Starosta warszawski/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


VIII.


Gdy na zamku zbierała się szlachta i posłowie dla stoczenia walki, pan hetman Branicki, po rozmyśle i zasiągnąwszy rady Mokronowskiego — postanowił krok także uczynić stanowczy w téj sprawie, próbując azali mu się nie uda zwaśnionych pojednać, zbliżyć i zapobiedz następstwom dla kraju najgroźniejszym... Zdawało mu się, że to właśnie było obowiązkiem medyatora intra potestatem et libertatem; rachował wiele na swą hetmańska powagę, na wpływ wymowy, na potrzebę uspokojenia, jaką czuły strony obie, na ustępstwa, które Brühl mógł uczynić, aby ukoić żale Familii rozdrażnionéj; sądził, że i ona da się czemś mniejszém złagodzić i z wymagań zbyt wielkich zejdzie na możliwe...
Hetman szedł w tém za wolą i życzeniem Augusta, który na samą wieść, iż do wojny domowéj i chwycenia za oręż przyjść mogło, truchlał — gotów będąc ze swéj strony na wszelkie ustępstwa dla zachowania pokoju.
Lecz król, JMość liczył — bez Brühla; inne były zamiary, plany i uczucia wszechwładnego ministra. On byłby niemal z radością powitał rozlew krwi, byle go on uwolnił od Familii, chcącéj przewodzić, rozkazywać i rządzić po swéj woli. Nie śmiał się on wbrew przeciwić królowi, milczał i uspakajał go, lecz widać było, iż wcale ustąpić ze swego planu nic nie myślał, zmieniając co najwięcéj środki wykonania.
Hetman Branicki chcąc odegrać w ostatniéj chwili tę rolę pacyfikatora, listami uprzejmemi zaprosił do siebie liczbę niewielką osób, najgłówniejsze zajmujących stanowiska... Pomiędzy niemi najpierwsze miejsce naturalnie zajmował minister Brühl, i obaj książęta kanclerz i wojewoda ruski.
Były to żywioły tak sobie przeciwne, iż przy pierwszém zetknięciu się z sobą mogły wybuchnąć, gdyby hetman nie wiedział i nie rachował na to, iż przy obcych, wstrzymywać się i zachować decorum będą zmuszone, nie tykając kwestyj draźliwych... Wezwał więc zarazem na obiad posłów zagranicznych mocarstw i kilku w Warszawie bawiących cudzoziemców.
Trafny ten wybór osób zapewniał mu, że obiad przejdzie spokojnie, a następnie ułożona konferencya, za pośrednictwem jego do jakiegoś porozumienia doprowadzi.
Mokronowski zgadzał się z hetmanem na krok ten, chociaż mniéj niż on się po nim spodziewał.
W natłoku spraw i zajęć, zapomniano tylko zasięgnąć w tém rady pani hetmanowéj, która późno trochę wiadomość o obiedzie i mających się na nim znajdować osobach odebrała...
Piękna pani, natychmiast rozkazała powołać do siebie Mokronowskiego, na ten raz prawie urażona przeciwko niemu. Siedziała w swym buduarze oczekując nań niecierpliwie, patrząc na drzwi i bijąc nóżką o podłogę — a gdy się nareszcie pokazał uśmiechnięty, dopominając o białą rękę, która mu zwykle dobrotliwie była podawana dla zagajenia rozmowy, pani hetmanowa cofnęła ją prawie gniewnie, i nie dając mu się odezwać, zawołała marszcząc piękne brwi groźnie.
— Proszęż cię, generale — co znowu z panem hetmanem wymyślacie? przecie godziło się choć spytać mnie o osoby, jakie na obiad zaprosiliście, przy którym ja usiądę jako gospodyni?
Mokronowski stanął zdziwiony...
— Ale cóż się tak okropnego stało? zapytał... listę osób wszak przysłano?
— Tak — i Brühl stoi na jéj czele...
— Pominąć go przecie nie było podobna...
— A mnie dlań być grzeczną jest również niepodobieństwem — dodała hetmanowa. Nie zapominaj pan, że ja do Familii należę, że czuję krzywdy wujów moich, że jestem kobietą, i to co oni znoszą w poważném milczeniu, ja biorę do serca... ja nie mogę ukrywać...
Mokronowski stał zmieszany...
— To była myśl pana hetmana!
— Ale WPan mogłeś mu całą jéj niedorzeczność wykazać... Łudzi się jakąś zgodą... a siebie skompromituje i mnie stawi w takiém położeniu...
— Niech mi hrabina daruje — rzekł łagodnie i przymilając się Mokronowski — jam doprawdy nic nie winien... pan hetman chciał koniecznie, wszystko się dokonało tak pośpiesznie...
— Więc ja mogę nie być na obiedzie! oparła się hr. Izabella...
— Miałoby to najsmutniejsze następstwa, bo właśnie na przytomność jéj rachuje pan hetman, że nieprzyjaznych sobie powstrzyma od wybuchu...
Hetmanowa ramionami ruszyła...
— Tak, ja mam wam do waszych kabał służyć za narzędzie...
Mokronowski w postawie winowajcy stał przed nadąsaną panią, ciągle błagając ją o rączkę białą — aż gniew w jéj zszedł na męża, generał otrzymał paluszki do pocałowania... i milczące przebaczenie...
Hrabina spojrzała w okno, nadając twarzyczce wyraz ofiary, coś ifigenicznego... co ją piękną czyniło i sentymentalną.
Mokronowski jeszcze rękę całował, gdy mu szepnęła.
Allez donc, et demandez au Conte qu’il vienne me voir...
Mokronowski szczęśliwy z tego obrotu, ścisnął śliczną rękę i wyszedł z pośpiechem.
Wezwanie pani hetmanowéj było czemś tak niezwyczajném, iż mogło zdumieć męża... który od dawna zwykł był z żoną widywać się tylko w wielkim salonie przy gościach... Niełatwo téż było Branickiego oderwać od licznych zajęć i liczniejszych jeszcze życia przyjemności, od których nie lubił ażeby go odciągano. Z obu stron swoboda była największa, a zetknięcia rzadkie, czułe, ale ceremonialne...
Nierychło więc bardzo, żywa i nie znosząca oczekiwania hrabina, ujrzała wreszcie odmykające się uroczyście drzwi i wchodzącego z galanteryą francuzką wyświeżonego starca, który, nie zważając na nachmurzoną twarzyczkę wesoło spytał o zdrowie.
— Wyglądasz, hrabino — jak róża! rzekł — ale dziś pono z kolcami! Mokronowski mi oświadczył, że się gniewasz na swego wiernego sługę? Est-se possible?
Rozmowa, jak prawie zawsze toczyła się po francuzku...
— Ale tak... nietylko to możliwe, ale najrzeczywistsze — zawołała hrabina. Każecie mi znosić starego Brühla, w chwili gdy się nim najmocniéj brzydzę, i nadając mi rolę śmieszną... bez méj wiedzy — chcecie, bym jak niewolnica przyjęła ją z pokorą...
Hetman wysłuchał wykrzykniku i usiadł bardzo spokojnie.
Chère Comtesse — rzekł — połajałaś Mokronowskiego, on zrzucił winę na mnie, łajesz mnie, nie pozostaje mi nieszczęśliwemu nic więcéj nad to — tylko z kolei złożyć grzech na barki istotnego winowajcy, którym jest król... król chciał tego...
— A tak! to znaczy — Brühl sobie tego życzył! odparła pani...
— Odemnie król żądał...
— Tak — ale nie odemnie — dodała hrabina.
— Przepraszam — umiał Najjaśniejszy Pan ocenić wpływ, jaki na ułagodzenie umysłów wywierają kobiety — począł Branicki — i wyraźnie...
Pani Branicka rzuciła się gniewnie, hetman rozśmiał się nieznacznie, i jak niedawno Mokronowski, wyciągnął rękę prosząc o dłoń do pocałowania, która mu stanowczo odmówioną została.
Hrabina milczała chwilę, zamyślona... potém, nie patrząc na męża, odezwała się:
— Ośmielam się tylko dla tego wezwać tu pana hrabiego, ażeby mu powiedzieć, że jeśli ja, kobieta obrażona, dotknięta... nie potrafię być panią mych uczyć i okażę ministrowi co czuję... nie będę winna!
Hetman wstał usłyszawszy ten wyrok, który mu się wydał groźbą tylko, spełnić się nie mogącą.
— Kochana hrabino — rzekł — jakkolwiek uczucia niewieście żywsze są od naszych, nadto rachuję na znajomość świata twoją, na delikatność, na pojęcie obowiązków gospodyni, ażebym się miał czegokolwiek obawiać.
To mówiąc skłonił się i widząc, że hrabina gniewna nie myśli się dać przebłagać — dodał:
— Do obiadu daleko... rozdrażnienie się ukoi — nie chcę ci być natrętnym... ale rachuję na piękną gospodynię, bez któréj wszystkoby było chybione...
To mówiąc skinął na stojącego opodal Mokronowskiego, i z nim razem na palcach wyszedł z buduaru...
Z południa, u przepysznie zastawionego stołu, w mniejszéj salce jadalnéj pałacu Branickich, zabierali milcząc miejsca przeciwnicy... z dala się zaledwie powitawszy, i ciągle trzymając w odległości od siebie. Ktokolwiek bywał na dworach, kędy się nieraz spotykają, żywioły nieprzyjaźnie, wie z jaką zręcznością ludzie wielkiego świata umieją unikać tych, których widzieć nie chcą... Brühl i familia byli mistrzami w téj sztuce...
Książe kanclerz dobrał sobie do rozmowy posła angielskiego, z którym się nie rozstawał na chwilę, a oczy jego tak chodziły po sali, iż nigdy, nawet przypadkiem nie zawadziły o wzrok Brühla... Minister udając wesołego, o rzeczach obcych zupełnie położeniu, o Wiedniu i Austryakach opowiadał coś z werwą gospodarzowi, ignorując familię co go otaczała... Twarz jego tém tylko może zdradzała niepokój wewnętrzny, iż nadto była wypogodzona.
Gospodyni wyszła do swych gości z twarzą bladą, wcale nie ukrywając przykrości, jaką jéj sprawiała bytność ministra. Musiała jednak w swoim domu być uprzejmą i grzeczną. Brühl, zawsze będący panem siebie, odegrywał z rutyną starego aktora wesołość i lekceważenie, jakby siebie był najpewniejszym... Myśl jego gdzieindziéj latała, ale oczy i usta się śmiały... drgał czasem, gdy się natrętnie przypomniał mu sejm, izba, syn... walka... o któréj skutkach nie mógł tu być tak prędko uwiadomiony — i natychmiast podwajał zuchwalstwa salonowego, aby się nie wydać z obawą. Każdy silniejszy szelest, każdy hałas uliczny, mimowolnie w twarzy się jego odbijał — lecz obce oko ledwie te mgnienia mogło pochwycić. Jeśli się śmiać nie miał powodu, twarz przybierała ministeryalną obojętność człowieka, którego nic zdziwić, nic zastraszyć, nic nie może pokonać...
Miano usiąść do stołu, gdy hetman, który na chwilkę Brühla oddawszy ministrowi hollenderskiemu, sam się był oddalił — wrócił doń z twarzą uśmiechniętą i szepnął mu na ucho:
— Wszyscy zarówno interesujemy się wypadkami dnia dzisiejszego, — Wasza Ekscellencya o syna, ja o szwagra, wszyscy razem o losy kraju... Rozkazałem więc, mimo obiadu — jeżeliby tam co ważnego zaszło, aby nam doniesiono..
Spojrzał pytająco, minister skłonił się jakby dziękując, ale nie powiedział słowa.
Książę kanclerz także, naumyślnie dnia tego wesół chciał być i szyderski a uszczypliwy. Zdawał się swobodnym na umyśle jak nigdy — jakby go sejm nie obchodził wcale — a zwycięztwa był jak najpewniejszy... Trochę hałaśliwa wesołość ta, dla draźnienia Brühla, przybierała nawet rozmiary niezwyczajne.
Zasiadając do stołu, wszyscy usiłowali oddalić złe myśli — uniknąć jątrzącéj rozmowy, a Williams zabawiał panią hetmanową żarcikami... które mu przyniósł świeży list z Paryża... Mówiono o pięknych paniach, o kronice miasta, o zimie, o pogodzie, o ostatnich nowinach z za granicy, o królu pruskim, dostarczającym obfitego materyału do opowiadania.
Fryderyk nie miał tu przyjaciół — jak domyślić się było łatwo; ale oryginalna postać jego ściągała oczy, a łupieże z chłodną krwią dokonywano, ogłaszane z cynizmem, obudzały pewny rodzaj podziwienia...
Coś dzikiego, barbarzyńskiego niemal było w tym bochaterze zatabaczonym, który wszelkiemu uczuciu, ogładzie i poezyi życia urągać się zdawał, choć sam chciał się nazywać poetą. Rozpowiadano o nim rzeczy osobliwe, których obecność dam, głośno nie dozwalała dokończyć...
Obiad wlókł się tak, wcale nie zbliżając do siebie tych, których hetman pragnął przejednać — gdy hałas jakiś w ulicy, potém w dziedzińcu, nareszcie na schodach żywe kroki... zwróciły wszystkich uwagę.
Drzwi salki otworzyły się nagle, i należący do dworu pana hetmana, wysłany przez niego do izby, aby zdał sprawę z czynności, pan łowczyc Turski, blady, pomieszany, zadyszany zjawił się w progu, tak jeszcze przejęty tém z czém przychodził, iż go nawet towarzystwo dostojne, które miał przed sobą, do opamiętania rychłego przyprowadzić nie mogło.
Hetman, który się ku niemu zwrócił, postrzegłszy to powstał — wszyscy się poruszyli na krzesłach, jakby ku niemu zbliżyć się chcieli, przyzwoitość tylko na miejscach ich wstrzymała.
Turski milczał, ocierał się i wzdychał.
— Z czém przychodzisz, mości Turski? mów — odezwał się hetman, mów — waćpan śmiało.
Łowczyc ciągle tarł jeszcze czoło i odchrząkiwał, nie mogąc się zebrać na słowo, niecierpliwość wszystkich wzrastała. Żywsza od innych pani hetmanowa z gniewem prawie mierzyła oczyma posłańca, który oglądał się i postrzegłszy osoby zupełnie przeciwnych obozów i to jeszcze wodzów ich... stał coraz bardziéj onieśmielony. Nie wiedział jak mowę obrócić...
Hetman to snadź zrozumiał.
— Ale, mówże acan, rzekł poważnie: wprost tak jak tam rzeczy stoją... całą prawdę...
Turski życzliwszym był familii, ale Brühl i posłowie obcy mu imponowali.
Po szlachecku jednak w końcu, widząc się w położeniu fałszywém, postanowił wyrąbać się zeń krzyżową sztuką. Westchnął do patrona i począł, — a był chłopak do dworu jeszcze nie nawykły i ze słowem się mierzyć nie umiejący.
— A no — odezwał się — jest to o czém rozpowiadać...
Słuchano w milczeniu...
— Jak skoro pan marszałek zagaił sejm... nie dano przystąpić do wyboru nowego marszałka, domagając się, aby pan cześnik Brühl precz szedł z izby — jako nie szlachcic...
Minister, który stał dotąd dosyć spokojny, drgnął cały i zbladł... pochylił się na krześle, rękę założył na poręcz, twarz mu się zmieniła...
Hetman to dostrzegł i szepnął do Turskiego:
— Krótko, zwięźle... faktycznie...
Zrozumiał to Łowczyc i zamilkł...
— A więc — dodał — co tu długo prawić jaśnie panie... w chwili gdym z izby wychodził — przyszło do tego, że szable z obu stron dobywano. Tylko szczęk ich i krzyki słyszałem wychodząc a w dziedzińcu mówili już, że się krew lała i przyszło do bitwy — bo zajadłość wielka.
Pan stolnik nasz nie dopuścił sejmu rozpocząć, ani marszałka obierać... pół izby wołało: — Precz z Brühlami!
Hetman dał znak Turskiemu, ale już było za późno... Brühl zerwał się z krzesła i stanął, rzuciwszy serwetę... Oczy mu się zapaliły, wargi zatrzęsły... Pani hetmanowa, któréj czarne źrenice ogniem także pałały, mierzyła go wzrokiem nienawistnym, siedząc jak marmur blada...
Branicki stał chmurny. Turski nie wiedząc czy może mówić dłużéj, zamilkł nagle. Wtém minister, którego gniew i duma zwyciężyły i roznamiętniały — cofnął się od stołu — wybuchając.
Naprzeciw niego siedział właśnie książę kanclerz. Wskazał nań ręką...
— Waćpanowie to — zawołał impetycznie — odbieracie mi honor — to weźmijcież mi i życie.
To mówiąc rękami rozerwał kamizelkę na piersiach, mierząc groźnym wzrokiem kanclerza...
Ten wcale na pozór nie poruszony, serwetę zwolna położył na kolanach i złotém piórkiem, zmrużając oko począł w zębach przebierać. Może więcéj przygotowany do wypadku, z daleko zimniejszą krwią przyjmował jego następstwa. Ironicznie skrzywiły mu się usta.
My? rzekł cedząc powoli — my? ani honoru Waszéj Ekscellencyi, ani jego życia nie potrzebujemy — żądamy tylko — sprawiedliwości od N. Pana. Téj nam odmówiono — napastowani, bronimy się... nie jesteśmy tak słabi, abyśmy podeptać się dali...
— Zarzucacie mi dziś to szlachectwo wasze polskie — mówił daléj Brühl w gniewie coraz rosnącym, — któreście sami dali mi, na któreście pracowali...
— My? odparł książę kanclerz. My? Sąd to zbyt pochlebny o naszych słabych siłach... Tak znowu wiele nie mogliśmy uczynić... Zaprawdę ani my, ani familia nasza, ani trybunały, ani w świecie nikt polskiego szlachectwa nadać nie może... a wy go nie macie, dopóki na sejmie nie uzna go Rzeczpospolita...
— Panowie! trochę spokoju, przerwał hetman z powagą — przy rozbiorze tych kwestyj należy zachować krew zimną... Wasza Ekscellencya zechcesz... (spojrzał na Brühla, który trząsł się cały)... książę kanclerz raczy...
Kanclerz siedział nieporuszając się spokojny.
— Proście o zimną krew Jego Ekscellencyi, odezwał się — ja, jak widzicie, jestem całkowicie zrezygnowany i spokojny... My nie jesteśmy sprawcami téj sejmowéj burdy, ani tego przy dobrym obiedzie niestrawnego epizodu... my — my jak mówiłem, bronimy się tylko... Wina tego, kto napada...
— Któż napada? — łamiąc ręce zawołał Brühl — my?..
— Nieinaczéj! potwierdził mieszając się do rozmowy wojewoda ruski, który dotąd milczał. Brat mój ma słuszność zupełną — myśmy pokrzywdzeni i napastowani... Czyhacie na całe nasze znaczenie w Rzeczypospolitéj, chcecie naszego upadku... żądacie zguby...
W czasie tego sporu, którego siedzący u stołu goście słuchali z podziwieniem w milczeniu, hetman nie miał czasu spojrzeć na żonę, któréj twarzyczka mieniła się od gniewu, fałdowała od niecierpliwości, czerwieniła rozdrażnieniem... Każde słowo wujów podnosiło coraz wyżéj to niebezpieczne i grożące wybuchem usposobienie. Mąż byłby je może potrafił wstrzymać jeszcze gdyby w czas przygotowujące się zobaczył.
— Mości panowie — zawołał Brühl — zwracając się do dwóch braci — nie wiem kto tu się z nas niewdzięcznym zdrajcą nazwać może... ale to wiem, że J. Kr. Mość, którego ja woli jestem tłómaczem, ma prawo uskarżać się na obsypanych łaskami, co mu za nie domaganiem się coraz większych i oporem coraz upartszym płacili...
Hetmanowa podniosła głowę ku ministrowi...
— Tam się może już krew nasza leje! krzyknęła, po kobiecemu wtrącając się do rozmowy — a nie na kogo innego pewno ona spadnie, tylko na was, panie ministrze...
Brühl usłyszawszy głos ten, umilkł zmieszany — wojna z kobietą była niepodobieństwem — zaciął usta obracając wzrok do góry. Hetmanowa tymczasem nie zważając na męża dającego jéj znaki, na podziwienie wszystkich, na prawa gościnności, unosząc się coraz bardziéj, mówiła daléj ze wzrastająca gwałtownością:
— Wasza Ekscellencya, panie ministrze, jesteś przyczyną nietylko tego wypadku, który może zakrwawić salę sejmową i kraj nasz rzucić w wojnę domową, ale wszystkich nieszczęść naszych...
My się nie damy zgnieść — za nami jest większość téj Rzeczypospolitéj, my nie zniesiemy upokorzenia. W ostatniém rozdawnictwie łask królewskich, pominięto nas umyślnie... chciano nas tém shańbić, zepchnąć ze stanowiska... Ktoż to uczynił? Król...? Ale N. Pan czyni tylko to, co mu Jego Ekscelencya — pozwoli... to wszystkim wiadomo... Wzięliście w kuratelę nieszczęśliwego monarchę... pięknieście wykierowali Saksonię... lecz nasz kraj nie da się w ten sposób prowadzić...
Mówiła, głos jéj drżał, nareszcie zabrakło go z gniewu... ale słowa jéj po kobiecemu zbyt ostre i jawnemi zarzuty bluzgające w oczy, złamały jakby zaporę, która Brühla od gwałtowniejszéj zasłaniała napaści... Zaledwie hetmanowa dokończyła, padając na krzesło wysilona, razem prawie kanclerz i wojewoda podnieśli głosy.
— Tak jest, zawołał ostatni — Rzeczpospolita nasza Saksonią nie jest... macie do czynienia z nie raubritterami niemieckiemi, ale z rycerską szlachtą polską, któréj honor jéj jest drogi, a w nas, nie zapominajcie o tém, płynie krew, która nas do tronów zbliża... Nie sądźcie, aby walka była łatwa a pognębienie możliwe...
Hetman uderzył po ramieniu księcia, prosząc go, aby zaprzestał. Działo się to w jego domu — bolał nad tém... lecz trudno było pohamować rozjątrzonych. Zaledwie umilkł wojewoda, kanclerz się odezwał szydersko:
— Chcieliście tego, panie ministrze — macie coście sobie sami ściągnęli. Nie my wam, wy sami sobie honor odbieracie, wy narażacie syna. Z nami walka nie pójdzie łatwo...
Hetman nie wiedział już kogo prosić i uśmierzać gdy Brühl, którego sama gwałtowność napaści zmuszała do pozornego ostygnienia, powiódł ręką po czole, twarz jego przybrała wyraz zimny i szyderski, lecz przesączony zemsty pragnieniem... Zwrócił się do pani hetmanowéj...
— Muszę panią hrabinę przeprosić, rzekł z ukłonem dumnym, iż spokój jéj domu zakłóciłem, i jéj saméj byłem powodem do wystąpienia, które dla gospodyni domu, względem gościa — przykrém być musiało... Nie pozostaje mi nic więcéj nad pożegnanie towarzystwa, w którym mnie obelgi spotykają tylko...
Hetman zbliżył się doń ze złożonemi rękami, Brühl szukał tylko kapelusza... Wszyscy zamilkli na chwilę...
— Panowie, odezwał się minister do posłów zagranicznych, którzy siedzieli zmieszani — spodziewam się, że raczycie mi towarzyszyć do mnie, gdzie spokojniéj skromny obiad zjeść będziemy mogli...
Posłowie ruszyli się wnet wszyscy... Ten krok ministra nie pohamował wodzów Familii i ich adherentów... Brühl już wychodził nie oglądając się nawet na przeprowadzającego Branickiego, gdy po za nim wołano:
— Krew, która się przeleje spadnie na twoją głowę...
— Precz z Brühlami...
Wśród téj wrzawy minister z towarzyszami opuścił pałac hetmana, a że powozy na późniejszą godzinę przyjść miały i w dziedzińcu się nie znalazły Brühl musiał iść piechotą...
Zaledwie za bramę się dostał, tłum, który od zamku się rozlewał po mieście, otoczył go... Wypadkiem wpadł na gromadę Familii prowadzoną przez Żudrę, która poznawszy Brühla, rozjątrzona jeszcze sejmową sceną, powitała go szyderskiemi wykrzykami. Trudno się było cofać, niepodobna uniknąć, i przytomność tylko posłów zagranicznych a kilku sług ich potrafiła ministra od większych ocalić nieprzyjemności. Powóz jakiś przechodzący bezpański, który zatrzymano gwałtem, odwiózł Brühla do jego pałacu, gdzie straże saskie i ogromny dwór zupełnie go już czyniły bezpiecznym...
Posłowie, którzy go odprowadzali, pożegnali u drzwi — chwila była wymagająca namysłu i samotności, Brühl blady, lecz już przytomny i ostygły ze świeżych wzruszeń, nie patrząc nawet na służbę cisnącą się ku niemu, przeszedł wprost do swego gabinetu...
Tu niespodziany widok go czekał... Ten syn, którego uczynił ofiarą i naraził na kilkogodzinne męczeństwo, tylko co wróciwszy z izby, leżał na pół żywy na kanapie, blady, rozpięty, ze wzrokiem obłąkanym, zatopiony tak w sobie, iż ojca wchodzącego nie usłyszał, zbliżającego się nie postrzegł. Minister musiał z lekka dotknąć jego ręki, aby go z tego osłupienia przebudzić...
Cześnik podniósł się powoli, dłońmi obiema przecierając oczy, trąc czoło, aby oprzytomnieć — ojciec stał przed nim niemal jak winowajca...
— Co ci jest, mój Alojzy? zapytał...
— Zaledwie wiem, że żyję, odparł stłumionym głosem zapytany... Przebyłem kilka godzin okropnych. Krzyki téj tłuszczy brzmią mi jeszcze w uszach — widzę podniesione oręże... migają mi się te twarze zbójeckie... Chciano mnie rozsiekać...
Wzdrygnął się cześnik...
— Maszże tak mało męztwa? cicho wrzucił minister...
— A! gdyby tam tylko o rycerską chodziło waleczność — zawołał Aloizy... gdyby można z orężem w dłoni walczyć — ale stać jak pod pręgierzem, słuchać obelg i nie módz ich pomścić — ojcze mój! to okropne...
Rzucił się na kanapę kończąc i oczy zakrył rękami.
— To nad siły — dodał... tego się wymagać nie godzi...
— Alojzy — odparł ojciec — cofnąć się téż honor nie pozwala zwyciężonym...
— Więc dopuścić rozlew krwi?... zawołał cześnik — dziś tylko przytomność Małachowskiego, który posiedzenie odroczył, zapobiegła rzezi... jutro, jutro nic ich nie potrafi powstrzymać...
Minister milczał...
— Zobaczymy, rzekł — do jutra daleko... Lecz nie byliżeśmy silniejsi?
— Byliśmy liczebnie i ze wszystkich względów słabsi. Radziwiłłowscy się źle obliczyli... Książę Karol jest w rozpaczy... Ale co nam po sile!... Jeszcze jedno posiedzenie takie, ojcze kochany... a choćby mnie niczyja szabla nie tknęła, ja nie czuję się na siłach do wytrzymania obelg motłochu... Tak — jam do tego niestworzony... Do pracy! każ mi podjąć, jaką chcesz, do walki, choćby być miała rozpaczliwą i nierówną... ale nie do sromotnego wrzasku... nie do tego pręgierza, pod który mnie zawlec kazałeś. Zlituj się nademną... Nie nagrodzisz mi niczem tego cierpienia...
Brühl rzucił się go ściskać...
— Uspokójże się, jesteś w gorączce... to nie potrwa... w najgorszym jedno posiedzenie... Uczynisz to dla mnie... Przetrwać je potrzeba... Otoczą cię przyjaciele... a potém...
Tu zniżył głos i dodał zamyślony!
— Sejm zerwiemy!!
Zapukano do drzwi, ktoś głośną mową domagał się wpuszczenia... Sekretarz ministra oznajmił przybycie księcia wojewody, który nieczekając poruszony wtoczył się za nim zaraz... Na twarzy księcia Karola mocno zarumienionéj widać było jeszcze nieprzezwyciężone oburzenie..
— Pozwolisz, panie ministrze, panie kochanku, choć jestem natrętny... ale musiałem przyjść oznajmić... Dzisiajeśmy się nie popisali — to prawda; zwiedli mnie, mało nas było... jutro jak świt salę moi obsadzą, trzysta szabel mam pewnych, jeśli nie więcéj. Służymy Familii... zechcą krwi, będą ją mieli; my nie pożałujemy...
Brühl ścisnął go za rękę.
— Spodziewam się, że do tego nie przyjdzie, rzekł cicho, ukradkiem spoglądając na syna.
— A ja się spodziewam i Pana Boga proszę, żeby do tego przyszło — odparł Radziwiłł... mnie się odegrana należy... Co to się tam rąbać na słowa i rzucać sobie w oczy łajdakami i szelmami! — to nie szlachecka rzecz, panie kochanku... Wybić się a dobrze... kurtę im skroić porządną, będą cicho siedzieli...
Cześnik milczał zmieszany...
— Wy panie cześniku, dodał Radziwiłł, dajecie im pozór, aby wam zadawali nieszlachectwo... bo w naszéj wrzawie wam nie swojsko, i po was to widać... a my w tém, panie kochanku — jak ryby w wodzie...
I rozśmiał się głośno a wesoło...
— Hej! dodał — jutro wszystko będzie dobrze i ręczę — pójdzie jak po maśle... Radziwiłł nie zawiedzie. Proszę pana cześnika z sobą, sam go wiozę, sam za niego moją odpowiadam głową..
Minister dziękował pomięszany, pan Aloizy boleśnie się uśmiechał...
— Mogęż się teraz pokazać? spytał skromnie — chciałbym pojechać do Młocin... Mogą mnie tak rozsiekać w ulicy, jak się odgrażali na zamku...
— A gdzie zaś! panie kochanku — rzekł wojewoda... ci sami co tak krzyczeli na sejmie, będą ci się kłaniali na ulicy. Trzeba znać ten naród, panie kochanku... Gardłować lubią — ale na bezbronnego napaść — uchowaj Boże... To poczciwe ludziska z kościami, tylko im języki i dłonie świerzbią czasami.
Że jakoś rozmowa nie szła, wojewoda zabrał się do odwrotu.
— Zatém submittuję się, rzekł... a jutro proszę pana cześnika ze mną, już się to dziś nie powtórzy, ręczę — i słowo daję na to — będzie wcale inaczéj.
Zasapany wyszedł ledwie Radziwiłł, gdy znać dano o innych przybywających, częścią z sali sejmowéj lub wysłanych od głównych osób zamieszanych w téj sprawie. Przedpokój, salka, kancellarya, ganek, były pełne, a między nadbiegającymi toczyły się rozmowy tak żywe, tak wrzawliwe jak przed chwilą na zamku. Nietylko w pałacu Brühla, ale w całém mieście panowało zamieszanie, które przeszło razem z sejmującymi i arbitrami na ulice. W winiarniach i garkuchniach spotykano się grożąc sobie szablami i rozprawiając na języki bez litości..
Minister, który będąc u hetmana na chwilę się nie pohamował i niepotrzebnie z żalem wybuchnął, mocno tę prędkość swą teraz sobie wyrzucał... Odzyskawszy zimną krew, naradzał się, dawał rozkazy, a że czasu nie było do stracenia, wybierał się, zleciwszy kilku swym poplecznikom starania o dniu jutrzejszym do N. Pana, ażeby mu rzeczy przedstawić w takiém świetle, w jakiém je widzieć życzył...
Młody Brühl tymczasem zbity i osłabły, kazał zajść powozowi, do którego ojciec dodał w sekrecie sześciu żołnierzy z konnéj gwardyi króla, i kazał jechać do Młocin...
Tu było tylko spokojnie jak w uchu; cześnikowa szyła albę, Francuzka ją po swojemu zabawiała, mało nawet wiedziano co się na świecie działo. Ciekawa Dumont wybadała wprawdzie Godziembę, którego sobie pozyskać potrafiła, lecz nie śmiała spokoju Brühlowéj przerywać niepotrzebnie plotkami, dopókiby coś do rozwiązania języka nie dało powodu. Była téż najpewniejsza, że minister i król zwyciężyć muszą i tych warchołów w myszą dziurę zapędzą... Tak stały rzeczy w Młocinach, gdy naprzód znużony, blady i zły powrócił do nich Godziemba, który Brühlowi z duszy sprzyjał i sprawę jego brał do serca, w chwilę zaś potém nadjechali oboje Sołłohubowie, a za nimi dopiero ciężki kłus gwardyjskich żołnierzy, z dala towarzyszących cześnikowi, i jego kareta, w któréj on leżał raczéj niż siedział... zbliżyły się do ganku pałacyku... Tu poczciwy Sołłohub czekał już na przyjaciela, i wysiadającego w ramiona pochwycił.
— Mój ty biedny Brühl! o! jakże mi cię serdecznie żal!..
Ściskając się weszli razem do pokoju, w którym na nich panie czekały.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.