Szanchaj/Tom I/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
PRZEPOWIEDNIE DRA PLENA ZISZCZAJĄ SIĘ.

Zima przeminęła. Ustały wiatry, podnoszące obłoki żółtego, gryzącego oczy kurzu i zdzierające dachówki z domów i pęki trzcin z szop. Rozwiały się ciężkie, szare chmury, płaczące drobnym, zimnym deszczem. Wiosna z dniem każdym odnosiła nowe i nowe zwycięstwa. Zmusiła nabrzmiałe pęki kasztanów wypuścić na wolność uwięzione w nich białe świeczki kwiatów, platany — okryć się złotemi, lepkiemi listeczkami; kryptomerje, rosnące w parku na Bundzie, rozświetliła bladozielonemi pędami, wywabiła uśpione na dnie stawów łodygi lotosów, zapaliła płomyczki różnego kwiecia na trawnikach, krzakach i drzewach, roznamiętniła ptaki i owady i wślizgnęła się do ich krwi trucizną i szałem miłości; wreszcie uciszyła rwący prąd Whangpu i siwe, syczące fale morza, walczącego z niepogodą i z Jang-tze, wylewającą od wieków potężną strugę żółtej, słodkiej wody. Słońce przygrzewało już dobrze, a w południe prażyło nawet. Na ulicach nie można już było dostrzec przechodniów w futrach i ciepłych czapkach; z dniem każdym przybywało coraz więcej białych strojów, a nawet hełmów płóciennych.
Już drugi miesiąc pracował Wagin w redakcji chińskiego koncernu, a w tym samym gmachu na trzecim dziedzińcu rządził Miczurin, zmieniony nie do poznania. Wagin zachował swój zwykły wygląd — człowieka skupionego i zrównoważonego i nikt nie mógłby spostrzec jakiejkolwiek w nim przemiany, chociaż wewnętrznie przemiana nastąpiła. Skupienie Wagina niedawno jeszcze było spotęgowaną czujnością obronną, równowaga zaś duchowa — również obronnym środkiem przeciwko panice, pozbawiającej go możności szybkiej i skutecznej reakcji na groźne okoliczności. Teraz skupienie Wagina nabrało zupełnie innych cech. Odbywała się w nim wytężona praca mózgowa, gdyż, dzięki wiadomościom, dostarczanym redakcji, poznawał wszystkie strony życia w Chinach, z jego tysiącznemi powikłaniami i chaosem, zrodzonym z przewrotu republikańskiego, obcego, niezrozumiałego i wrogiego potężnej większości narodu, intrygami, zbrodniami europejskich rezydentów i szerzoną przez nich korupcją w sferach urzędniczych, sądowych, administracyjnych i wojskowych, i, patrząc trzeźwo na rzeczy, przychodził do przekonania, że w tym dziwnym, wstrząśniętym do głębi kraju, musi wywalczyć sobie niezależne od nikogo stanowisko. Rozumiał, że nie osiągnie tego, kierując pewnym działem w redakcji „Szun-Pao“, lub pracując w jakiejkolwiek innej firmie. Należało stworzyć coś własnego, co niepodlegałoby obcym wpływom i żadnym konjunkturom. Ta właśnie uporczywa i wytężona myśl stanowiła teraz główną treść i źródło skupienia Wagina. Zrównoważony zawsze nastrój i spokojny wygląd stanowił nadal obronny pancerz, tym razem jednak przeciwko wszystkim, którzy w ten lub inny sposób mogli pokrzyżować wyłaniające się dopiero, jeszcze mgliste zarysy jego planu i pozbawić go warsztatu pracy i zapewnionego bytu. Były to zmiany psychiczne, a raczej odcienie wewnętrzne, dla niewtajemniczonego — nieuchwytne.
Zato Michał Miczurin przechodził głęboką metamorfozę. Spotykając go codziennie i przyglądając mu się uważnie, Wagin zdumiewał się nieraz, widząc przed sobą coraz to innego człowieka. Ten rozrośnięty, silny okaz męski, jak motyl, przechodził cały cykl różnopostaciowych form. Opuściwszy się na dno nędzy, przeżył już marazm upadku, znajdując w nim możliwości istnienia, oparte zapewne wyłącznie na cechach jego charakteru i potężnem zdrowiu. W takim stanie „zimowego letargu“ przetrwałby do ostatniego dnia ohydnego, nikomu niepotrzebnego życia, lecz wdarł się do niego Wagin. Uśpiona poczwarka, co dnia zmieniając kształty, dążyła teraz do najwyższej formy swego rodzaju. Miczurin używał zarobionych pieniędzy nie na „bidony z hanszynem“, jak to sobie obiecywał pierwszego dnia w koncernie, lecz na jak najszybszy powrót do możliwie kulturalnych warunków życia. Lejtenant nietylko zmienił swoją niemożliwą, czyli — jak ją nazywał pogardliwie — „sino-russian“ garderobę, nabywszy u jemu tylko znanych przekupniów przyzwoity garnitur, bieliznę i kapelusz, ale nawet na własny koszt odnowił norę, w której mieszkał na strychu „Gospody“. Wszyscy lokatorzy tego zajazdu, służba, a niebawem i sam właściciel po kilka razy przychodzili, aby się przyjrzeć pięknym niebieskim tapetom, składanemu polowemu łóżku z poduszką i kocem, grubej macie na podłodze i sztychowi, przedstawiającemu jakiś biały okręt wojenny na przesadnie lazurowem morzu. Ten sztych w wąskiej ramce lejtenant umieścił nad łóżkiem i dowodził, że spojrzawszy na obrazek, czuje się w kabinie okrętowej, gdzie przez iluminator widzi biały krążownik, prujący fale morskie. Miczurin prawie nie pił, a w najniebezpieczniejszym dniu — w niedzielę, żeby uniknąć pokusy, szedł z wizytą do Wagina lub też do d-ra Plena, gdzie rozpoczynał kazanie na temat zgubnego wpływu opjum i pogardy, jaką wzbudza każdy nałóg.
— No-no! — śmiał się Plen. — Gdyby mi ktoś powiedział, że będę zmuszony cierpliwie wysłuchiwać takiego kaznodziei z Armji Zbawienia, tobym kazał staremu So-hai dowcipnisia wyrzucić z palarni! Co się z tobą dzieje, sympatyczny gorylu? Wygrałeś miljon tael w ma-chong‘a? Usynowił ciebie król herbaciany Sun-Y-Li? Czy może przypadkiem upadłeś na głowę?
Przemiany, zachodzące w psychice Miczurina, można było nazwać „przebudzeniem zmysłu kultury“. Ten okres transformacji trwał dość długo i pochłaniał go całego. Lejtenant szedł etapami — od europejskiego garnituru do sztychu z okrętem, od ogolenia twarzy — do czystych paznogci, od gwałtownego zmniejszenia porcji alkoholu — do potrzeby modlitwy; od zaniechania ohydnych przekleństw — do obcowania z ludźmi kulturalnymi i inteligentnymi. Przeszedłszy niezliczoną ilość etapów — mniejszych i większych, małoznaczących i radykalnych, — rozpoczął nową wędrówkę psychiczną i etyczną. Wstydzić się począł swej przeszłości, żałował gorzko, że chwalł się niegdyś przed Waginem swemi „talentami“, gdyż obawiał się, że przyjaciel nigdy nie będzie go szczerze poważał; odrzucał różne niezmiernie nieraz śliskie i ryzykowne propozycje, zaniechał udzielania „fachowych porad“ w zawiłych sprawach, częstokroć mających posmak krwi i jadowity zaduch celi więziennej; czuł wyrzuty sumienia; całem sercem pragnął dowieść przyjaciołom, że tli w nim jeszcze iskra szlachetności i — w wolnych od pracy chwilach przeżywał ciężkie zgryzoty, niejasne jeszcze i niejasnością swoją dręczące go tęsknoty i dążenia... Stał się chorobliwie wrażliwy na ton, jakim zwracano się do niego, nie lubił żartów, skierowanych ku sobie, w każdem powiedzeniu doszukiwał się aluzji do swojej osoby i cierpiał nad tem, usiłując nie okazywać tego nikomu.
Pewnego wieczora, gdy Wagin czytał w swoim pokoju, zjawił się Miczurin. Sergjusz spostrzegł niepokój w jego oczach.
— Co się stało? — spytał, wpatrując się w przyjaciela.
— Dżuma wybuchła z nagłą siłą... — szepnął tak cicho, żeby za ścianą nikt go nie mógł posłyszeć.
— Skąd macie te wiadomości? Może to tylko plotki...? — spytał znowu Wagin.
Miczurin potrząsnął głową i poszedł ku drzwiom.
— Chodźmy, przekonacie się sami — mruknął, stojąc już na progu. — Musimy się śpieszyć, bo, jak twierdzi Plen, za parę dni rada miejska niezawodnie ogłosi kwarantannę, a wtedy już nie pomogą żadne przepustki, jak wtedy, gdy nas tu zamknęli po napadzie na japońskie dziewczynki... Strach pomyśleć, coby to było!
Wagin, nic mu nie odpowiadając, narzucił płaszcz, wcisnął kapelusz na czoło i — obaj szybkim krokiem wyszli z domu. Już sam wygląd ulicy natychmiast zwrócił na siebie uwagę Sergjusza. Policjanci, krzycząc i dopomagając sobie batami i kijami, wyganiali mieszkańców na jezdnię, inni wchodzili do opróżnionych domów i przeprowadzali w nich rewizję. Nic nie znalazłszy, kredą kreślili na drzwiach jakieś hieroglify i przechodzili do następnego domu. Wagin rozumiał, że policja szuka chorych, z różnych powodów ukrywanych po domach. Najważniejszym jednak powodem była zapewne obawa, żeby nie odcięto chińskiego miasta od handlowej i portowej dzielnicy, co dla wielu mieszkańców znaczyło tyleż, co wyrok śmierci. W domach, bliższych bramy północnej, obydwu świątyń i „herbaciarni pod łozami“, chętnie uczęszczanej przez turystów cudzoziemskich, znaleziono jedno tylko chore dziecko, ale pozostawiono je na miejscu, gdyż urzędnik policyjny rozpoznał pospolitą, nikogo tu nie przerażającą chorobę — ospę. Gdy jednak oddział policji, świecąc sobie lampkami elektrycznemi i pochodniami, począł zagłębiać się do labiryntu zaułków dalszego odcinka Fu-Tien-Koo, ciągnącego się już za jaomyniem, towarzyszący mu zdaleka Wagin i Miczurin stali się świadkami ponurych i wstrząsających scen.
Policja znienacka wpadała do domów, szop, glinianych dobudówek przy murach, przemocą wyrzucała przerażonych mieszkańców i przetrząsała brudne legowiska, zaglądając pod prycze, za piece, na strychy i do każdej dziury i dołu na podwórkach. Coraz częściej znajdowano chorych, ukrytych pod wiązkami trzcin, kupami łachmanów i stosami szczap i makuchów bobowych, używanych na opał. Nikt nie oglądał ich i nie badał. Aresztanci, brzęcząc łańcuchami na nogach, wywlekali chorych na ulicę i rzucali na taczki. Szloch kobiet, przeraźliwe krzyki dzieci, jęki i przekleństwa mężczyzn towarzyszyły tym czynnościom sanitarnym. Jakaś stara, rozczochrana wiedźma, charcząc, wykrzykiwała straszne przekleństwa i co chwila doskakiwała do tego lub innego policjanta i czegoś żądała, wymachując czarnemi, chudemi ramionami. Gdy odepchnięto ją, rzuciła się do taczki, upadła całem ciałem na leżącego już w niej chłopaka i poczęła jazgotać, nogami broniąc się przed aresztantami. Starszy policjant, trzymając nad głową dymiącą pochodnię, zbliżył się do taczki. Czerwone blaski kopcącego płomienia padły na twarz i obnażone do pasa ciało chorego.
Wagin, zaciskając ręce, z przerażeniem mu się przyglądał. Na ciele chłopca widniały czarne plamy, z których tam i sam sączyła się ciemna krew; na opuchniętej szyi, tuż nad obojczykiem z lewej strony wystawał duży, ropiejący guz. Obojętna, tępa twarz chorego, rozpalona od gorączki, płonęła; czarne, obłędne źrenice wpatrywały się w jeden punkt, usta poruszały się z trudem.
Ktoś dotknął ramienia Wagina. Sergjusz aż drgnął. Wydało mu się bowiem, że chwycił go za ramię ten straszny upiór, którego, warcząc i wyjąc, broniła stara Chinka. Wagin obejrzał się. Obok niego stał doktór Plen. Miał pofałdowane czoło i mruczał przez zęby:
— Widzieliście? Najprawdziwszy obraz „czarnej śmierci“! Dżuma — to plaga a zarazem dobrodziejstwo dla Chin. W wieku XIV-ym w ciągu roku wytrzebiła ona 5 miljonów ludzi, ale i teraz rokrocznie wymiera setki tysięcy ludności, choć rzadko o tem dowiadujemy się... Ale zaczęło się! O ile mogę sądzić — epidemja zbierze obfite żniwo, chociaż lato nie jest sprzyjającą dla niej porą roku...
Wagin słuchał doktora, idąc tuż za policją i karawaną taczek, sunących z głuchym turkotem w stronę ogrodów. Wyszli wreszcie za miasto i minęli zieleniejące już grzędy. W pobliżu niewielkiej kapliczki, droga pobiegła ku morzu. Na uboczu w ciemności zamajaczyły długie, czarne szopy, gdzie suszono cegły. Dokoła widniały głębokie wyrwy i kotły, skąd brano glinę i piasek do cegielni.
Policja postanowiła możliwie jak najdłużej odroczyć interwencję władz miejskich i swoje z tego powodu kłopoty. Znalazła ustronny punkt izolacyjny, gdzie wprost na ziemi składano chorych, wszystkich do jednej kupy — i zadżumionych i cierpiących na inne, nieraz przypadkowe i lekkie choroby. Krewni, szczególnie kobiety cisnęły się do szop, gdzie łkało, jęczało i miotało się w malignie trzydzieści istot ludzkich. Matki i żony obejmowały chorych, żegnając ich czule i obiecując przyjść tu nazajutrz.
— Pić... pić! — drżała i rwała się w powietrzu żałosna, błagalna skarga biedaków, zamkniętych w ciemnej szopie.
Policja kijami rozpędzała tłum, ale dopiero wtedy, kiedy komisarz dał kilka strzałów rewolwerowych nad głowami zrozpaczonych i strwożonych ludzi, miejscowość dookoła cegielni opustoszała wreszcie.
— Musicie teraz przenieść się czemprędzej do miasta, bo jaomyniowi nie uda się zbyt długo ukrywać prawdy przed panami z rady municypalnej! — mówił Plen, gdy powracali do domu.
Wagin skinął głową i odpowiedział:
— Znaleźliśmy już dwa tanie pokoiki wpobliżu dworca kolejowego — jeden dla nas, drugi — dla pani Somowej z córką... Mogę mieć trzeci — dla pana, doktorze...
Plen spojrzał na niego łagodnie i zaśmiał się cicho:
— O mnie się nie obawiajcie!... Jestem tak dokładnie mumifikowany smołą opjumową, że tego żaden bakcyl nie wytrzyma...
Wkrótce rozstali się koło „Gospody“. Już dobrze po północy Wagina obudziło łomotanie w ścianę i przerażony głos pani Somowej:
— W mieście coś się zdarzyło! Słyszy pan? Jacyś ludzie biegną gdzieś, krzyczą i nawołują się... Może napad — bandytów, albo pożar...
— W tej chwili ubiorę się i dowiem — odpowiedział Sergjusz i wkrótce był już na ulicy, zatłoczonej Chińczykami, krzyczącymi przeraźliwie i gestykulującymi w wielkiem podnieceniu. Nad całą dzielnicą za jaomyniem rozedrgała się łuna, a z poza wygiętych dachów wyrywały się języki płomieni, kłęby dymu i snopy iskier. Nad strzechami widzialne zdaleka unosiły się wysoko w powietrzu i spadały płonące snopy trzcin i buchające ogniem odłamki stropów. Na wschodzie, już poza miastem, palił się jakiś budynek ukryty za domami i murem, opasującym miasto. Sergjusz doczekał się, aż przybyła straż ogniowa i powoli przejechała dalej, w obawie przed połamaniem kół na wyboistej w tej części ulicy. Powróciwszy, uspokoił obie panie i znów położył się. Dopiero nazajutrz dowiedział się od Miczurina, że policja, chcąc ukryć dżumę, odnalazła jednak jej ognisko i, wysiedliwszy mieszkańców, podpaliła kilkanaście domów.
— Ale widziałem, że za miastem również szalał pożar?... — zauważył Wagin.
Miczurin kiwnął ręką niedbale i zamruczał:
— O tem nie wolno mówić głośno! Policja spaliła szopę na cegielni.
— A co się stało z tymi tam biedakami? — zawołał Sergjusz, przypomniawszy sobie staruchę, broniącą chłopaka o czarnych plamach na piersiach i szyi.
Miczurin chrząknął tylko dyskretnie i uczynił ręką spiralny ruch... ku niebu.
— To zbrodnia! — syknął Sergjusz.
— Nie przeczę, lecz nie radzę komukolwiek opowiadać o tem — szepnął lejtenant. — Podobno zawsze tak się tu zaczyna, a dopiero potem interwenjuje cywilizacja europejska, drżąca o własną skórę... i własną kieszeń...
W redakcji Wagin został wezwany przez prezesa. Liao-Kaj-Fan przyjął go niezwykle uprzejmie, wysadził się na niezliczone i najwyszukańsze komplimenty i poczęstował herbatą.
— Winszuję panu, winszuję! — mówił. — Pańskie streszczenia głosów prasy światowej coraz częściej przedrukowują dzienniki cudzoziemskie, a nawet nasi konkurenci w Kantonie!
— Bardzo się cieszę! — odpowiedział Sergjusz. — Spokojny teraz jestem, że prezes nie żałuje swego wyboru.
— Ależ jak pan może podejrzewać nawet coś podobnego? — aż skoczył Liao-Kaj-Fan. — Jestem niezmiernie uszczęśliwiony, że mam zaszczyt i prawdziwą przyjemność korzystać z pomocy tak wyjątkowo uzdolnionego, uczonego i mądrego dżentelmena! Jeszcze coś panu powiem, ale to już w zupełnej dyskrecji! Mogę liczyć na to?
— Oczywiście! Najzupełniej!
— Rada koncernu postanowiła o dwadzieścia pięć procent podnieść pańskie wynagrodzenie po terminie pierwszej umowy. Cieszę się niezmiernie z tak sprawiedliwej oceny pańskich zasług przez nasz koncern!
— Zawdzięczałbym to wyłącznie panu prezesowi...
— Nietylko, chociaż istotnie przy każdej sposobności podkreślam nasze powodzenie, w znacznym stopniu zależne od pracy pana — odpowiedział Liao-Kaj-Fan. — Naprzykład pański niedzielny przegląd prasy moskiewskiej wywołał sensację, gdyż umie pan czytać pomiędzy wierszami, a przypuszczenia i przepowiednie pana zawsze się sprawdzają. Ten ostatni artykuł pana zaniepokoił nawet poselstwo bolszewickie, skąd telefonowano do mnie z Pekinu, wypytując o tak wspaniale poinformowanego współpracownika! — zarechotał prezes, mrużąc chytre oczy.
— I cóż — podał im pan moje nazwisko? — z zupełnym spokojem zapytał Wagin.
Lioa-Kaj-Fan aż odrzucił się na oparcie fotelu i zamachał rękami, śmiejąc się głośno.
— Albo się jest dziennikarzem, albo się nim nie jest! Nic nie dowiedzieli się ode mnie czerwoni dyplomaci! O nic! — zawołał z dumą żółty dżentelmen.
— Postąpił pan prezes względem mnie zupełnie „fair“, ale wiemy, że wyjaśnienie tego „sekretu poliszynela“ nie jest rzeczą trudną, a zatem nazwisko moje zapewne jest już znane w pekińskiej placówce bolszewickiej, — nie zdradzając żadnego zaniepokojenia, zauważył Sergjusz.
— Może pan obawia się jakiejś przykrości z tej strony? Sądzi pan, że pańskie nazwisko mogłoby wzbudzić wrogie wystąpienia poselstwa przeciwko koncernowi? — dopytywał się nagle zatrwożony prezes.
Wagin wzruszył ramionami i po krótkiem milczeniu odpowiedział, obojętnym wzrokiem spoglądając dokoła:
— Nie sądzę... chociaż, jak wiadomo, Moskwa ma długie ręce... Chiny doznały tego na sobie: sprzątnięto im z przed nosa Mandżurję, osłabiono wpływy w Mongolji i Turkiestanie, w r. 1900 — ograbiono stolicę... Powie pan, że to zrobione było przez rząd cesarski? Zapewniam pana jednak, że proletarjacko-komunistyczny rząd uczyniłby co do joty to samo...
Liao-Kaj-Fan zamyślił się nad odpowiedzią swego współpracownika i po chwili skinął głową.
— Ma pan słuszność! — mruknął. — To, co robią bolszewicy u nas, komunizując całe prowincje, będzie miało gorsze konsekwencje, niż wypadki z okresu zbrojnego powstania »Wielkiej Pięści«.
— Niezawodnie! — ożywił się Wagin. — Będziecie wcześniej czy później mieli okupację całych Chin przez Japonję, która wymiecie bolszewizm, ale zażąda za to od was tak wysokiego honorarjum, że zmuszeni będziecie wasz historyczny wielki mur graniczny z północy przenieść zapewne... na prawy brzeg Niebieskiej rzeki. Będziecie to zawdzięczać Moskwie, która, rywalizując z Japonją, dopomaga jej, jak najlepsza sojuszniczka... Obawiam się, że rząd chiński nie zupełnie dokładnie zdaje sobie z tego sprawę... Czytając uważnie nasze dzienniki, chwilami przychodzę do tego smutnego wniosku.
— Ach, nasz rząd! — lekceważącym głosem przeciągnął Chińczyk. — Przedstawicielstwo analfabetyzmu politycznego! Władzę muszą ująć ludzie młodzi, o europejskiem wykształceniu, wtedy...
— Przepraszam, że nie zgodzę się bez zastrzeżeń ze zdaniem pana prezesa! — przerwał mu Sergjusz. — Pan zapomina, że doświadczenie historyczne, prawne i polityczne Europy wypływa z odmiennych całkiem losów jej ludów, z innej zupełnie psychologji, kultury i cywilizacji i nie może mieć całkowitego zastosowania w waszym kraju.
— Tymczasem Japonja, która w ciągu 52 lat dogoniła, a może, i przegoniła Europę...
— Geograficzna sytuacja Japonji i poprzednie za szogunatu psychiczne nastawienie narodu sprzyjało temu i umożliwiało nagłą europeizację kraju, co zresztą w pewnych okresach sprawia i będzie nadal sprawiało Japonji poważne kłopoty i trudności — odpowiedział Sergjusz. — Należałoby raczej oddać władzę w ręce uczonych chińskich i zażądać od nich, aby w najkrótszym czasie zjednoczyli kraj i doprowadzili go do stanu, w którym możliwe byłoby zgromadzenie narodowe. Mojem zdaniem, rządzić powinni staro-Chińczycy, wykonywać zaś młodzi ludzie, choćby nawet europeizowani... europeizowani najczęściej, niestety, powierzchownie.
Liao-Kaj-Fan przysłuchiwał się uważnie i od czasu do czasu potakiwał ruchem głowy.
— Przyjaciel mego ojca — Ku-hung-ming... jest to największy z współczesnych filozofów naszych... — zaczął po chwili, ale Sergjusz przerwał mu:
— Znam jego rozprawę o „Duszy narodu chińskiego“! To pan zna tego wybitnego myśliciela?
— Dawniej bywał częstym gościem w naszym domu, ale od czasu... republiki usunął się w zacisze swego domu w Pekinie — odpowiedział prezes, z podziwem patrząc na Wagina, który, jak mu się wydało, wszystko wiedział i we wszystkiem się orjentował. — Otóż stary mędrzec powiedział mi ze smutkiem, że w Chinach jest i będzie źle, gdyż nikt nie chce zajrzeć do historji naszego narodu.
— Od tego zacząłem naszą rozmowę na ten temat! — uśmiechnął się Sergjusz. — To zrozumiałe i konieczne! Europejskie państwa również popełniają ten błąd z tą tylko różnicą, że konsekwencje tego są mniej szkodliwe, gdyż historja narodów europejskich ma przynajmniej wspólny czynnik — religję chrześcijańską i dość jednostajny ustrój państwowy i społeczny w wiekach średnich...
Wszedł boy i zameldował jakiegoś interesanta, niezawodnie Chińczyka, gdyż świadczył o tem wymownie czerwony karton jego biletu wizytowego. Wagin powrócił do swego pokoju, a, gdy wkrótce wybiła godzina szósta, wyszedł z biura i przed bramą czekał na Miczurina. Nagle z poza rogu wyszła Ludmiła i, prawie biegnąc, zbliżała się ku niemu. Poszedł naprzeciwko niej, zdaleka jeszcze pytając.
— Co się stoło? Dlaczego pani tak się śpieszy?
Dobiegła do niego wreszcie i zdyszanym głosem powiedziała:
— Na bulwarze w koncesji francuskiej znaleziono zadżumionego... Ustalono, że zabrnął z naszej dzielnicy... Podobno wieczorem zbierze się rada municypalna z udziałem wszystkich konsulów...
— Fiu-ut — źle! — gwizdnął Sergjusz. — Musimy wnet zmiatać, bo to — nie żarty, gdy nas poddadzą surowym przepisom kwarantanny! Ach, ten Miczurin! Guzdra się i nie wychodzi...
Do chodnika, na którym stali, podjechała taksówka. Wyskoczył z niej Chińczyk-reporter i, spostrzegłszy Wagina, zawołał:
— Dżuma w Czapei! Rada miejska dziś jeszcze ogłosi kwarantannę! Biegnę do redakcji, żeby zdążyli wypuścić dodatek nadzwyczajny. Mam już cały plan walki z epidemją, który będzie dziś uchwalony...
Wagin, pozostawiwszy Ludmiłę, odnalazł Miczurina. Lejtenant nie mógł wyjść, gdyż zmuszony był czekać na wypuszczenie dodatku i na rozdanie go sprzedawcom ulicznym. Objaśnił tylko przyjaciela, które z jego rzeczy ma zabrać, i — pozostał.
Około godziny dziesiątej wszyscy zebrali się w pokoiku pań już na nowem mieszkaniu. Pani Somowa była wzruszona, przekonawszy się, że Wagin i Miczurin pomyśleli o wszystkiem. Na stoliku przy oknie stał „primus“, parę rondelków aluminjowych, i niezbędne naczynia na cztery osoby.
Dziękowała im, ale Wagin machnął ręką i, wybuchając śmiechem, powiedział:
— Niech się pani nie wymiguje podziękowaniami! A gdzie kolacja? Przecież nic jeszcze nie jedliśmy! W tem zawiniątku znajdzie pani jajka, kiełbaski, sól, masło, chleb i pomidory, a w tamtem — herbatę i cukier. Nie wiem, czy to wszystko jest dobre, gdyż kupował mi to boy redakcyjny, ale od biedy zjemy chyba... à la fourchette. Jutro zato przyrządzi nam pani lukullusową ucztę!...
— Dwie uczty, — poprawił go Miczurin — bo mieszkamy niedaleko od biura, więc w przerwie zamiast do restauracji możemy wpadać do domu. Pannę Ludmiłę też przyprowadzimy. Stawiamy veto na tę bułeczkę z szynką od rana do wieczora! Teraz będzie pani dostawać prawdziwy „lunch“, bo mamusia zgodziła się wszystkich nas stołować. Proponuję nazwać ten pokój „Grand Restaurant des Amis“.
— Jak się to awansuje na przyjaciela — zaśmiał się Sergjusz.
— No — przecież pan lejtenant jest chyba pańskim i naszym przyjacielem! — powiedziała pani Somowa.
— A widzicie?! — ucieszył się Miczurin, rozpakowując prowianty i ukradkiem śledząc każdy ruch Ludmiły, która wieszała na ścianie portret zmarłego brata, jakieś rodzinne fotografje w ramkach i sztych chiński.
Wagin rozpalał „primus“, pani Somowa obcierała ręcznikiem nową patelnię. Gdzieś zupełnie blisko, gwiżdżąc przeraźliwie, turkotał pociąg. Ulicą biegł mały Chińczyk, drąc się na całe gardło:
— Dodatek nadzwyczajny!... Dżuma w Szanchaju! Wszystkie bramy w Czapei zamknięte! Doda... nadzwy-y-y-y...!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.