Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/441

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O zerwaniu sejmu, rzekł — nie może być mowy, chyba w ostateczności...
— A ta ostateczność nadejść musi, zawołał wesoły Szymanowski, jakby mu o to wielce szło, żeby go ona nie minęła. Wiemy to dobrze przez tych co na dwóch stołkach siedzą i z dwóch stron słuchają, i po obiedzie u hetmana, kanclerz i wojewoda rozdrażnieni do najwyższego stopnia, zaklęli się że na włos od żądań swoich nie odstąpią. Chcą bądź co bądź, mieć krzesło wileńskie dla Ogińskiego, a Radziwiłł, któremu jest przyobiecane, który je za spadek po przodkach uważa, pewnie dobrowolnie rzeczy już sobie przyrzeczonéj nie odstąpi... Macano go z różnych stron o to, ofiarując mu kompensaty, ale z litewskim niedźwiednikiem trudno, wąsa pokręcił i rzekł krótko:
— Mam sześć tysięcy ludzi, panie kochanku, na obronę jednego krzesełka... zje dyabła, kto go dostąpi.
Szymanowski zmilczał chwilę...
— Jeśli tak, rzekł Brühl — choć hałas w kraju znowu będzie ogromny za sejm zerwany, a na mnie spadnie wina cała... gdy rzecz nie uchronna, im prędzéj, tém lepiéj.
— Ale jutro honor każe się stawić i dotrwać na stanowisku! rozśmiał się Szymanowski... Zresztą, rzekł z kontusza dobywając kawał papieru, manifest na każdą chwilę gotów, na każde zawołanie gotów, tylko poń sięgnąć do kieszeni!!