Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/427

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na sam, hrabina nic nie miała przeciw temu, lecz w téj chwili gdy się jéj twarz tak zdradziecko zapaliła, spojrzała znacząco na Francuzkę. Ten wzrok pochwycony w biegu przez Sołłohubową dał jéj do myślenia... Nazwisko jéj utkwiło w pamięci... W tym momencie wszakże miała nadto do myślenia, aby się zbyt głęboko w jakieś dociekania zapuszczać...
— Na sejmikach siekaniny, wtrącił Sołłohub, to ordynaryjna rzecz, ale na sejmie, pod bokiem majestatu... prawie niesłychana...
— A! ten ohydny stolnik! ten galant... wołała Sołłohubowa tupiąc nóżką, nienawidzę tego człowieka...
— Niewdzięczna! uśmiechnął się generałowicz — on się w tobie kocha i wielbi...
Żona go uderzyła wachlarzem po ręku.
— Dajże mi pokój! mogłabym się w istocie gniewać za to, bo tych galanteryi salonowych nie cierpię... ani tych zdawkowych miłostek wielkiego świata...
Wśród żywéj rozmowy, twarz pani Brühlowéj ledwie nieco się ożywiła, i to z powodu wspomnienia Godziemby. Francuzka, która protegowała dworzanina i ciągle była rada go na pierwszy plan ściągnąć, nie zważając na surowy wzrok hrabiny, szepnęła jeszcze, iż właśnie pan Godziemba, który towarzyszył hrabiemu, powrócił z Warszawy i można go było wezwać, aby opowiedział co się na