Starosta warszawski/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


IX.


Sołłohubowa przybywszy wpadła cała jeszcze rozgorączkowana, oburzona, na pół pijana i niemal osłupiała, znajdując cześnikową najspokojniéj w świecie pokaszlującą nad albą, którą na kolanach trzymała. Dumont zabawiała ją czytaniém świątobliwém, od którego doznawała spazmów.
Gdy piękna Marya, z rumieńcami wypalonemi na twarzy, z ogniem w oczach, wbiegła do saloniku, pani Brühlowa przelękła się nieco.
— Co ci jest moja Maryniu? co się stało?
— Jak to? to ty nic nie wiesz? ty tu siedzisz spokojniuteńko... a tam, tam na sali rwali się ludzie rozwścieczeni na twojego męża... twój mąż... a! co on cierpieć musiał! Gdzież on jest? powinien był powrócić? nie wrócił?
Wszystko to wylało się z ust pani Sołłohubowéj potokiem... Cześnikowa słuchała zdziwiona — lecz wcale tak nieporuszona jak przyjaciółka.
— Ale, moja Maryniu, rzekła — ja bo wiedziałam, że mąż na sejm pojechał, i że posiedzenie mogło być trochę niespokojne, — ale przy łasce bożéj, przy łasce bożéj — cóż się tam stać mogło?
— Ty więc nie wiesz, że się do szabel porwano... że gdyby nie Małachowski, przyszłoby może do krwi rozlewu...
— Moja Maryniu, ruszając ramionami, odezwała się cześnikowa — u nas to bardzo zwykła rzecz... ale się na krzyku i hałasie kończy... Jużciż przyjaciele cześnika nie dopuściliby...
Dumont się wtrąciła...
— Może się to rzadko trafia, żeby na sejmiku lub sejmie aż do rąbania się przyszło, ale bywają przecież przykłady... Wszakże podobno ojciec jednego z dworzan pana wojewody, a teraz hrabiego... pana Godziemby... na śmierć został zarąbany...
Usłyszawszy to imię, cześnikowa wstrzęsła się, krew jéj gwałtownie uderzyła do głowy — rumieniec tak nadzwyczajny oblał jéj twarz całą, że Sołłohubowéj oka ujść to nie mogło. Szczęściem tłómaczyła to sobie może nagłą troskliwością o pana cześnika...
Dumont przypadkiem czy umyślnie wtrąciła nazwisko to, z którém ciągle od niejakiego czasu starała się oswajać panią cześnikową. Gdy były sam na sam, hrabina nic nie miała przeciw temu, lecz w téj chwili gdy się jéj twarz tak zdradziecko zapaliła, spojrzała znacząco na Francuzkę. Ten wzrok pochwycony w biegu przez Sołłohubową dał jéj do myślenia... Nazwisko jéj utkwiło w pamięci... W tym momencie wszakże miała nadto do myślenia, aby się zbyt głęboko w jakieś dociekania zapuszczać...
— Na sejmikach siekaniny, wtrącił Sołłohub, to ordynaryjna rzecz, ale na sejmie, pod bokiem majestatu... prawie niesłychana...
— A! ten ohydny stolnik! ten galant... wołała Sołłohubowa tupiąc nóżką, nienawidzę tego człowieka...
— Niewdzięczna! uśmiechnął się generałowicz — on się w tobie kocha i wielbi...
Żona go uderzyła wachlarzem po ręku.
— Dajże mi pokój! mogłabym się w istocie gniewać za to, bo tych galanteryi salonowych nie cierpię... ani tych zdawkowych miłostek wielkiego świata...
Wśród żywéj rozmowy, twarz pani Brühlowéj ledwie nieco się ożywiła, i to z powodu wspomnienia Godziemby. Francuzka, która protegowała dworzanina i ciągle była rada go na pierwszy plan ściągnąć, nie zważając na surowy wzrok hrabiny, szepnęła jeszcze, iż właśnie pan Godziemba, który towarzyszył hrabiemu, powrócił z Warszawy i można go było wezwać, aby opowiedział co się na sejmie działo. Cześnikowa zaczerwieniła się znowu ogromnie, lecz Sołłohub zrobił uwagę, że oni téż oboje przytomni byli do końca scenie całéj.
Brühlowa była tak zmieszana, że się nawet dowiadywać nie chciała, ale Sołłohubowéj nic od narzekania i wykrzykiwania powstrzymać nie mogło. Biegała po salonie, często ścianom pokazując pięście, i tak jéj ślicznie było z tym zapałem i rozdrażnieniem, że kochany mąż, nie mógł się wstrzymać, by nie szepnąć Francuzce:
— Nie widziszże pani, jak ona cudownie jest piękna! ta moja heroina!
— Widzę i widzę téż jak waćpan panie hrabio (Francuzka całéj szlachcie polskiéj ten tytuł dawała) okrutnie jesteś śmieszny...
— Czém? spytał Sołłohub.
— Ale bo, któż się przyzwoity w żonie kocha! szepnęła Francuzka złośliwie... i uśmiechnęła się szydersko...
W téj chwili zahuczało, Sołłohub wybiegł i wprowadził Brühla, którego w progu nie żona, ale kuzynka obie ręce doń wyciągnąwszy przywitała...
— O! mój biedny! biedny hrabio! zawołała z uniesieniem...
Brühl spojrzał okiem pełném wdzięczności, pocałował ją w rękę i poszedł podać dłoń żonie, która wstała sztywnie, spojrzała nań chłodno i wybąknęła:
— Ja się dopiero teraz dowiaduję... Ja nic nie wiedziałam.
— Ale bo po cóż miałaś się pani niepokoić? dorzucił Brühl... część tego dramatu dzięki Bogu przebyta... a co nastąpi... przeżyjemy...
Westchnął... Dopiero spojrzenie na piękną Maryę, któréj oczy go wszędzie ścigały, odżywiło ostygłego nieco cześnika..,
— Gdybym była mężczyzną dziś — odezwała się Sołłohubowa, — proszę mi wierzyć, byłabym nie wytrzymała i z szablą się rzuciła na Familię...
— A! pani — rozśmiał się smutnie Brühl... zbliżając się do niéj — a ja, gdyby było w méj mocy, byłbym sromotnie uszedł z téj izby obrad. Rozkaz ojca mnie tam przykuwał... Jesteśmy tak jak w familijném kole... nie będę taił, że mi to wszystko sprawia ohydę... Ta sala obrad, z mojéj przyczyny zawichrzona, ja powodem do walki! Moje położenie... Ci panowie są źli, mściwi, to prawda są moimi nieprzyjaciołmi, ale któż wie, może oni mają słuszność, a ja mogę jéj nie mieć. Jestem wprawdzie dobrym szlachcicem turyngijskim i hrabią państwa rzymskiego, ale moje polskie szlachectwo jest tylko fikcyą prawną lub nieprawną...
— Co do mnie — dodał ożywiając się tak, jak go żona rzadko widywała — co do mnie wolałbym był stokroć pójść walczyć z Turkiem, z Prusakiem, z szatanem... niż stać pod tą rynną obelg i gróźb... nie mogąc się ruszyć... Ani to moje powołanie — dodał gorąco — jam trochę żołnierz, trochę artysta, trochę literat, a nic a nic nie stworzony do tego waszego świata polskiego... Skłaniam głowę przed tą republiką naśladowaną ze starożytnych, ale mi ona nie przemawia do serca.
To mówiąc Brühl padł na krzesło...
— Témbardziéj mi waćpana żal, panie hrabio, rzekła Sołłohubowa zbliżając się do niego, tém ohydniejszą wydaje mi się napaść stolnika, i takiego księcia Adama, obu znających go doskonałe i wiedzących co czynią...
— Ja ich tłómaczę — odezwał się Brühl — polityka nie zna brata, ani ojca, ani litości, ani względu... jest to smok który chłonie szeroką paszczą co mu się do niéj nawinie...
— Za cóż wy macie padać jéj ofiarą? zapytała cicho Marya, patrząc na niego.
— Przeznaczenie! fatalizm! westchnął Brühl.
Zaczęto opowiadać epizody, które każdy inną część sali mając na oku pochwycił. Jedne uszły wejrzenia i ucha Brühla, drugie Sołłohuba — inne nawet na wszystko bacznéj pani Maryi.
Generałowicz, który nie wiedział ani się mógł domyślać, jakie tu może uczynić wrażenie, mówiąc o Godziembie, wśród tych krzyżujących się powiastek — nagle wykrzyknął:
— Ale wiesz, Brühl, tyś bo szczęśliwy, umiesz na miłość zarabiać, sam o tém nie wiedząc może. Że myśmy cię tam otaczali, Radziwiłłowie, Lubomirski, Opacki, ja... to nic dziwnego, bez twéj nawet wiedzy, wcisnął się na salę poczciwy jakiś twój dworzanin, który cię z oka nie spuszczał, i szabla mu tak drgała w ręku, a oczy się paliły, żém się co chwila awantury spodziewał. Przechodzącego księcia Adama o mało za kołnierz, bez respektu jego tytułu, nie pochwycił. Ażem był ciekaw jego nazwiska się dowiedzieć, bo go tu często widuję... Zowie się Godziemba... dodał Sołłohub — winieneś mu, co najmniéj szablę honorową...
Oprócz pani Sołłohubowéj i Francuzki, nikt nie uważał, jak żywo, pokraśniawszy cała, rzuciła się Cześnikowa do alby leżącéj na kolanach.
Brühl się uśmiechnął.
— A! to poczciwy mój i najulubieńszy — prawie mogę go nazwać przyjacielem — rzekł z twarzą rozjaśnioną: serce złote i głowa dobra. Aniby się kto mógł domyślić, ile uczucia i rozsądku jest w tym biednym chłopcu...
Pani cześnikowa ciągle miała oczy spuszczone, ręce jéj drżały, twarz płonęła, Francuzka spoglądała na nią niespokojna tym brakiem panowania nad sobą, ale coraz mocniéj utwierdzając się w przekonaniu, iż miała wielkie obowiązki zbliżenia dwóch istot tak siebie godnych, tak się kochających, a tak — na nieszczęście, jak ona zwała — niezgrabnych...
Brühl wpadłszy raz na swojego ulubieńca, mówił o nim jeszcze długo, napomknął bardzo delikatnie o jego przygodach, o których nie śmiał się rozwodzić, aby teścia nie obwiniać, i dodał:
— Jestem bardzo przywiązany do poczciwego Godziemby... a trochę téż mnie ku niemu i los jego niezwyczajny przywiązuje... Cały dramat jest w jego życiu, a ja tak dramata lubię! Ojciec zginął rozsiekany... do sieroty przywiązała się mamka staruszka... która za nim w świat poszła, która go raz już uwolniła z więzienia, która i tu się przywlokła... a tę on jak matkę szanuje, utrzymuje i służy jéj jak syn przywiązany...
Francuzka słuchała z uwagą natężoną.
— Na tém nie koniec, dodał Brühl, który rad był, że mógł nieznośną dlań o sejmowych historyach przerwać rozmowę... Okazuje się, iż mój Godziemba jest bardzo dobréj i staréj rodziny...
— To samo jego nazwisko dowodzi — dodał Sołłohub... ród niegdyś znaczny i bogaty... Ale zkądże ty wiesz o tém?...
— Przypadkiem — rzekł Brühl — na sejm z głębi województwa Mińskiego przybył tu stary, bezdzietny Godziemba, którego nie wiem dla czego tytułują podczaszym... Ma pono parę mil kraju w pińskich błotach, i jedną córkę, dla któréj koniecznie Godziemby szuka za męża, aby majętność z rodu nie wyszła... Obsedują pono mojego dworzanina...
— A ten, zawołał Sołłohub śmiejąc się — se laissera faire une douce violence.
— Otóż nie, rzekł Brühl... i dlatego sprawa wytoczyła się aż do mnie...
Umilkli wszyscy — cześnikowa tak się schyliła nad robotą, że prawie głowy jéj już widać nie było...
— Czysty romans — odezwała się Sołłohubowa dla was panie hrabio, co z taką łatwością tworzysz dramata, gotowy materyał...
Brühl zerwał się z krzesła...
— A! pani zawołał — czemuż nie mogę zamiast sejmowe przebywać dramata, siedzieć, marzyć, pisać i pozostać w kątku spokojnym! Bardzo kocham wasz kraj, który po części za swój uważam, choć mi tu szlachectwa odmawiają — ale do niego mam żal za to, że mi żyć przeszkadza... Tak z historyi Godziemby, dodał, byłby wyśmienity dramat w pięciu aktach... tylkoby trzeba dodać młodzieńcowi jakąś miłość piękną, coby go od przyjęcia ofiary wstrzymywała... a to chłopak jak lód...
Francuzka patrząca na Brühla jak w tęczę, otworzyła oczy mocno i uśmieszek przebiegł po jéj ustach. Nader przebiegła pani Sołłohubowa, pochwytawszy rumieńce, milczenia, wejrzenia, uśmiechy, coś sobie już z nich prząść poczynała. Imaginacyę miała tak żywą, jak Brühla... Cześnik w tém kółku — trochę wytchnąwszy — zdawał się umyślnie myśl odrywać od jutra groźnego i obrzydłych mu zapasów sejmowych, począł więc znowu coś mówić o historyi Godziemby, gdy żona jego, jakby jéj coś nagle na myśl przyszło, o czém była zapomniała, wstała i wyszła do drugiego pokoju. Dumont natychmiast, czując się tam potrzebną, pośpieszyła za nią.
Brühl bywał zwykle jakoś w najlepszym humorze, właśnie naówczas, gdy żony przy sobie nie widział. I tym razem lice mu się rozjaśniło — ale nie miał szczęścia, zaledwie pozostał sam na sam z Sołłohubami, gdy mimo późnéj pory zahuczało pod gankiem i głosy się słyszeć dały.
— I to prawdziwa kara boża! wykrzyknął ręce łamiąc — nie dają mi spocząć ani odetchnąć! Nie dosyć, że posłuszny robię co mi każą, i idę na tortury, muszę jeszcze słuchać zawczasu opowiadań próżnych jak mnie dręczyć będą.
Sołłohubowa ze zwykłą swą żywością zbliżyła się do męża; dość było jéj uśmiechu, aby w ogień czy wodę rzucił się na jéj rozkazy...
— Mój drogi, rzekła — a miéjże téż litość nad hrabią — idź, mów, baw tych nietoperzów, co po nocach nie wiedzieć za czém latają, a uwolń mi biednego Brühla...
— Tak, szepnął posłuszny generałowicz — idź — i zostaw was samych!..
Obraziła się piękna pani, rumieniec wytrysnął jéj na twarz...
— Idę z tobą — rzekła, i posunęła się ku drzwiom. Brühl, który więcéj się domyślił niż słyszał — rzucił się téż sam zawstydzony naprzeciw natrętnych gości... Nie wpuszczono ich do salonu ale naprzeciw słychać było już rozmowę, tonem, który przedłużoną sejmową sessyę przypominał...
Sołłohub obie ręce na ramionach położył przyjacielowi. Brühl — rzekł — nie puszczam cię, zostań... spocznij, pójdę się rozmówić za ciebie... Dobra moja Marya ma słuszność, byłoby okrucieństwem cię zamęczać... Zostań tu...
Spojrzał na żonę, która została téż w salonie... a że ani Francuzka, ani pani cześnikowa nie powracała — byli więc sami.
Brühl obejrzał się za odchodzącym, rękę położył na sercu...
— Pani jesteś aniołem! zawołał, aniołem dobroci.... a ja — czuję się jéj łaską dla mnie upokorzony. Biedny Jaś... poszedł... a co się tam w jego sercu dzieje...
— Jest zazdrosny trochę — chłodno odparła piękna pani — trzeba żeby się tego oduczył...
— A to tak trudno! rzekł Brühl, zbliżając się do Sołłohubowéj i biorąc jéj rękę, którą do ust przyłożył...
Ten cichy pocałunek... przerwał rozmowę, bo poruszył serca. Sołłohubowa oddaliła się wolnym krokiem, Brühl pozostał w miejscu...
— Jeszcze ten dzień jutrzejszy — poczęła stanąwszy nieco daléj piękna Marya — przeżyć go trzeba... potém nareszcie koniec jakiś nastąpić musi.
— Gdybyż! zawołał Brühl... ależ to straszny program na jutro. Szable! ultima ratio!
— Ja nie wierzę, ażeby do czego więcéj niż do hałasu przyszło — odezwała się Sołłohubowa — ale i ten przeżyć...
Wzdrygnęła się.
— A! to okropne!
Szczególniéj dla tego co się czuje przyczyną wszystkiego i... jest ofiarą... Ani na chwilę nie zabiło mi serce do zwycięztwa... a krwibym był dał utoczyć — za pokój i zgodę — ale jakże do niéj dojść! Ci, co byli moimi przyjaciółmi młodości stają grożąc mi śmiercią... I to wszystko dlatego, aby pan Ogiński nie Radziwiłł został wojewodą wileńskim, aby kilka dygnitarstw poszło w ręce Familii, gdy jabym oddał wszystkie w świecie za cichy i niezamącony żywot w Młocinach, lub wreszcie w jakimkolwiek świata kątku, wśród starych drzew, zielonych łąk... ze sztuką, z książkami... z myślą...
Sołłohubowa odwróciła się ku niemu.
— I nic więcéj? spytała.
— Bo nic mi więcéj pragnąć nie wolno — dodał Brühl... a przynajmniéj przez usta nie godzi się puścić życzenia...
Zamyślili się tęsknie oboje... rozmowa doszła do tego kresu, po za który i ona już przejść nie mogła. Służący wnosili właśnie podwieczorek, i wracająca Francuzka sama, ukazała się w salonie. Brühl uznał za właściwe, rad nie rad wynijść do tych huczących w jego gabinecie gości, których tam za niego przyjmował Sołłohub...
Trzech czarno ubranych Radziwiłłowczyków, pp. Szukszta, Slepść i Kimbar, razem z panem Szymanowskim i Sołłohubem, krzyczeli przy kieliszkach już tak głośno niemal jak na sejmie. Rozbierali to co się stało i opowiadano co nazajutrz postanowiono. Od progu już twarz Brühla przybrała wyraz znudzony i męczeński... Przybyli zobaczywszy go, oskoczyli; Slepść przystąpił pierwszy..
— Książę Jegomość jeszcze nas tu przysyła, rzekł, iterum iterumque upraszając pana hrabiego, aby się na sejm nie ruszał, tylko w naszéj komitywie, i z nim razem... Na jutrzejszy dzień sam książę jegomość popis czyni osobiście i mniéj trzechset nas nie będzie, a do dwóchset jeszcze ciurów na odsiecz postawimy w dziedzińcu, jeśliby było potrzeba... Na dany znak izbę zaleją. Jeżeli Familia tém się łudzi, iż jak dziś weźmie prym nad nami, może to drogo przypłacić...
Brühl się skłonił w milczeniu.
— Mam nadzieję, że jutrzejsze posiedzenie spokojniejsze będzie.
— Wszystko to być może — wtrącił Kimbar trąc łysinę — ale panie hrabio, my wszyscy, kto jakie żelazo ma dla osłonienia piersi, włożymy... Zbroiczka nie zawadzi. Szable się wszystkie ostrzą, bo to do licha przez ten długi pokój pordzewiało... Książę w dziedzińcu pałacowym kazał ustawić koło i szlachta jak z processyą idzie do szlifierza... Będą jak brzytewki!
Pokręcił wąsa.
Brühl milczał.
JMPan Szuksta strukczaszyc lidzki, którego to bolało, że sam jeden dotąd się nie odezwał, wtrącił téż.
— Książę pan miłościwy, takiego animuszu na jutro, jakeśmy go nie widzieli od ostatniego zajazdu... o którym nie pora tu prawić... Bóg świadek i dzisiejszy dzień nie byłby nas takim wstydem nakarmił, gdyby nie wyraźne rozkazy J. Kr. Mości i pana ministra. Byłoby się hydrze od razu łeb ucięło, i to bez metafory...
To mówiąc ryknął pan strukczaszyc lidzki śmiechem potężnym, aż się po całym domu rozległo...
Brühl był tak zakłopotany, że dla wyjścia z położenia trudnego, nie znalazł innego środka, tylko ująć za kielich i wypić zdrowie księcia wojewody.
Litwa zawtórowała, aż się okna wstrzęsły, bo wszyscy już byli pod dobrą datą — kobiety w salonie choć poznały, że to był wybuch i manifestacya radości wielkiéj — zadrżały z obawy... Zatém Litwini, nie dając się zatrzymać i oświadczywszy że książę w pałacu swym będzie oczekiwać na hrabiego z całą komitywą, submittowali się i hałaśliwie wyszli wyprowadzeni przez Sołłohuba...
Został tylko Szymanowski, w innym pono poselstwie wysłany, który się dotąd nie wiele odzywał... Wziął on na bok Brühla.
— Wszystko to dobre, rzekł: — nawet się bez tego na jutro i obejść byłoby trudno, ale koniec końcem, mnie Jego Ekscellencya tu przysyła, abym hrabiego uspokoił i zapewnił, że gdy jutro się nic złożyć nie da, a Familia upornie przy swém stać będzie, sejm zerwiemy...
— Kto? zapytał Brühl... mogą w takim razie już nie mnie, ale tego śmiałka rozsiekać... Sam waćpan wiesz, jak krajowi ten sejm jest potrzebny, jak go sobie życzą... Któż się odważy?
Szymanowski uśmiechnął się, pokręcił wąsika kłaniając rzekł, ręką wskazawszy na piersi.
— Ja — panie hrabio...
— Wy?
— Tak, ja sam — to rzecz ułożona, odparł spokojnie Szymanowski. Naturalnie dopełniwszy aktu tego, i złożywszy manifest w grodzie, ujdę w téj chwili z Warszawy... a moi Ciechanowianie, dali Bóg nic mi nie zrobią. Choćby téż przyszło i na jaki rok za granicę wędrować, nie jestem od tego...
Twarz i humor posła dowodziły, że Jego Ekscellencya, musiała już warunki z nim umówić, i że Szymanowski był z nich zadowolony. O tém jednak nie wspomniał.
— Z Familią, dodał szydersko — mam od dawna na pieńku, rad będę odwdzięczyć... dla Jego Ekscellencyi zaś i pana hrabiego, czuję tak wysoki szacunek, iż z chęcią się poświęcę...
Brühl w takich razach małomówny, chłodno dosyć podał mu rękę i westchnął...
— Radbym jednak, rzekł, aby się obejść bez tego mogło... Któż wie — jutro spokojniejszém być może!
— Tego się nie spodziewamy, przerwał Szymanowski. Litwini nie przesadzili wcale: nietylko u nich, ale po całéj Warszawie o szablach tylko i o zbrojach myślą ludzie... Ci, co przy szpadach chodzą, rapiry gotują. Koszule żelazne dawno już nie wdziewane czyszczą się ze rdzy, pucują ryngrafy... i wszystko wojną oddycha... Takiéj sali sejmowéj jak jutrzejsza, jeszcze generacya nasza nie widziała!
Brühl pobladł.
— Ani nieszczęśliwszego nademnie człowieka — rzekł w duchu...
O ile pan Aloizy zdawał się strapiony przewidywaniem jutra i losów sejmu, o tyle poseł ciechanowski wydawał się z tego szczęśliwym. Uśmiechał się, wąsa kręcił, mówił żywo, śmiał się i był w najlepszym humorze, jakby głowie jego i plecom nic a nic nie zagrażało... Pewien był siebie, choć najniebezpieczniejszą rolę dobrowolnie brał na barki.
Sołłohub z rodzajem politowania, jeśli nie wzgardy, spoglądał nań z ukosa.
— O zerwaniu sejmu, rzekł — nie może być mowy, chyba w ostateczności...
— A ta ostateczność nadejść musi, zawołał wesoły Szymanowski, jakby mu o to wielce szło, żeby go ona nie minęła. Wiemy to dobrze przez tych co na dwóch stołkach siedzą i z dwóch stron słuchają, i po obiedzie u hetmana, kanclerz i wojewoda rozdrażnieni do najwyższego stopnia, zaklęli się że na włos od żądań swoich nie odstąpią. Chcą bądź co bądź, mieć krzesło wileńskie dla Ogińskiego, a Radziwiłł, któremu jest przyobiecane, który je za spadek po przodkach uważa, pewnie dobrowolnie rzeczy już sobie przyrzeczonéj nie odstąpi... Macano go z różnych stron o to, ofiarując mu kompensaty, ale z litewskim niedźwiednikiem trudno, wąsa pokręcił i rzekł krótko:
— Mam sześć tysięcy ludzi, panie kochanku, na obronę jednego krzesełka... zje dyabła, kto go dostąpi.
Szymanowski zmilczał chwilę...
— Jeśli tak, rzekł Brühl — choć hałas w kraju znowu będzie ogromny za sejm zerwany, a na mnie spadnie wina cała... gdy rzecz nie uchronna, im prędzéj, tém lepiéj.
— Ale jutro honor każe się stawić i dotrwać na stanowisku! rozśmiał się Szymanowski... Zresztą, rzekł z kontusza dobywając kawał papieru, manifest na każdą chwilę gotów, na każde zawołanie gotów, tylko poń sięgnąć do kieszeni!!
Sołłohub i Brühl spojrzeli po sobie — poseł ciechanowiecki zdawał się dumnym swém bohaterstwem... Spojrzał na zegar i do czapki kroczył.
— Dłużéj zabawiać nie będę, rzekł... a jutro summo mane, wszyscyśmy na stanowiskach, część naszych śpi w sali, a część w dziedzińcu czuwa.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.