Stara Kasia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Bałucki
Tytuł Stara Kasia
Pochodzenie Nowelle
Wydawca J. K. Żupański & K. J. Heumann
Data wydania 1887
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
STARA KASIA.
FOTOGRAFIA Z NATURY.
Czy była kiedy młodą — nie wiem. Zapewne być nią kiedyś musiała; ja jednak odkąd ją znałem, a znałem blisko lat dwadzieścia, nie pamiętałem jej inną. Robiła na mnie wrażenie zasuszonej rośliny, która się już nie zmienia. Nie duża, z wypukłemi plecami, twarzą podłużną, zafarbowaną suchym, ceglastym rumieńcem i załzawionemi oczyma, chodziła zawsze prędko, drobnym truchcikiem, jakby się jej ciągle spieszyło, a gdy mnie spotkała na ulicy, dawała nurka głową, co miało znaczyć ukłon i mówiła: Kłaniam się pięknie wielmożnemu panu. Znała mnie bowiem z domu, gdzie bywałem dość często, u starego nauczyciela muzyki, Czecha rodem, ale od dawien dawna zamieszkałego w Krakowie. Ona także podobno była z okolic Śląska, od Białej, co się przebijało więcej w jej ubraniu, niż w mowie. Ubierała się krótko a fałdzisto, zawsze w ciemne kolory i przepasywała czoło i gładko uczesane włosy wąskiemi aksamitnemi tasiemkami, co jej nadawało trochę zakonny wygląd. I była też rzeczywiście bardzo nabożna: należała do bractwa różańcowego, nosiła podobno na gołem ciele pasek świętego Franciszka, a w każdą niedzielę i święto szła regularnie, jak zapisał, do OO. Dominikanów na nieszpory, z dużą książką do nabożeństwa i wykrochmaloną chustką do nosa. To jej nie przeszkadzało być wzorową służącą, wierną i przywiązaną jak pies, a pracowitą jak mrówka. Dość powiedzieć, że od czasu jak przybyła do Krakowa, służyła ciągle w jednem i tem samem miejscu, t. j. u mego nauczyciela muzyki Gileczko. Przyszła do niego jeszcze za życia żony i wyniańczyła im dwoje dzieci: Lucynię i Karolka.Była niby to do dzieci, ale przytem i prała i gotowała i pomagała sprzątać w pokoju, a gdy Gileczkowa przeniosła się na cmentarz, poczciwa Kasia zastępowała sierotom matkę, jak mogła i umiała. Wisus Karolek nie bardzo zgadzał się na to zastępstwo i nieraz na macierzyńskie napomnienia staruszki odpowiadał wywieszaniem języka albo przedrzeźnianiem. To też Kasia nie miała do niego wielkiego serca i przepowiadała mu, że z niego nie będzie nic dobrego, ale zato do Lucynki przywiązała się tak, że do rodzonej córki bardziej nie można. Miałby się z pyszna taki, coby się ośmielił wyrządzić jaką krzywdę jej pieszczotce. Nawet ojcu nie pozwalała powiedzieć jej marnego słowa. Bo też Lucynka była dobra, łagodna, bez żółci, jak gołąbek, według wyrażenia się Kasi. Piękna, co prawda nie była, tyle tylko, że oczy miała pogodne, niebieskie, jakby je kto z jasnego nieba wykroił i w twarzyczkę, niby szybki wprawił. Kasia jednak w macierzyńskiem zaślepieniu nie przypuszczała, żeby można być piękniejszą, jak jej panienka i dziwiło ją, jak młodzi kawalerowie obojętnie przechodzili koło, niej na ulicy, jakby oczów nie mieli. A niechno który z nich pokazał się w ich domu, choćby przyszedł z najobojętniejszym interesem, naprzykład po nuty lub na lekcyę, wnet Kasia z takiej przypadkowej wizyty wysnuwała wnioski i domysły względem jego małżeńskich zamiarów i ledwie się drzwi za którym zamknęły, ona zaraz biegła do panienki z zapytaniem:

— No cóż panienko? — a ten? jakże? — podobał się panience? — chciałaby panienka iść za niego?
Lucynka śmiała się pobłażliwie z tych zapytań, bo była rozsądną i wiedziała dobrze, że chociażby i ona chciała, to pewnie żaden z tych panów nie miałby ochoty żenić się z nią, bo nie była ani piękną ani bogatą, miała tylko tyle, ile zarabiała lekcyami muzyki, a lubo zarabiała tyle, że nawet coś zaoszczędzić sobie mogła, choć Kasia utrzymywała, że panienka z takiem sercem i z taka anielską dobrocią warta miliony, to Lucynka wiedziała dobrze, że żaden młodzieniec nie złakomiłby się na takie urojone miliony. Powtarzała to nieraz swojej Kasi, ale Kasia nie dała się tem przekonać i w każdym zjawiającym się w ich domu kawalerze, upatrywała konkurenta i zasięgała zaraz o nim wiadodomości, za pomocą swego biura wywiadowczego, to jest braci i sióstr Różańca świętego, stróżów, pokojówek, praczek, lokajów, co on za jeden, jakie ma utrzymanie, stanowisko i t. d.Na podstawie takich informacyj ja zostałem wykluczony przez Kasię z listy kandydatów, jako nie mający odpowiednich kwalifikacyj.
— To nie dla panienki — odrzekła, gdy się dowiedziała, że pisaniem zarabiam na moje utrzymanie i mogłem odtąd spokojnie bywać w domu starego muzyka bez obawy, abym był posądzony o małżeńskie zamiary.
Za to było wielu innych, na których liczyła, ale zwykle się tak zdarzało, że jak o którym zebrała potrzebne wiadomości, z których się pokazało, że był zdatny na męża, konkurent nie pokazał się wcale ku wielkiemu zgorszeniu Kasi, która nie mogła się dosyć naprzyganiać, jaka to teraz młodzież niestała i lekkomyślna; takich konkurentów, którym się ani śniło starać, się o pannę, przewinęło się nie mało. Kasia naliczyła ich coś ze trzydzi estu.
Nareszcie zjawił się jeden, który utrzymał się dłużej, niż inni i bywał nawet częstym gościem w domu.
Był to akademik jakiś, co się uczył na doktora, a więc według orzeczenia Kasi, był w sam raz na męża dla jej panienki. Była to niepozorna figurka, blondynek nie duży i wątły, ale cichy i stateczny i jak utrzymywała Kasia, dobrze mu z oczów patrzało. Przychodził w każdą niedzielę po południu ze skrzypcami w szkatułce i grywali po kilka godzin we czworo, t. j. on, Lucynka, jej ojciec i jeszcze jakiś emerytowany urzędnik, pasyonowany do muzyki.
Ten urzędnik grywał na altówce, akademik na skrzypcach, panna na fortepianie,a Gileczek, który umiał grać na każdym instrumencie, na jakim kto chciał, zastępował w tym kwartecie wiolonczelistę,
Z czasem akademik tak się wciągnął do domu, że nie czekał niedzieli, ale i w dni powszednie przychodził często wieczorami i jak nie zastał ojca, to z panną grywali we dwoje duety. To wystarczało zupełnie, aby Kasia uważała go już jak zdeklarowanego konkurenta. To ją tylko niepokoiło, że młodzi zamiast ze sobą co prędzej porozumieć się w kwestyi miłości, grali tylko, i grali bez upamiętania.
— Po co tu mitrężyć czas daremnie — mówiła, — Jak się kto ma oświadczyć, to się oświadczyć i nie robić długich ceregielów.
A gdy jej Lucynka zrobiła uwagę, że wmawia w tego pana zamiary, których on ani ma w myśli, uparta Kasia nie chciała w to wierzyć, bo mówiła — jeżeli nie ma’ zamiarów, to po cóż chodzi?
— Lubi muzykę, więc chodzi — tłumaczyła się Lucynka. — Przecież i sędzia chodzi także, a Kasi nie przyszło na myśl posądzać go o żadne zamiary.
— E, to co innego — odpowiadała Kasia — sędzia stary i łysy, to go nikt o to nie posądzi, zresztą nie ma w domu nic lepszego do roboty, to nie dziwota, że mu się chce rozrywki; ale ten młody mógłby się przecież gdzieindziej zabawić, bo mało to rozrywek mają młodzi panowie po kawiarniach, tyjatrach, nie żeby tu. rzępolił naszemu panu na skrzypcach. A jeżeli to robi, przecież nie dla kogo innego, tylko dla panienki. Toby ślepy namacał.
Lucynka z początku żartowała z tych domysłów staruszki, nie przywiązując do nich żadnych wagi, gdy jednak codzień słyszała coś w tym guście, gdy Kasia znosiła jej coraz to różne swoje spostrzeżenia, mające niby dowodzić miłości pana doktora, (bo tak go już nazywała), gdy on sam coraz częstsze mi wizytami zdawał się potwierdzać niejako domysły Kasi, a nareszcie gdy raz na imieniny przysłał Luci bukiet i nuty własną ręką przepisane, i ona w końcu musiała powiedzieć sobie w głębi duszy: a może i też , i odtąd innemi już oczyma zaczęła patrzeć na pana Hipolita, już przyjście jego nie było jej teraz obojętnem, wyczekiwała go z niecierpliwością i wzruszeniem, stąpanie jego na schodach przyspieszało bicie jej serca, a wejście do pokoju wywoływało żywe rumieńce. Jeżeli się czasem zdarzyło, że nie przyszedł o zwykłej porze, albo się przez parę dni nie pokazał, to sobie miejsca znaleźć nie mogła.
Były to widoczne oznaki budzącej się miłości, których jednak pan Hipolit zdawał się nie uważać, bo nie wpłynęło to zupełnie na zmianę jego postępowania. Chodził, jak dawniej, regularnie co niedzielę na kwartety, w dnie powszednie na tria i duety, weszło mu to w zwyczaj i stało się niejako nałogiem, trzeba już było bardzo ważnej przeszkody, aby opuścił który wieczór.
W chwilach zaś wolnych od grania, jeżeli rozmawiał z panną to albo o muzyce, albo o potocznych rzeczach. Nigdy rozmowa ich nie przybrała czulszego charakteru, nigdy nie przyszło mu na myśl, żądać od niej czegoś więcej jak przyjaźni.
Uważał ją jako siostrę, jak przyjaciółkę, me przypuszczając wcale, — żeby i ona mogła dla niego żywić inne uczucia.
Lubił zarówno córkę i ojca, dobrze mu było w ich domu, bo mu zastępowali rodzinę, której już nie miał i w tym stosunku pozostawał względem nich niezmiennie, co starą Kasię do desperacyi doprowadzało.
Z początku przypuszczała, że to z nieśmiałości, więc próbowała ośmielić go, dając mu nieraz do poznania, jak mile widzianym jest przez panienkę. Robiła to bardzo oględnie, żeby nie wyglądało, że się z nią narzuca. Duma j ej nie pozwalała na to, bo ona chciała, żeby się o jej panienkę dobijano jak o skarb jaki i nieledwie na kolanach proszono o nią, Ale o ile mogła bez ubliżenia panience, zdradzała przed nim jej skłonność i życzliwość.
Akademik zdawał się być tem bardzo ucieszony, wdzięcznym był za życzliwość, ale ani na włos nie posunął się dalej w stosunku do panny. To już Kasię zaczęło gniewać na dobre.
— Na co on jeszcze czeka? — pytała niezadowolniona, a gdy jej Lucynka wytłumaczyła, że pan Hipolit czeka może na to, aż zda egzamina, odpowiadała jej zawsze:
— Przecież do kochania niepotrzeba egzaminu. Nikt tu nie wymaga, żeby się od razu żenił, ale niech się przynajmniej oświadczy, żeby się już raz wiedziało, czego trzymać, bo jak nie, to niech innym po próżnicy miejsca nie zabiera.A rozumie się. Nie jedenby może miał także szczerą intencyę do panienki, ale jak widzi kawalera jaki taki w domu, to nie ma śmiałości.
Rada nierada jednak musiała uzbroić si w cierpliwość i czekać razem z panną na ten egzamin. Ale mijały lata, a o tym egzaminie ani słychu. Co więcej; dowiedziała się za pomocą swojej tajnej policyi, że kawaler w ostatnim roku dla braku funduszów całkiem zaniedbał medycynę a wziął się do dawania lekcyj, które mu jakie takie dawały utrzymanie.
To odkrycie wytłumaczyło całkiem jego dwuznaczne postępowanie. Teraz już było jasne, dlaczego się nie oświadczał.
Jakże się biedaczysko miał oświadczyć, skoro nie był niczym, nie miał nic, nawet nadziei lepszej przyszłości.
I dziwna rzecz, to odkrycie zamiast odstręczyć od niego pannę, (no i Kasię rozumie się, bo Kasia podzielała we wszystkiem uczucia panienki), zwiększyło jeszcze jej sympatyę dla pana Hipolita. Współczucie spotęgowało miłość.Kobiety, gdy kochają, nawet w błędach i wadach ukochanych umieją odszukać dobre strony.
Tak i tu się stało. Ani jednej, ani drugiej nie przyszło na myśl posądzić młodego człowieka o niechęć do nauki, o brak energii, wytrwałości, litowały się tylko nad jego szlachetnością, że gwałt zadawał sercu, krył się ze swemi uczuciami, nie chcąc pannie zawiązywać losu swoją miłością a w tem, że nie przyznał się wcale przed niemi do swego ubóstwa i do tego, że był zmuszony porzucić nauki, upatrywały szlachetną ambicyę i hart duszy. Odtąd i Kasia i Lucynka podwoiły dla niego swoją serdeczność i życzliwość, jakby mu tem chciały osłodzić jego położenie. Częściej go teraz zatrzymywano to na kawie, to na kolacyi, a największa szklanka i najlepsze kąski zawsze się jemu dostawały. Ile razy Kasia upiekła jaki smaczny placuszek albo babkę albo leguminkę jaką, zawsze porządną porcyę z tego zawijano w papier i posyłano panu akademikowi niby dla spróbowania. Poczciwe niewiasty nie poprzestawały na tych drobiazgowych oznakach swojej troskliwości; myślały one nad czemś ważniejszem i nieraz odbywały ze sobą jakieś tajne narady, konszachty, których rezultat był taki, że jednego dnia pan Hipolit odebrał pocztą list z pięcioma pieczęciami, w którym znajdowało się trzysta reńskich i dopisek bezimienny tej treści: Pożyczka na czas nieograniczony dla dokończenia medycyny.
Pan Hipolit, odebrawszy w tak tajemniczy sposób zapomogę, długo łamał sobie głowę, ktoby mógł być owym nieznajomym dobroczyńcą. Ani na chwilę nie przyszło mu na myśl, żeby to mogła być Lucynka, raz dla tego, że był pewnym, iż nie wiedziała o tem, że porzucił medycynę, bo przez wstyd nie przyznał się przed nią do tego, a powtóre że nie przypuszczał, aby ona, utrzymująca się sama z lekcyj, mogła zdobyć się na taką sumkę. Prędzej podejrzewał o to swoją sąsiadkę, jakąś wdówkę, która mieszkała obok niego a która często, spotykając go czy to na schodach, czy na ulicy obrzucała go tak zalotnemi spojrzeniami, że mu się aż gorąco robiło od tego. Pulchna ta wdówka miała tą samą obsługaczkę, co on; miała także kuzynka medyka, który u niej bywał częstym gościem, a który był jego kolegą; było więc prawdopodobnem, że od nich mogła się dowiedzieć o jego położeniu i chciała mu przyjść z pomocą.
Hipolit miał na tyle ambicyi, że wsparcia, jałmużny nie byłby przyjął od nikogo; ale pożyczką, ofiarowaną mu do tego w tak delikatny sposób, nie mógł pogardzić, zwłaszcza, że ona mu dawała sposobność do ukończenia studyów.Przyjął więc tę pomoc i zabrał się z zapałem do nauki. To mu jednak nie przeszkadzało myśleć dość często o powabnej protektorce swojej; tajemniczy związek, który ich łączył ze soba, podnosił jeszcze więcej jej urok w jego oczach.Niby się nie znali, a jednak znali się dobrze.Dla młodego człowieka taki stosunek niezwykły był niesłychanie ponętny, bo działał przez imaginacyę na serce, sztucznie j e rozpalał i pociągał.Ile razy spotkał teraz swoją sąsiadkę, a miał sposobność spotykać ją dość często, nieraz nawet na korytarzu w rannym negliżu, w którym jej było tak do twarzy, płonął wstydliwie, jak dziewczyna, co jej widocznie się podobało, bo filuternym uśmiechem odwzajemniała się za te uczucia, jakie w nim wzbudzała.
Taka znajomość niby z bliska a z daleka nie mogła trwać długo, mało potrzeba było, aby przekroczyła granicę nieśmiałości z jednej, a względów przyzwoitości z drugiej strony. Raz on, przechodząc koło niej, mimowiednie sięgnął ręką do kapelusza i ukłonił się, ona go o coś zapytała i znajomość już gotowa. Z czasem przybrała ona wyraźniejszy charakter, więcej realny, bo w parę dni potem pan Hipolit przekroczył próg tej świątyni, w której kryło się jego bóstwo — nadobna wdówka.
Przy tej pierwszej wizycie napomknął coś o jej dobroci i swojej wdzięczności, ale zamknęła mu odrazu usta, oświadczając, że nie cierpi wdzięczności, bo to jest najlichszy gatunek uczucia, jaki mężczyzna ofiarować może kobiecie, że wolałaby być prześladowaną z nienawiści, niż kochaną z wdzięczności, i dla tego prosi go, aby między niemi o wdzięczności nigdy mowy nie było, że to, co zrobiła dla niego, zrobiła wcale nie dla uzyskania jego wdzięczności.
Mówiąc to, miała na myśli swoje poprzednie względy, któremi zaszczycała go, jakkolwiek nieznajomego. Akademik jednak inaczej sobie to wytłumaczył i stosując się do woli swojej protektorki nie wspominał już nigdy w rozmowach z nią o wdzięczności i nie wątpił jednak już teraz, że to ona, a nie kto inny tak serdecznie opiekuje się jego losem.
Niezadługo miał sposobność ponownie się przekonać, że się nie pomylił w domysłach swoich, Oto dla przygotowania się do egzaminu potrzebował kilku dzieł medycznych.
Wartość ich wysoka przenosiła jego fundusze, pożyczyć zaś ich nie mógł, bo koledzy jego także tych dzieł do nauki potrzebowali. Brak tych książek opóźniał znacznie jego przygotowania do egzaminów, do których mu tak pilno było, bo chciałby się był teraz odbyć z nimi jak najprędzej.
Trapił się tem więc bardzo; gdy wtem w dniu swoich imienin otrzymuje jakąś paczkę, a w niej.... wszystkie te książki, które mu były potrzebne. Teraz już nie wątpił, że nikt inny, tylko jego nieoceniona wdówka mogła zrobić mu tę wielką przysługę. Wyczytała mu z twarzy zmartwienie, wypytała się prawdepodobnie kuzyna o powód i co tchu spełniła jego życzenie. Taka troskliwość wzruszyła go do głębi, nie śmiał dziękować jej za to, bo mu zakazała mówić o wdzięczności, ale uczucie jego dla niej spotęgowało się niesłychanie. Rozkochał się w niej na dobre i wszystkie chwile wolne od nauki przępędzał u niej. Cieszyło ją to widocznie i nie szczędziła mu oznak wzajemności.
Rozumie się, że w takich warunkach wizyty jego w domu nauczyciela muzyki przerwać się musiały. Zapomniał o kwartetach, duetach i po dwa, trzy tygodnie nieraz nie pokazał się u dawnych znajomych. Lucynka cierpiała bardzo z tego powodu, a z nią razem i Kasia także; ale obie tłumaczyły go i pocieszały się tem, że się uczy, a jeżeli się nie pokazuje, to dla tego, aby przyśpieszyć wspólne szczęście.
Nieraz wieczorem stara Kasia dla przekonania się przechodziła koło domu, w którym mieszkał pan Hipolit, a skoro zobaczyła światło w jego oknie, biegła co tchu do panienki, aby jej powiedzieć:
— Panienko, siedzi kamieniem i uczy się.
A Lucynie serce rosło w piersiach na tę wiadomość, bo wiedziała, że to dla niej tak się męczy. To światło, co oświecało jego okno, oświecało zarazem jej życie, jej duszę, nie cieszyłaby się pewnie tak bardzo, gdyby wiedziała, że nader często w oświeconym lampką pokoju było pusto, a pan Hipolit trawił długie godziny w towarzystwie zalotnej wdówki.
I to prawdopodobnie było przyczyną ociągania się jego z egzaminami. Odkładał je z miesiąca na miesiąc, usprawiedliwiając się sam przed sobą najrozmaitszemi przyczynami, to potrzebą chwilowego odpoczynku dla wzmocnienia zdrowia nadwątlonego ślęczeniem po nocach, to niedostatecznem wystudyowaniem tego lub owego przedmiotu, to wreszcie brakiem funduszów na opłatę taksy egzaminów, która wynosiła dość znaczną kwotę. O tej ostatniej przeszkodzie dowiedziała się Lucynka za pośrednictwem swojej Kasi i niebawem postanowiła temu zaradzić, wysyłając znowu pocztą potrzebną sumę, z życzeniem aby mu Pan Bóg poszczęścił przy egzaminach. Sumę tę zebrała w ostatnich dwóch miesiącach, w których przyjęła dwa razy tyle lekcyj co dawniej. Obarczyła się niemi nad siły prawie, bo uważała sobie za obowiązek pracować teraz ile możności, skoro on także męczy się, aby dojść do upragnionego celu. Odmawiała sobie wszystkiego, aby więcej zaoszczędzić, pocieszając się tą myślą, że każdy zaoszczędzony grosz to cegiełka do ich wspólnego szczęścia.Wiedziała, że on nic nie ma, że dopóki nie zdobędzie sobie stanowiska, nie wyrobi sobie praktyki, z której będzie mógł zapewnić utrzymanie jej i sobie, będą musieli żyć z jej oszczędności.
Składała więc skrzętnie grosz do grosza, przeznaczając część pieniędzy na urządzenie mieszkania, na sprawienie mebli, jaką taką wyprawkę, a resztę na utrzymanie. Wystarczyć to mogło na czas jakiś, bo przez kilkanaście lat pracy zebrała przeszło trzy tysiące guldenów. W ostatnich zaś miesiącach, ponieważ pracowała więcej i płacono jej lepiej, zebrała tyle, że mogła bez naruszenia kapitału złożonego w kasie oszczędności, posłać panu Hipolitowi potrzebną sumkę na opłatę egzaminów.
Oprócz pieniędzy posłała mu serdeczne życzenia, aby mu się poszczęściło, a oprócz życzeń, posyłała w dzień gorące modlitwy do Boga, aby się jej życzenia ziściły. Kasia na tę samą intencyę odprawiła nowennę do serca Jezusowego i suszyła w środy i piątki. Obie kobiety wyczekiwały tego egzaminu z niepokojem, który się jeszcze więcej spotęgował, gdy się ostatecznie dowiedziały o dniu, w którym egzamin ten miał się odbyć. Na trzy dni przedtem prawie nie jadły, nie spały, tylko modliły się.
W sam dzień egzaminu pan Hipolit, który już od miesiąca nie był u nich wcale, zjawił się we fraku, białym krawacie, w czem jak się wyraziła Kasia, było mu nadzwyczaj do twarzy.W tym świątecznym stroju, z twarzą bladą trochę, może z niewyspanych nocy, może ze wzruszenia przed egzaminem, wyglądał tak jakoś uroczyście, poważnie, że obie patrzyły na niego z pewnym respektem i nieśmiałością, jak na coś nadzwyczajnego, a radowały się w duszy, że przyszedł do nich jakby po błogosławieństwo i życzenie szczęścia. Było to złudzenie także, bo pan Hipolit nie myślał o tem wcale. Przyszedł, bo mu było po drodze, bo czuł pewne wyrzuty sumienia, że tak od jakiegoś czasu zaniedbał swoich dobrych znajomych, a szło mu także o to, aby się przed niemi pochwalić, że przecież raz już siada do tego egzaminu, który tak przeciągał, z roku na rok, że go aż wstyd było, a wreszcie był jeszcze jeden powód, który go tutaj właściwie zapędził: oto idąc na egzamin, spostrzegł po drodze, że parę guzików u fraka nadto mu się obluzowały i wisiały prawie na jednej nitce, a że miał jeszcze godzinę blisko czasu, więc wstąpił poprosić panny Lucyny o przyszycie. Lucynka dopełniła tej czynności rękami drzacemi ze wzruszenia i szczęścia. Cieszyło ją, że może mu choć tem przysłużyć się w tak uroczystej chwili, że ostatecznie uzupełnienie toalety na ten ważny akt w życiu jej rękom powierzył, i była mu wdzięczna w duszy niesłychanie za ten dowód zaufania z jego strony. Zdawało się jej, że on już teraz całkiem do niej należy, że wyprawia go z domu prawie jak żona męża. To przekonanie dodało jej tyle śmiałości, że nie tylko mu guziki przyszyła, ale odważyła się nawet poprawić mu krawat, który się przekrzywił — trochę i podała mu grzebień własny, aby sobie włosy zburzone przyczesał. Chodziło jej o to, żeby się ludziom ładnie zaprezentował.
Kasia także ze swojej strony pomagała jak mogła: ona nawlekała igłę do światła, bo panienka ze wzruszenia nie mogła trafić nitką w uszko, odczyściła mu cylinder, że się świecił jak lustro i pomagała mu wdziać okrycie, gdy już miał wychodzić. Obie niewiasty wyprowadziły go aż na schody, życząc mu wszelkiej pomyślności, a gdy już był na pierwszem piętrze, staruszka jeszcze wychyliła się przez poręcz, aby mu powiedzieć:
— Niech tam Pan Bóg da panu doktorowi, jak najlepiej.
Te kilka godzin, przez które miał trwać egzamin, przepędziły biedaczki w śmiertelnej trwodze i niepokoju, wzywając na pomoc dla zdającego egzamin i Pana Boga i Pana Jezusa i Matki Boskiej i wszystkich ważniejszych świętych.A kiedy te kilka godzin, które dla nich wydawały się strasznie długie, bo je liczyły przyśpieszonemi uderzeniami serca, przeszły nareszcie, z natężoną uwagą — nasłuchiwały i z zapartym oddechem w piersiach wyczekiwały powrotu pana Hipolita. Każdy szmer na schodach, każde stuknięcie ruszyło je z siedzenia, bo zdawało im się, że już idzie; Kasia kilka razy wyglądała do sieni zobaczyć, czy to nie on; ale nie. Przechodziła szwaczka z trzeciego piętra, wracająca od roboty, służąca z wodą, inna służąca na strych wieszać bieliznę, wreszcie i sam Gileczek powrócił do domu, a pana Hipolita jak nie widać tak nie widać! Śmiertelna trwoga zaczęła ogarniać obie niewiasty, z powodu tego spóźnionego powrotu; nie śmiały głośno przed sobą wypowiadać swoich domysłów; ale z jednej i drugiej przychodziło na myśl, że to nic innego, tylko musiał mu się nie powieść ów egzamin i dla tego się nie pokazał. Kiedy latarnie już zaczęto zapalać na ulicach, domysły te zmieniły się w pewność i Kasia pierwsza odważyła się głośno powiedzieć.
— Pewnikiem, jak amen w pacierzu, te heretyki profesory uwzięli się na niego, żeby nie zdał tego egzaminu.
— Ale dla czego nie przyszedł — narzekała Lucynka.
— Bo chłopiec ma ambicyą, to go wstyd biedaka.
— Byłybyśmy mu wyperswadowały, rozerwały go trochę, pocieszyły.
— A może by pójść po niego, panienko? Lucynce oczy zajaśniały żywiej na te słowa i spojrzeniem, pełnem wdzięczności, podziękowała za nie Kasi, to też ta widząc, jak jej zamiar przypadł do gustu panience, zarzuciła co prędzej derową chustkę na siebie i pobiegła do mieszkania p. Hipolita.
Ale w oknie u niego było ciemno i drzwi zastała zamknięte. Czekała może z godzinę w bramie i doczekać się go nie mogła. Zobaczyła tylko jego posługaczkę, jak wchodziła do kamienicy z paką ciast i dwiema butelkami wina pod pachą. Kasia znała tę posługaczkę, ale jej nie lubiła, bo była nałogową i siedziała na wiarę z jakimś gachem. Ale teraz z potrzeby pierwsza zagadała do niej, pytając, czy nie wie, gdzie jest pan Hipolit.
— A jest u mojej pani. Właśnie niosę dla niej te przysmaki, bo to dziś Pan nasz po egzaminie, to oblewają tę uroczystość.
— Cóż to za pani? — spytała Kasia zaniepokojona trochę.
— A kto ją ta wić, co ona za jedna. Różnie ta o niej mówili ludzie; ale teraz się ustatkowała, skoro pan Hipolit oświadczył się o jej rękę.
— Oświadczył się, on? — to być nie może— zawołała Kasia głosem takim, jakby ją kto w bolące miejsce uraził.
— Cóż znowu gadacie, czy ja to nie mam oczów i nie widzę co się dzieje. Przecież to oni nie od dzisiaj romansują ze sobą i sama na własne uszy słyszałam, że się pobiorą, jak tylko mój pan egzamina pozdaje.
Gdyby wieża maryacka była się jej zwaliła na głowę, nie byłoby to sprawiło większego bólu. i zamętu, jak ta wiadomość o małżeństwie. Biednej kobiecinie zdawało się, że jej to głowę rozsadzi, bezwiednie objęła ją obiema rękami, żeby się nie rozleciała w kawałki, jak stary czerep, w oczach się jej zaćmiło i zatoczyła się jak pijana na ścianę.
— Czyście chcieli co od niego? — spytała ją posługaczka — możeby go zawołać?
— Nie, nie, nic pilnego. Przyjdę jutro — odrzekła śpiesznie, bo się przestraszyła na samą myśl, żeby musiała się spotkać oko w oko z człowiekiem, co tak pokrzywdził jej panienkę.Czuła to, że mogłaby ją krew zalać z oburzenia.To też powtórzyła jeszcze co prędzej:
— Nie, nie, nie wołajcie go.
— Racya... na co im przeszkadzać, niech sobie gołąbeczki gruchają — rzekła z dwuznacznym uśmiechem posługaczka i poszła na górę.
Kasia została pod bramą, oparta o ścianę, zapatrzona w ziemię i kiwając smutnie głową, powiedziała z głębokiem westchnieniem:
— Biedna moja panienka! i łzy strugą polały się jej po twarzy.
Złamana, przygnębiona boleścią zawlekła się powoli ku domowi.
Szła krok za krokiem leniwo, bo jej nogi ciążyły jak ołów, a jednak zaszła jeszcze prędzej, niż chciała. Radaby była w nieskończoność odwlec tę chwilę, w której przyjdzie jej stanąć przed panienką, bo co jej powie? Całej prawdy powiedzieć nie śmiała, a kłamać nie umiała nigdy, szło jej to tak niezręcznie. Skłamać jednak trzeba było koniecznie, bo taka wiadomość mogłaby na miejscu zabić jej panienkę. Wiedziała dobrze co jej się działo, gdy się o tem dowiedziała, a cóż dopiero taka wątła i delikatna istotka. Powiedziała jej więc, że pana Hipolita nie było w domu.
— Bo może Kasia nie stukała mocno, on tam pewnie zamknął się, może mu się słabo zrobiło.Trzeba było się dobijać.
— Ależ dobijałam się panienko; ale mi posługaczka powiedziała, że wyszedł.
— I nie przyszedł do nas. Żeby sobie aby co złego nie zrobił — mówiła trwożliwie.
— E, cóż też to panience się zwiduje — odrzekła nieco ostro nawet, bo ją oburzało, że Lucynka trapi się o takiego niegodziwca, który nie wart tego.
— A cóż sobie Kasia myśli. On taki ambitny, jak zacznie przybierać do głowy, to kto wie, do czegoby mogło doprowadzić.
— O! niech ta o to panienkę głowa nie boli.Panowie tam umią się pocieszać. Pójdą sobie do piwiarni, zjedzą dobrze, wypiją jeszcze lepiej i pociecha gotowa.
— Fe, Kasiu, co się Kasi stało? Kasia nigdy taką nie była — odezwała się Lucynka, z bolesnym wyrzutem. — To dla tego, że on teraz nieszczęśliwy, Kasia nie ma litości dla niego.
— Ale mam, mam, panienko — mówiła zmiękczona tym wyrzutem starowina i całowała panienkę po rękach na przeprosiny, tylko mi żal, że się panienka tak niepotrzebnie trapi.
— On się tam więcej trapi, moja Kasiu.Trzeba, żeby Kasia zaraz jutro rano poszła dowiedzieć się, co z nim słychać. Zaraz z rana, jak Kasia po bułki pójdzie. Dobrze? nie zapomni Kasia.
— Ale nie zapomnę, nie zapomnę — uspokajała ją staruszka, choć sama bardziej jeszcze potrzebowała uspokojenia, bo ile razy spojrzała na swoją pieszczotkę, to się jej serce krajało z żalu, gdy sobie pomyślała, co to biedne dziewczątko będzie cierpieć, gdy się dowie o wszystkiem, Łamała sobie głowę nad tem, jak jej to powiedzieć, jak przygotować ją do wysłuchania prawdy. Na drugi dzień, na trzeci, będzie można jeszcze coś wymyśleć, że chory, albo zajęty, ale w końcu trzeba będzie przecież powiedzieć jej, jak się rzecz ma właściwie. A wtedy co się z nią stanie? Staruszka truchlała na tę myśl, całą noc oka nie zmrużyła, męcząc się nad wynalezieniem jakiego sposobu, aby uniknąć tej strasznej ostateczności i nie znalazła żadnego.Dopiero przy rannym pacierzu, kiedy mówiła: i odpuść nam nasze winy, przyszła jej nagle myśl, jak objawienie, zrzucić pychę z serca i iść do tego przeniewiercy, roztrząsnąć mu sumienie i prosić, żeby nie robił panienki — nieszczęśliwą.
Kosztowało ją to bardzo wiele, ale nie było innej rady, tu szło o szczęście, a może o życie jej najdroższej panienki, nie można było wahać się i zwlekać. To też zaraz rano wybrała się cichaczem z domu w tym celu. Po drodze wstąpiła do kościoła, wysłuchała całej mszy świętej i modliła się tak gorąco, jak nigdy może, aby jej się udało. Liczyła wiele na to, że skoro mu odkryje, co panienka dla niego robiła (bo szła z mocnem postanowieniem zdradzenia tej tajemnicy wbrew zakazowi Lucynki), to chybaby serca nie miał, żeby go to nie wzruszyło, a skoro tylko nawróci się do niej i ożeni się z nią, choćby nie kochał jej nawet tak bardzo, to była najmocniej przekonaną, że ją będzie musiał pokochać, jak pozna zbliska, co to za anioł, jakie to serce poczciwe i zacne. Tak sobie rozumowała staruszka i szła pełna najlepszych nadziei do mieszkania pana Hipolita. Nie zastała go jednak już W domu i od obsługaczki jego dowiedziała się, że właśnie co wyjechał na kolej, bo jedzie do rodzinnego miejsca po metrykę i papiery, co mu potrzebne będą do ślubu.
Kasia tak była nieprzygotowaną na podobną wiadomość, która wszystkie jej plany pokrzyżowała, że stanęła jak głupia, wytrzeszczyła bezmyślnie oczy na mówiącą, zbladła i słowa przemówić nie mogła. Dopiero gdy obsługa czka powiedziała jej, że jeżeli ma pilny interes do jej pana, to może go jeszcze na kolei przydybać, bo do odejścia pociągu jeszcze kawał czasu, odżyła biedaczka, odetchnęła swobodniej i pocwałowała co tchu na kolej.
Trafiła na czas, bo nawet kasa jeszcze nie była otwarta, a pan Hipolit z torebką przewieszoną przez ramię, przechadzał się zamyślony w przedsionku dworca. Kasia, przeciskając się przez gromadę posługaczy, którzy tamowali wejście, zbliżyła się do niego i zastępując mu drogę, odezwała się głosem stłumionym, bo go tamowało wzruszenie.
— Sługa pana konsyliarza.
Podniósł głowę do góry.
— A! Kasia! — odezwał się zmięszany — a ty tu co robisz?
Nie myślała odpowiadać mu na to pytanie, bo wewnątrz niej wszystko się teraz burzyło, gotowało, nie wiedziała sama od czego zacząć.
Wreszcie. patrząc na niego surowym wzrokiem i kiwając głową rzekła:
— Czy się to godzi, czy się to godzi tak robić, panie konsyliarzu.
— Co takiego? — spytał zdziwiony, nie rozumiejąc o co jej chodzi.
— To panienka już nie zasłużyła sobie, żebyś pan po tym egzaminie przyszedł chociaż powiedzieć jej: Bóg zapłać.
— Nie miałem czasu być wczoraj u was, a dziś jak widzi Kasia, jadę.
Nie uważała na jego usprawiedliwienie i mówiła dalej.
— A komu to pan konsyliarz ma do zawdzięczenia, że wyszedł na człowieka, jeżeli nie jej, kto panu dawał na edukacyę, na książki, na egzamin.
— A Kasia zkąd wie o tem? — spytał żywo.
— Jak nie mam wiedzieć, skoro ja to wszystko nosiłam na pocztę własnemi rękami.
Chwycił ją za rękę i wpatrując się w nią z przerażeniem i badawczo, jakby chciał zajrzeć jej do dna duszy, — zawołał: —
— Co Kasia mówi? jakto? więc to panna Lucyna, nie tamta? Ależ to byłoby okropne, potworne.
Ostatnie słowa adresował w myśli do pięknej wdówki, bo nie dalej jak wczoraj, kiedy zaklinał ją, aby mu się przyznała, czy to ona była tą tajemniczą dobrodziejką jego, co mu pomogła ukończyć studya, przyznała się do tego, z tak dobrze udaną skromnością, że byłby przysiągł, iż mówi prawdę, a tymczasem teraz dowiadywał się czegoś innego, nie wiedział komu też wierzyć.Odciągnął staruszkę na bok i zaczął ją rozpytywać się o różne szczegóły, które mu opowiadała na pół z płaczem, bo nie mogła mówić bez rozrzewnienia o dobroci i skrytych cierpieniach swojej panienki. Pan Hipolit słuchał jej wzruszony, z oczyma spuszczonemi ku ziemi, nachylony ku niej, jak spowiednik, a im więcej słuchał, tem więcej odsłaniała mu się piękna dusza, szlachetny charakter panny Lucyny, tem wyżej bolał nad tem, że nie poznał się na jej cichej miłości, nie umiał jej odczuć i ocenić. Ile razy Kasia chciała przestać, bojąc się, czy nie za wiele powiedziała, ściskał zaraz jej spracowaną rękę i prosił, by nic nie taiła przed nim, a gdy skończyła rzekł:
— Bogu dzięki, że się o tem dowiedziałem jeszcze dość wcześnie, bobym sobie to całe życie musiał wyrzucać. O jaki ja byłem niedomyślny.
Potem nagle zmieniając ton spytał:
— Czy panienka już wstała? — ubrana?
— O! zapewne już.
— Niech Kasia wraca do domu, ja tam niezadługo będę.
— Więc pan konsyliarz już nie odjedzie? spytała ucieszona z żywą radością w twarzy.
— Teraz nie mam już potrzeby. Za godzinę będę u was.
— Tylko przed panienką nie trzeba nic mówić, że tu byłam, co mówiłam.
— Więc mi ona Kasię przysłała?
— Zkądże znowu? Onaby umarła z żalu, a nie zrobiłaby tego. Pan doktór nie zna jej jeszcze, co to za charakter.
— Więc dobrze. Powiem jej, że od kogo innego przypadkiem dowiedziałem się, że naprzykład urzędnik z poczty zdradził mi tajemnicę z temi listami.
— Niech Bóg broni — niech Bóg broni upominała go staruszka, niech się pan nawet nie zdradzi z tem, że się domyślasz czego, bobyś jej pan popsuł całą przyjemność, kiedyś, później —to może.
Już miał odchodzić, kiedy przytrzymała go za połę i nachylając się ku niemu — odezwała się z nieśmiałością;
— I niech pan nie wspomina nic przed nią o tamtej. — Pan Hipolit się zaczerwienił po same uszy.
— Więc Kasia wie o tem?
— Ja wiem; ale ona nie wie o niczem, Niech się nigdy nie dowie, boby ją to zmartwiło, niech myśli biedaczka, że tylko ona jedna
Nie śmiała dokończyć; ale ją zrozumiał dobrze, uścisnął jej rękę z wdzięcznością i pobiegł w miasto.
Spieszno mu było do nadobnej wdówki, bo chciał co prędzej wytłumaczyć się z pomyłki, której stał się ofiarą, a do której ona przyczyniła się w części swojem postępowaniem. Nie myślał robić jej żadnych wyrzutów z tego powodu, chciał tylko usprawiedliwić się, że powziął dla niej uczucie na podstawie wdzięczności, do jakiej czuł się obowiązanym, gdy jednak teraz przekonał się, że nie ma dla niej żadnych obowiązków wdzięczności, tym smym i ona do miłości jego nie może rościć sobie żadnego prawa. Układał sobie przez drogę całą tę obronę swego postępowania, przygotował nawet replikę na możliwe zarzuty, bo wiedział, że wdówka nie zgodzi się tak łatwo na zerwanie, był przygotowany na spazmy, płacze, do których skłonną była. Miał próbkę tego dziś rano przy pożegnaniu, jak się zanosiła od płaczu, wieszała na jego szyi, choć się tylko na parę tygodni rozstawać mieli. Teraz czekały go stokroć gorsze sceny.Dałby wiele za to, aby mógł uniknąć tego ostatniego spotkania, ale konieczność, sumienie nakazywały mu iść tam. Chciał skończyć godziwie z jedną, aby z czystem sumieniem mógł stanąć przed drugą, która miała stokroć większe prawa do jego miłości i wypowiedzieć jej uczucia swoje.
Z pewnem więc zakłopotaniem zbliżał się do mieszkania wdowy i doszedłszy do drzwi namyślał się chwilę czy wejść czy nie wejść. W ostatniej chwili zabrakło mu odwagi. Gdy wtem doleciał do jego uszów wesoły śmiech i odgłos pocałunków. Uszom własnym nie wierzył, podniósł oczy na numer drzwi, czy się przypadkiem nie pomylił, tak mu się to nieprawdopodobnem wydawało, bo przecież przed godziną zostawił ją tonącą we łzach, zrozpaczoną. To chyba nie ona — pomyślał sobie, i dla przekonania się otworzył nagle drzwi i zobaczył pulchną wdówkę w negliżyku, w tym negliżyku, w którym jej tak było do twarzy, spoczywającą w objęciach jakiegoś nieznajomego mężczyzny nawpół rozebranego. Gdy zobaczyła pana Hipolita krzyknęła i odskoczyła coprędzej od owego mężczyzny, udając że przemocą wyrwała się z jego objęć; ale ten manewr nie udał się, Hipolit zrozumiał wszystko i już on nie potrzebował się teraz usprawiedliwiać. Trzasnął pogardliwie drzwiami j pobiegł tam, gdzie go czekała czysta, cicha radość i szczęście prawdziwe.
W godzinę potem w mieszkaniu starego nauczyciela muzyki Hipolit i Lucynka siedzieli razem przy fortepianie; nuty wprawdzie rozłożone, ale nie grali, zapomnieli w tej chwili nie tylko o muzyce, ale o całym świecie; siedzieli trzymając się za ręce — on trochę nieśmiały i zawstydzony, bo nie czuł się jeszcze godnym tego szczęścia, jakie spadło na niego tak niespodziewanie, a ona zachwycona, rozpromieniona, upiększona uczuciem i rozmawiali o swojej przyszłości, — a stara Kasia, obcierając w ciemnej kuchni talerze, przypatrywała im się z błogiem zadowolnieniem i wzruszona często przez zapomnienie, zamiast talerzy, łzy z oczów ścierką wycierała.
Ślub jednak nie odbył się jeszcze tak prędko.Rozsądna i rozważna zawsze Lucynka uważała za konieczne, żeby Hipolit wprzódy wyrobił sobie jaką taką praktykę, a sama chciała także lekcyami powiększyć ile możności swój kapitalik, aby im wystarczył na czas jakiś. Dopiero w rok blisko, w czasie rozpoczęcia wakacyj zdecydowała się na oznaczenie dnia ślubu.
Byłem i ja zaproszony na tę uroczystość i pośpieszyłem na nią z całą przyjemnością w oznaczonej godzinie tj o siódmej do mieszkania panny młodej. W sieni, do której przez okratowane okienko wpadały złociste pasy słońca, staczającego się już ku zachodowi, spotkałem jakąś staruszkę, która w ręku dźwigała ogromny ręczny koszyk i sypała z niego kwiaty na podłogę drżącą ręką. Nie byłbym poznał, że to Kasia, gdyby sama nie była mnie zaczepiła swojem stereotypowem: »kłaniam się pięknie wielmożnemu panu« — tak mi się odmieniła w świątecznym stroju. Ale bo też była ubrana jak nigdy jej nie widziałem, nie w swoje zwykłe krótkie, fałdziste spódniczki, jeno miała na sobie jedwabną suknię, którą dostała w spuściźnie po matce Lucynki a którą podobno wdziewała tylko raz do roku na Wielkanoc, na głowie zaś miała duży, tiulowy czepek z kokardami i wstążkami zielonemi, umyślnie sprawiony na tę uroczystość.Uprosiła sobie przytem panienki, że wszystkie kwiaty były kupione za jej pieniądze, bo chciała koniecznie kwiatami usłać panience swojej drogę do ślubu. Brała więc pełną garścią z kosza i rozrzucała je po ziemi, po schodach na sam dół.Chłopcy z pierwszego piętra śmiali się z niej, robili jej psoty, to skubiąc ją za materyalna suknię i pytając po czemu łokieć, to porywając jej co piękniejsze kwiaty z któremi uciekali na dół i ztamtąd pokazując je drażnili staruszkę, Z dobrotliwym uśmiechem znosiła te figle, bo nie była dziś w stanie gniewać się na nikogo, czasem tylko pogroziła malcom mówiąc: a dam ja wam, zbereśniki jakieś, — ale po chwili sama rzucała im kwiatki na głowy i powtarzała: macie, macie, nacieszcie się, żebyście pamiętali lepiej wesele panienki. Macie, macie, kwiatów jest dość, nie braknie nikomu. Stałem jakiś czas przypatrując się temu i ba wiłem oczy radością staruszki, która dzisiaj przebijała się w każdem jej słowie, w każdem spojrzeniu i ruchu. Gdy wróciła na górę z koszem już wypróżnionym, poklepałem ją przyjaźnie po ramieniu i spytałem:
— A cóż? Kasia dziś bardzo szczęśliwa?
Pocałowała mnie w rękę z wdzięczności za to zapytanie i odrzekła:
— O! wielmożny panie, to się nie da opowiedzieć — — i rozbeczała się staruszka, jak dziecko.
Czekałem aż się uspokoi, nie próbowałem przeszkodzić jej w płaczu rozmową, Lo odczuwałem, jaką rozkosz takie łzy sprawiać musiały jej sercu. Zamazała sobie niemi biedaczka twarz całą ocierając się to kułakiem, to rękawem, przyczem paradny czepek przekręcił się jej całkiem na bakier na głowie.
Wyglądała pociesznie, a jednak ten widok zamiast uśmiechu łzy mi dobywał, i może byłbym zawtórował niemi staruszce, gdyby nie była, przypomni a wszy sobie, odezwała się:
— Ale wielmożny pan niema jeszcze bukietu.Niechże wielmożny pan pofatyguje — się z łaski swojej do pokoju, bo tam już wszyscy goście czekają, — rzekła i osuszywszy co prędzej oczy pobiegła przodem, żeby mi, jak mówiła, wybrać najładniejszy.
Wszedłem za nią. W saloniku, do którego zachodzące słońce wdzierało się przez gęste listki kwitnących pelargonij i fuksyj, zebrała się spora gromadka gości weselnych, był nawet jakiś kontuszowy między nimi. Starsze panie w jedwabiach i ciężkich szalach rozsiadły się na kanapie, fotelach, ze sztywną powagą; panienki,przeważnie uczennice panny młodej, w białych, różowych i błękitnych sukienkach skupiły się w jednem miejscu pod oknem, szeptając po cichu i zerkając na młodzież, która poprawiając sobie krawatów, naciągając rękawiczki, skubiąc wąsy palcami dla dodania sobie lepszej miny, przechadzała się z kąta w kąt albo oglądała stare kopersztychy na ścianach.
Starsi panowie, między którymi poznałem po łysinie owego sędziego grywającego na altówce, skracali sobie chwile oczekiwania polityką, bo słyszałem coś o Bismarku i sprawie egipskiej.Na środku zaś pokoju z miną zwycięzką i rozstawionemi szeroko nogami, stał ów wisus Karolek, dziś już poważny kapitan c. k. armii i spoglądał ze smakiem na piękną druchnę, brunetkę z alabastrową twarzą, która mu właśnie bukiet przypinała do piersi; uważałem, że najwięcej czasu poświęcił na obserwowanie linii pogranicznej między wyciętą sukienką a biustem rozkosznie zaokrąglonym. Zmiarkowałem z tego, że Karolek zostawszy panem Karolem i do tego kapitanem nie zmienił się wiele. Nie chcąc naśladować go w tym względzie, skierowałem moje oczy, gdy piękna brunetka zkolei i mnie przyszła przypinać bukiet, na powoje, które fantastycznie wiły się po jej hebanowych włosach.
Nareszcie otwarły się drzwi drugiego pokoju i ukazali się państwo młodzi, idąc pod rękę. On był trochę nieśmiały i niezgrabny przy tym akcie uroczystym, ale za to panna młoda wyglądała wspaniale, imponująco, w białej atłasowej sukni z długim ogonem, a przez ślubną zasłonę spadającą aż do ziemi, oczy jej, te dobre poczciwe oczy, błyszczące w tej chwili niezwykłym blaskiem, patrzyły na wszystkich tak pogodnie, przyjaźnie, że chwytały za serce. Można było przysiądź, że w tem gronie gości weselnych, które ją otaczało, nie było jednego, któryby jej z głębi duszy nie życzył wszystkiego najlepszego. Czuła to dobrze i dziękowała wszystkim serdecznym uściskiem ręki.
Stary Gileczek pobłogosławił młodą parę i pokropił święconą wodą, a stara Kasia pokropiła ich łzami i zeszli wraz z orszakiem weselnym na dół po kwiatach, które wydawały się jak wspaniały, różnobarwny dywan rościelony na schodach i ziemi. Kilka fiakrów czekało przed bramą. Dla panny młodej była błyszcząca kareta z białem obiciem wewnątrz, którą jedna zje] uczennic przysłała wraz z wspaniałym bukietem.
— Kasia siądzie z nami — rzekła Lucynka prowadzona przez dwóch drużbów, zwracając się do swojej piastunki, która za nią niosła troskliwie ogon, aby się nie powalał po ziemi.
— Jakto? — ja? w takiej karecie? — ale któż widział panienko, — zawołała przestraszona i zażenowana, cofając się. — Ja sobie piechotą pobiegnę.
— Ależ siadaj Kasiu, proszę.
— A gdzież starszy pan będzie siedział?
— Tatko sobie usiądzie we fiakrze z panem Hipolitem.
— Boże kochany, jakżeby to wyglądało, ja służąca razem z panienką. Za nic w świecie.Broniła się biedaczka jak mogła, jednak widać było z jej zarumienionej i błyszczącej od potu twarzy, jaką jej to radość sprawiało, że panienka tak pamiętała o niej w tej chwili, taki jej honor oddała wobec wszystkich. To też skoro panienka oświadczyła stanowczo, że bez niej nie pojedzie, wskoczyła co tchu ucieszona i wcisnęła się w sam kąt karety, aby jak mówiła panience wstydu nie robić przed ludźmi. Także, gdy zajechali przed kościół i zobaczyła takie mnóstwo osób stojących przed drzwiami, nie miała odwagi wysiąść — — ona, biedna sługa z takiej eleganckiej karety, coby ludzie sobie pomyśleli. Ale gdy zobaczyła, że ogon sukni ślubnej wlecze się po ziemi i jakiś niezgrabiarz nastąpił na niego, wyskoczyła jak oparzona z karety I zebrała ostrożnie, delikatnie ogon w obie ręce i poniosła go Za panienką do ołtarza.
Kościół był przepełniony ludźmi, bo panna młoda miała dużo życzliwych i znajomych. Towarzystwo muzyczne, ze względu, że to córka muzyka i sama nauczycielka muzyki, zebrało się V komplecie na chórze i zaśpiewało Veni creator, a ksiądz gwardyan OO. Kapucynów, który był spowiednikiem panny i przyjacielem jej ojca, kazał na tę uroczystość pozapalać wszystkie światła i ustroić ołtarz bogato w kwiaty. Ślub więc odbył się nadzwyczaj okazale i pięknie.
Żałowałem mocno, że nie mogłem być także na uczcie weselnej na której bawiono się podobno bardzo wesoło. Pilny interes zmusił mnie wyjechać tego dnia jeszcze wieczornym pociągiem do Lwowa. Wróciłem dopiero po paru miesiącach. Rozumie się, że pierwszą dla mnie rzeczą było, odwiedzić państwa młodych. Byli już w swojem własnem gniazdeczku, w mieszkanku składającem się z kilku pokoików, nader schludnie i gustownie umeblowanych. Zastałem panią doktorową w rannym szlafroczku z wypieczonemi rumieńcami, bo wyszła właśnie na moje przyjęcie z kuchni, gdzie, jak mi mówiła, przygotowywała według recepty pani Ćwierciakiewiczowej, jakąś paradną leguminkę dla swego pana.Jego samego nie było w domu, — wyszedł był na miasto do pacyentów, których miał podobno już dosyć. Z pewną radością i dumą pochwaliła się z tem przedemną a ja odczuwałem jej radość i podzielałem ją całem sercem.

Niezadługo nadszedł mąż i oboje zatrzymali mnie na obiedzie. Młoda gosposia bowiem chciała pochwalić się przedemną ze swoją znajomością sztuki kuchennej, szczególniej z ową leguminką. Nie dałem się długo prosić, bo dobrze mi tu było w ich maleńkiem kółeczku. Atmosfera ich mieszkanka miała jakąś serdeczną woń i ciepło. Nie pieścili się przy mnie, nie całowali, a jednak, z oczów widać im było, że się kochają i są szczęśliwi, Jedno ich tylko smuciło i zachmurzyło pogodne, miodowe miesiące: Kasia Coś w trzy tygodnie po weselu umarła. Śmierć litościwa zdawała się czekać tylko na to, dopóki swojej panienki za mąż nie wyda, a gdy doprowadziła to do skutku, zabrała staruszkę jak swoją na cmentarz, na wieczny odpoczynek.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michał Bałucki.