jaskini, czarne wynurzają się postacie i suną niby nieskończony korowód mrówek. Wagin widzi ukryte pod kłobukami z krzyżem i trupiemi głowami na nich obce temu światu oblicza ihumcnów — nielitościwych dla siebie braci, postami i trudami umęczonych czerńców; kroczą wszyscy, stukając kosturami i dzwoniąc łańcuchami, przeorysze o ponurych, nieprzytomnych oczach i skulone, niby czarne, spracowane mrówki-robotnice, sylwetki mniszek o twarzach i oczach Ludmiły. Biją dzwony ponuro i monotonnie, jarzą się czerwone, kopcące języki świec, dobiega woń kadzideł, co smugami snuje się w mroku, szepcą coś zaciśnięte usta, szurgają ciężkie trzewiki i... suną wciąż nowe i nowe szeregi czarnych, nieradosnych cieni.
Wzdrygnął się Wagin i ręką przetarł oczy.
— Ludmiła — sączy się dalej myśl — to wyrzut zbiorowego sumienia, to ucieleśnienie cierpienia, pokory i modlitwy za grzechy świata... Nie mogę nawet wyobrazić sobie, jakim dysonansem rozbrzmiewałoby przy niej słowo — „kocham“.
Uśmiechnął się mimowoli i szepnął:
— Nie wiem, czy przejdzie ono przez gardło Miczurinowi... chyba, że się upije tęgo, i jako tako wykrztusi wyznanie miłosne... W każdym razie nie ma on powodu do zazdrości! Ta dziewczyna — to symbol męki... czystej duszy, patrzącej na zgniliznę świata... W jej obecności zmysły śpią, jak ziarna pod lodową skorupą...
Tak rozumował Wagin, idąc pewnej niedzieli po zalanym słońcem i pachnącym kwiatami Bundzie i przyglądając się zgrabnym zarysom białego jachtu amerykańskiego, podnoszącego żagle.
Jakaś młoda osoba o puszystych złocistych włosach, wymykających się z pod białego berecika, przechodząc koło Sergjusza, przenikliwie zajrzała mu w oczy. Wagin ogarnął ją szybko a szczegółowo, jak to bywa zawsze, gdy działają podrażnione nagle zmysły.
— Niezawodnie — Angielka! — zawyrokował. — Powraca z kortu. Piękne ma włosy i oczy niebieskie i śmiałe. Taka to wie, czego chce, i potrafi postawić na swojem...
Jej krótka biała sukienka odsłaniała foremne, silne nogi, a szkarłatny, obcisły sweter uwydatniał małe, okrągłe piersi, zarysowane zuchwale pod cienkim jedwabiem. Wagin ślizgnął się po tej ponętnej postaci ciepłem spojrzeniem, a gdy poczuł lekki, słodki dreszczyk pożądania, świeże usta Angielki drgnęły w ledwie widocznym uśmiechu. Przeszła obok sprężystym krokiem, ale, minąwszy Wagina, zwolniła go nieco. Sergjusz nie obejrzał się jednak. W tej samej chwili spostrzegł Ludmiłę. Domyślił się, że powracała z cerkwi.
Podszedł do niej i powiedział z uśmiechem:
— A słowo stało się ciałem! Przed chwilą myślałem o pani...
— Pan myślał o mnie? — zapytała, a w jej glosie zadrgały nuty niepokoju, zdumienia i jakgdyby podrażnienia.
— Panią to dziwi? — wzruszył ramionami Sergjusz. — Często myślę o pani...
— To — dziwne, to — zupełnie dziwne! — zawołała wyraźnie niecierpliwym głosem, zdradzającym zdenerwowanie. — Gdy słucham i patrzę na pana, wydaje mi się zawsze, że pan jest wciąż nieobecny, strasznie daleki i niezmiernie mi obcy... nam, chciałam powiedzieć, i wszystkiemu, co pana otacza!
Wagin spojrzał na nią badawczo. Twarz jej okryła się ciemnym rumieńcem, głębokie oczy błysnęły ponurym i namiętnym ogniem.
— Gdybym nawet pragnął, nie ośmieliłbym się narzucać pani. Pamiętam przecież strach pani przy naszem pierwszem spotkaniu. Wyobrażam sobie, jak wiele panią kosztowała przypadkowa rozmowa ze mną i samo nasze przebywanie pod jednym dachem. Jestem przekonany, że obawiała się pani nawet dotknąć przedmiotu, który był w moim ręku. Rozumiem to, bo miałem podobne przeżycia i wrażenia... we Francji.
— Skąd pan o tem wie! — prawie krzyknęła, z przerażeniem patrząc na niego. — Czyżby pan słyszał?
Wagin zaśmiał się cicho i odpowiedział:
— Nic nie słyszałem, a mimo to — zgadłem! Powracając jednak do pani zarzutu, muszę przyznać, że pani ma słuszność. My — którzy przeszliśmy tyle nieprawdopodobnych, niesamowitych rzeczy, — jesteśmy całemi światami, zamkniętemi na siedem zamków i zapieczętowanemi siedmiu pieczęciami, — światami zazdrośnie strzeżonemi od wtargnięcia obcych przybyszów. Zresztą, co mam się długo nad tem rozwodzić?! Pani sama jest klasycznym przykładem takiego osobliwego i niedostępnego świata! Wie pani? Gdy patrzę na panią, widzę za każdym razem nieznany mi klasztor, stojący na niedostępnej górze, która panuje nad rozległą równiną. Za grubemi, zawsze zamkniętemi furtami klasztoru snują się, niby mrówki milczące, tajemnicze myśli i przeżycia, zupełnie jak mniszki w czarnych chustach, spuszczonych na oczy. Równina — wesoła, zielona, rozsłoneczniona, pełna gwarnych wsi, roztańczonych tłumów, spogląda z ciekawością na ciemne, posępne mury klasztorne, ale nikt stamtąd nie wychodzi, milczenie tam panuje wszechwładnie i tajemnica. Jaka? Smętna, tragiczna, groźna, rozpaczliwa lub zamykająca w sobie całą przepastną głębię życia? To chyba zależy od klasztoru, panno Ludmiło?
Szli obok siebie.
— Gdyby ktoś bardzo zapragnął, mógłby przecież przeniknąć do klasztoru i przekonać się o tem, co się w nim ukrywa — z ciężkiem westchnieniem powiedziała nagle Ludmiła. — Wszyscy wolą patrzeć z podziwem i ciekawością, a nikt nie uczyni najmniejszego choćby wysiłku, żeby się dowiedzieć, jakich ludzi i jakie myśli zamknęły w sobie te mury.
— Poco się wdzierać tam, gdzie intruz nie jest pożądany? — wtrącił Sergjusz.
— Nie wiem... Być może, wraz z takim intruzem wdarłby się jakiś promyk słońca do ponurego życia czarnych mrówek, które nie mają już sił otworzyć siedmiu zamków i złamać siedmiu pieczęci.
Wagin zdumionym wzrokiem przyglądał się mówiącej dziewczynie i po raz pierwszy zaświtała mu myśl, że wcale nie zna Ludmiły. Jakiś niepokój poruszył się na dnie jego duszy i nadał drażniącej ostrości nagłemu zaciekawieniu.
Ostatnie słowa dziewczyny dawały doskonałą sposobność do dalszej rozmowy, lecz coś podszeptywało mu, aby nie czynił tego. Poszedł więc za tym wewnętrznym głosem i o nic więcej nie pytał. Milczeli oboje, a w milczeniu tem wyczuwało się wzajemne oczekiwanie. Wreszcie Wagin, ręką wskazując już sunący po rzece jacht, wesołym głosem powiedział:
— Szczęśliwi są ci tam Amerykanie! Za godzinę wypłyną na Ocean i oderwą się od ziemi. Otoczą ich inne żywioły i dumne zmaganie z wichrem i falami.
Ludmiła nic nie odpowiedziała, zamyślonym wzrokiem odprowadzając biały kadłub statku i jego wydęte już wiatrem żagle.
— Skąd pani idzie i dokąd? — spytał Sergjusz.
— Mama, lejtenant i ja byliśmy w cerkwi i u Romka na mogiłce. Lejtenant namówił mamusię odwiedzić panią Ostapową, bo przysłała nam po śmierci braciszka serdeczne kondolencje i kwiaty na grób... Cieszę się, że mamusia trochę się rozerwie!
— Nie poznaję Miczurina! — klasnąwszy w dłonie, zawołał nagłe Wagin, jakgdyby nie posłyszawszy nic innego poza nazwiskiem przyjaciela. — Pozwolił pani wracać samej?! To wprost nie do uwierzenia!
— Nie jesteśmy przecież w dżungli, a lejtenant nie jest moim „valet de garde“ — zaśmiała się prawie wesoło.
— „Valet de garde“! — wtórował jej śmiechem Wagin. — On jest paziem, rozkochanym w pani paziem, o ile za wielkim może na to stanowisko, o tyle też oddanym.
Ludmiła odwróciła wzrok i bezbarwnym głosem zauważyła:
— Powiedział to pan jakby z szyderstwem... Czyż pan nie lubi tego rzeczywiście dobrego człowieka?
— Ze też to pani do głowy przyjść mogło?! — oburzył się — Lubię go serdecznie, a kiedyś to nawet planowałem sobie małżeństwo jego z panią, panno Ludmiło... Aż tak, jak pani widzi, lubię naszego Michała!
Przeraził się sam swoich słów i spodziewał się, że zareaguje na nie natychmiast. Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy podniosła ku niemu rozradowaną nagle twarz i ożywionym głosem spytała:
— To — ciekawe! Jakżeż ten plan wypadł panu?
Podniósł ramiona i pokiwał głową.
— Czy mam być szczery? — szepnął.
— Najzupełniej!
— Jakoś stadło to nie układało mi się! Niestety!
— A dlaczego?
— Wydało mi się nie zupełnie dopasowanem... — wymijająco odpowiedział Sergjusz, raptem poważniejąc. — Biedaczyna Miczurin!
Ludmiła śmiała się cichutko, jakgdyby z wdzięcznością patrząc na Wagina.
— Chociaż jabym panu swoich sercowych spraw nie powierzała, ale w każdym razie... dziękuję, bardzo dziękuję!
— Za co? — zdumiał się ostatecznie i przystanął, rozłożywszy ręce.
Nie chciała mu dać żadnych wyjaśnień. Śmiała się tylko dziwnie łagodnym i dźwięcznym śmiechem. Takiego — nigdy jeszcze u niej nie słyszał. Wagin przyglądał jej się z coraz większem zaciekawieniem. Ona zaś, nie dając mu czasu do nowych pytań, mówiła:
— Szłam do domu, aby się trochę ogarnąć, bo na cmentarzu kurz i piach, a potem miałam zamiar pójść do Ostapowych. Pan, zdaje się, nigdy nie uczęszcza do „Wołgi“ na Bubbling Well? Nie! No, to pan źle robi, że unika ludzi, gdyż to daje powód do plotek i najgłupszych domysłów. Proszę pana bardzo — pójdźmy razem do generałowej!
— Oj, panno Ludmiło!... — ociągał się Sergjusz. — Five o‘clock, taka piła drewniana... z temi rozmówkami o biedach... z temi idjotycznemi nadziejami... cytatami z Apokalipsy... Znam to już napamięć, wszędzie jedno i to samo...
— Jeżeli pan, choć trochę nas lubi, spełni pan moją prośbę — cichym głosem nalegała dziewczyna.
— Ależ, panno Ludmiło, ja panią nietylko trochę, ale nawet bardzo lubię, jednak ta „Wołga“... — toż to tortura, a pani nie może być sadystką... — bronił się ze śmiechem Wagin, idąc za Ludmiłą w kierunku domu.
Szła pewnym krokiem, milcząc i już nie patrząc na niego.
— Taka cicha zawsze, zamyślona, łagodna istota, a jakaż nielitościwa i uparta! — zrzędził. — Nic to pani nie wzrusza, że zaprowadzi mnie tam, jak jagnię ofiarne na zabicie... Nigdybym tego po pani się nie spodziewał! I pocóż poniosło mnie tu na ten głupi, chamsko-arogancki Bund?
— Żałuje pan tego? — spytała prawie groźnie i obejrzała się.
Zajrzał jej w oczy przyjaźnie, jak naciąganemu dziecku, i odparł wesoło:
— A wie pani, że nie żałuję! Pani jest dziś kapitalna i zmienna, jak te aleksandryty w jubilerskim sklepie Yanga na Nanking Road — z boków rubinowe, od góry — szmaragdowe... Była pani dla mnie zagadką, a teraz urosła do potęgi Sfinksa!
Nie oglądając się na niego, przyśpieszyła kroku i powiedziała:
— Bo to tak, jak w pańskiej malowniczej improwizacji. Na zagadkowe mury klasztorne patrzy pan z równiny... zdaleka... zdaleka...
Podchodzili właśnie do domu. Ludmiła szybko wbiegła po schodach na piętro. Sergjusz czekał na nią przed domem. Chodząc tam i z powrotem, przyglądał się dzieciom europejskim, bawiącym się pod dozorem statecznych i troskliwych japońskich „ama“ nie wątpił, że przed chwilą stało się coś niezmiernie doniosłego. Długo nie mógł ująć tego w ramy określonego wrażenia. Wkońcu jednak zrozumiał, że ma na myśli Ludmiłę. Ta dziwna dziewczyna z fresków cerkiewnych i z poza zawartych furt klasztornych poczuła do niego zaufanie a dawny strach przed nim opuścił ją na zawsze.
Ogarnęła go jakaś rzewna, dawno nieodczuwana radość, zdawało się przypadkowa — taka, co to zajarzy się nagle na widok promyka słońca, pieszczącego okiść czerwonych kwiatów. Klasnął w dłonie i zawołał:
— Panno Ludmiło! Dość tego strojenia się! Podbiła pani serce tego wilka morskiego, a teraz zamierza uczynić to samo z sercem szczura lądowego?
— Już schodzę! — odpowiedział mu ciepły, dźwięczny głos, jakim Ludmiła nigdy nie odzywała się do nikogo.
Od pobliskiego plantu dobiegł urwany ryk manewrowego parowozu, brzęk spięć i łomot buforów przesuwanych wagonów. Szczebiotały rozbawione dzieci, koziołkując na gazonie. Chińczyk, popychając połyskujący mosiądzem i szkłem wózek, ozdobiony pstremi pióropuszami i małemi flagami, chrapliwie wykrzykiwał, znęcając się nad angielszczyzną i francuszczyzną:
— Soty-whoto!... Banbo!... Czokoli!
Miało to oznaczać: — „Soda-water, bonbons i chocolat“.
Nie wiedząc dlaczego, Wagin uśmiechnął się do niego życzliwie, na co Chińczyk, szczerząc żółte zęby, odpowiedział mu wesołym rechotem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.