Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/426

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszystko to wylało się z ust pani Sołłohubowéj potokiem... Cześnikowa słuchała zdziwiona — lecz wcale tak nieporuszona jak przyjaciółka.
— Ale, moja Maryniu, rzekła — ja bo wiedziałam, że mąż na sejm pojechał, i że posiedzenie mogło być trochę niespokojne, — ale przy łasce bożéj, przy łasce bożéj — cóż się tam stać mogło?
— Ty więc nie wiesz, że się do szabel porwano... że gdyby nie Małachowski, przyszłoby może do krwi rozlewu...
— Moja Maryniu, ruszając ramionami, odezwała się cześnikowa — u nas to bardzo zwykła rzecz... ale się na krzyku i hałasie kończy... Jużciż przyjaciele cześnika nie dopuściliby...
Dumont się wtrąciła...
— Może się to rzadko trafia, żeby na sejmiku lub sejmie aż do rąbania się przyszło, ale bywają przecież przykłady... Wszakże podobno ojciec jednego z dworzan pana wojewody, a teraz hrabiego... pana Godziemby... na śmierć został zarąbany...
Usłyszawszy to imię, cześnikowa wstrzęsła się, krew jéj gwałtownie uderzyła do głowy — rumieniec tak nadzwyczajny oblał jéj twarz całą, że Sołłohubowéj oka ujść to nie mogło. Szczęściem tłómaczyła to sobie może nagłą troskliwością o pana cześnika...
Dumont przypadkiem czy umyślnie wtrąciła nazwisko to, z którém ciągle od niejakiego czasu starała się oswajać panią cześnikową. Gdy były sam