Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Brühl uznał za właściwe, rad nie rad wynijść do tych huczących w jego gabinecie gości, których tam za niego przyjmował Sołłohub...
Trzech czarno ubranych Radziwiłłowczyków, pp. Szukszta, Slepść i Kimbar, razem z panem Szymanowskim i Sołłohubem, krzyczeli przy kieliszkach już tak głośno niemal jak na sejmie. Rozbierali to co się stało i opowiadano co nazajutrz postanowiono. Od progu już twarz Brühla przybrała wyraz znudzony i męczeński... Przybyli zobaczywszy go, oskoczyli; Slepść przystąpił pierwszy..
— Książę Jegomość jeszcze nas tu przysyła, rzekł, iterum iterumque upraszając pana hrabiego, aby się na sejm nie ruszał, tylko w naszéj komitywie, i z nim razem... Na jutrzejszy dzień sam książę jegomość popis czyni osobiście i mniéj trzechset nas nie będzie, a do dwóchset jeszcze ciurów na odsiecz postawimy w dziedzińcu, jeśliby było potrzeba... Na dany znak izbę zaleją. Jeżeli Familia tém się łudzi, iż jak dziś weźmie prym nad nami, może to drogo przypłacić...
Brühl się skłonił w milczeniu.
— Mam nadzieję, że jutrzejsze posiedzenie spokojniejsze będzie.
— Wszystko to być może — wtrącił Kimbar trąc łysinę — ale panie hrabio, my wszyscy, kto jakie żelazo ma dla osłonienia piersi, włożymy... Zbroiczka nie zawadzi. Szable się wszystkie ostrzą, bo to do licha przez ten długi pokój pordzewiało...