Semen Kwitka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kajetan Abgarowicz
Tytuł Semen Kwitka
Pochodzenie Rusini
Wydawca Księgarnia Spółki Wydawniczej Polskiej
Data wydania 1893
Druk Drukarnia „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SEMEN KWITKA.
SZKIC.
Rusini (Abgarowicz) str 9.png

— Co mu się mogło stać? — pytałem zaniepokojony, spoglądając na kulejącego konia, którego chłopak stajenny przeprowadzał po dziedzińcu. — Zawsze musicie coś zmalować! Kto na nim jeździł ostatni raz? Gdzie chodził?

— Ta-że nigdzie! — odrzekł stary Hrehor, skrobiąc się w głowę.
— Jakto nigdzie? przecież nie trzymałeś konia w stajni przez cały tydzień, gdy mnie w domu nie było?
— Ta-że nie!... ale dalibóg, że już nie pamiętam... Aha! prawda, to Maks na nim na pocztę jeździł.
— Maks! Maks! — zawołałem na chłopaka, w celu przeprowadzenia śledztwa.
W tej chwili jakiś konny posłaniec pokazał się w bramie.
— A ty zkąd? — spytałem, zwracając się ku niemu.
— Z Malinki, proszę pana — odparł kozak, zsiadając z konia i wiążąc go do słupa — z listem od jaśnie pani.
Wziąłem podany mi list do rąk i rozrywając pospiesznie kopertę, zacząłem odcyfrowywać drobniuchne pismo pani Malwiny. Hrehor i Maks, korzystając z niespodziewanej interwencyi, ulotnili się obaj wraz z okulawionym koniem.
W liście, po wielu sąsiedzkich wiadomostkach, już gdzieś pod koniec wyczytałem następujący ustęp: »Co się z panem dzieje? Doprawdy, że to jest niegodziwie tak zaniedbywać sąsiadów. — U nas ciągle kłopoty z Olesiem. Przedwczoraj mój mąż wrócił z Kijowa i przywiózł nowego nauczyciela; pan ten nie wzbudza we mnie zaufania, to też wielkąby mi pan zrobił przyjemność, gdybyś przyjechał dziś do nas i przyjrzał się temu nowemu nabytkowi. W dzisiejszych czasach nie można nigdy być dość ostrożnym...« etc. etc. Rozwodziła się pani Malwina nad dzisiejszem zepsuciem, nad rozprzestrzenieniem nihilizmu i zgubnych zasad, dążących do obalenia dzisiejszego społecznego ustroju.
Szedłem z listem w ręku ku domowi, rozmyślając, co z tym fantem robić, gdy wtem od oficyny zaszedł mi drogę kucharz, pan Walenty.
— Całuję rączki wielmożnego pana — przemówił słodziuchno, kłaniając się do ziemi — całuję rączki! A jak się sen udał? Jak tam szlachetne zdrowie wielmożnego pana?
— Czego chcesz? — krzyknąłem opryskliwie, bo nie lubiłem ckliwej paplaniny tego pochlebnisia.
— To jest, ażeby na ten przykład wielmożnemu panu powiedzieć — mówił niezdetonowany dalej — przyszedłem prosić wielmożnego pana o godną dyspozycyę na obiadek.
— Zrób, co sam zechcesz! — odpowiedziałem, nie zatrzymując się nawet.
— Niech wielmożny pan raczy swój zacny gust objawić, niby tak na jaki kształt ma być obiad?
— Nie nudźże mnie, zrób tam coś z mięsa...
— Z mięsa... z mięsa... Na żaden sposób nie może być... niemożliwość — stanął, zastępując mi drogę do drzwi domu i jakby lubując się dźwiękiem własnego głosu, powtarzał — niemożliwość! niemożliwość!... Kalina mięsa dziś nie przywiózł.
— A niech go tam! zakląłem rozgniewany na dobre. — Dlaczego nie przywiózł? Cóż to nowego?
— Święta żydowskie — odpowiedział cicho Walenty, spuszczając głowę i ustępując z drogi, szepnął: Jeżeli Wielmożny pan pozwoli, to możeby z jednego barana zabić... teraz pod jesień to one tłuste.
— Jeszcze czego nie stało? Opasy mi będziesz wybijać... Rób, co ci się żywnie podoba, ja nie będę w domu na obiedzie, pojadę do Malinki.
Walenty poszedł, pomrukując coś zcicha, a ja zwróciłem się do kozaka i powiedziałem mu, że odpisu nie będzie, bo ja sam na obiad do państwa przyjadę. Hrehorowi kazałem przygotować konie, a sam poszedłem przebrać się stosownie.

Ubierałem się bardzo, bardzo powoli, rozmyślając o pani Malwinie, o jej mężu, panu Bolesławie Jańskim, o jej synku Olesiu, o kobietach wogóle. Myśli najdziwaczniej mi się kłębiły, ale uparcie powracały do pani Malwiny, bo była ona piękną, czarującą nawet może, a przytem taka jakaś interesująca, taka niepochwytna... Co mogło taką kobietę skłonić do wyjścia za — takiego Bolesława? — On jest niezaprzeczenie zacnym człowiekiem, dobrym gospodarzem nawet, ale i rura do barszczu. A ona? — No i ona, pomimo wszelkich pozorów, przeciw niej mówiących, jest porządną kobietą, sam wiem o tem najlepiej. Niejednokrotnie doprowadzała mnie do gniewu tem, że jakby umyślnie starała się o dawanie ludziom przyczyn do obmowy, a w gruncie? nic! Chyba ja już tak głupi jestem? Może ona wyśmiewa mnie w duchu?
Rzuciłem z gniewem źle układającą się krawatę; skaranie boskie z temi wiązanemi krawatami.
— Czego ta kobieta chce odemnie? — myślałem dalej, a gniew mój wzrastał coraz bardziej. — Czy ja jej potrzebuję? czy jej się narzucam? Bardzo potrzebni mi ci posłańcy, te listy — ta bezprzestanna, babska paplanina? Wszystkie panny, wszystkie ciotki i mamy w całej najszerszej okolicy uważają mnie za kochanka pani Malwiny. A ją... Nie! nie, dość już nareszcie tego, muszę już raz tę komedyę zakończyć; powiem jej, że już czas, żebyśmy przestali okrywać się śmiesznością.
Odgłos dzwonków pod oknami dał mi znać, że konie już zaprzągnięto, a ja byłem dopiero do pół ubranym.
— Muszę już raz zrobić koniec temu — snułem myśli dalej. — Do czego to może doprowadzić? Niech już będzie albo wóz albo przewóz; albo tak, albo siak. Kpem trzeba być, ażeby dać się tak za nos wodzić. Dobrze mówi moja ciotka, że psuję sobie reputacyę temi bałamuctwami. Bałamuctwami? Żeby też to było bałamuctwem takiem, jak inne bywały... a to — śmiech ludziom powiedzieć.
— Proszę pana prędzej! — zawołał Maks, wpadając jak bomba do pokoju — Mrówka tak zwaryowała, co aż strach. Skacze, skacze, jeszcze dyszel połamie, okrutna mucha tnie.
Pospiesznie dokończyłem toaletę, skoczyłem na wózek i piorunem przeleciałem trzy wiorsty, dzielący mój dom od dworu w Malince.
Panią zastałem na werandzie. Siedziała ustrojona w prześliczny szlafroczek z perskiej termolamy; z pośród fałdów wzorzystej materyi wychylały się białe łokcie i alabastrowa szyja; główkę miała opuszczoną, a ciemne, wyraziste jej oczy spoczywały na welinowych kartkach ostatniej powieści Bourget’a; zdawała się być tak zatopioną w czytaniu, że nie spostrzegła nawet mego wejścia, nie słyszała moich kroków. Gdy stanąłem tuż obok niej, odezwałem się przyciszonym głosem:
— Dobry dzień pani!
Dopiero wówczas podniosła swoje czarne, rozmarzone i niby mgłą jakąś przysłonięte oczy, i patrzała na mnie przez chwilę, a z ust jej purpurowych, jak dojrzałe wiśnie pełnych, rozkosznie rozchylonych, nie wybiegł najmniejszy dźwięk; patrzała na mnie jakby zdziwiona mojem tu przybyciem.
— Dobry dzień pani! — powtórzyłem jeszcze głośniej.
— A to pan — przemówiła wreszcie po chwili — nie spodziewałam się już pana u nas zobaczyć. Myślałam, że pan zupełnie o sąsiadach zapomniał. Mój mąż tak długo teraz siedział w Kijowie, a ja byłam taka samotna, tak samiuteńka, że aż bałam się o siebie. Wié pan, że aż mi się coś mącić zaczynało... tu — i wskazała ślicznym paluszkiem na białe czoło. — Czemuś pan nie odwiedził samotnicy? To nieładnie, nie po chrześcijańsku.
— Nie mogłem, w domu nie byłem — usprawiedliwiałem się pokornie, choć czułem, że wbrew zdaniu Malwiny postąpiłem właśnie zupełnie po chrześcijańsku — musiałem odwiedzić marszałkostwa... ciotka już na dobre była rozżalona na mnie za takie zaniedbywanie stosunków rodzinnych, jakiego ja dopuszczałem się w ostatnich czasach.
— A więc pan byłeś w Wachnówce — przerwała, patrząc mi badawczo w oczy. — Cóż oni tam porabiają? Nigdy nie mogę się wybrać do pani marszałkowej, choć ona tak dla mnie łaskawa; w Jarmolińcach tego roku spotkałyśmy się w żyrardowskim magazynie, robiła mi wymówki, że u nich nie bywamy.
— I mnie zapytywała o panią — szepnąłem przez zęby, czując, że twarz oblewa mi się potężnym rumieńcem; tak rumieniłem się za te kobiety, nie wiedząc, która z nich mijała się z prawdą; to jednak wiedziałem na pewno, że moja ciotka nie cierpiała pani Malwiny i wygadywała o niej przedemną niestworzone rzeczy.
— Ale pan wie — ciągnęła dalej moja piękna sąsiadka, obserwując bacznie fazy rumieńca na mej twarzy — jak to z moim mężem trudno się gdzieś wybrać. Wiecznie to gospodarstwo, te kłopoty...
Tu przerwała na chwilę, i patrząc mi badawczo w oczy, zapytała nagle:
— Jakże tam panna Wanda? bardzo ładna?... Podobno czarująca...
Panna Wanda był to właśnie ów anioł niewieści, z którym pragnęły mię wyswatać wszystkie bliższe i dalsze ciotki.
Panna Wanda to była ładna, pięknie wychowana, posażna i podobała mi się nawet, lubiłem z nią rozmawiać i miło mi zawsze czas schodził w jej towarzystwie. Teraz jednak sam, nie wiedząc dlaczego, widocznie podrażniony słowami pani Malwiny, zacząłem żartować z panny Wandy, przedrzeźniać jej śpiew, szydzić z jej ułożenia, jednem słowem postępowałem jak człowiek źle wychowany; tem więcej, że wiedziałem doskonale, iż nic z tego nie zostanie w tajemnicy i całą naszą rozmowę, upstrzoną tysiącznemi dodatkami, stugębna, plotkarska poczta doniesie do uszu panny Wandy. Cóż mię to jednak mogło obchodzić? Dla mnie nie było dziś panny Wandy na świecie. Wszelkie arcy-mądre i praktyczne postanowienia znikły z mej duszy, wszystkie stanowcze zamiary stopiły się pod płomienistem spojrzeniem czarującej kobiety; patrzałem w cudnie piękne jej oczy, połykałem słówka z purpurowych ust płynące, chłonąłem jej przyciszone westchnienia; cieszył mię niewymownie uśmiech swobodny i wesoły, który wykwitał na tej pięknej twarzy, w miarę coraz to większej złośliwości mego opowiadania.
Brnąłem więc coraz to głębiej, ona uśmiechała się coraz weselej, wreszcie wyczerpałem przedmiot do dna i nie mogłem już znaleść żadnej, choćby najdrobniejszej śmiesznostki w pannie Wandzie. W braku innego zabawniejszego tematu rozpoczęliśmy poufną pogadankę o sprawach codziennych, dom pani Malwiny obchodzących — wszedłem w rolę zaufanego przyjaciela tegoż domu; opowiadała mi strapionym głosikiem o powszednich kłopotach gospodarskich, o mężu, o jego znanej niezaradności i o swoim najukochańszym jedynaku Olesiu wreszcie.
— Wie pan, że Bolesław znowu przywiózł nowego korepetytora dla Olesia — mówiła poufale — mój mąż zawsze musi jakimś konceptem ruszyć. Powiada, że trudno było coś lepszego znaleść, przywiózł więc jakiegoś pana Siemiona Kwitkę, nie bardzo pewnie mi ten panicz wygląda.
— Jakto niepewnie wygląda? — spytałem bezmyślnie, ażeby cośkolwiek powiedzieć.
— O! bardzo nawet niepewne indywiduum — mówiła, nie przerywając prawie — bo musisz pan wiedzieć, że ten Kwitka jest podobnoś nihilistą.
— Nihilistą! czyż być może? — zawołałem zdziwiony i obecnie w rzeczy samej opowiadanie pani Malwiny zaczęło mię zajmować.
— Ciszej! ciszej panie! — szepnęła trwożnie, przykładając różowy palec do ust — jak tak się lękam całej tej historyi. Znasz pan dobrze Bolesława i wiesz, że on zawsze szuka tego co najtańsze, i to we wszystkiem, nie wyjmując moich sukien; i teraz znalazł sobie arcytani nabytek. Ten nowy nauczyciel jest ni mniej ni więcej — tylko wypędzonym z uniwersytetu studentem, całe dwa lata wysiedział w Kijowie we fortecy w śledczem więzieniu. Naturalnie, że przy takiej konduicie nie mógł znaleść nigdzie zajęcia. Bolesław skorzystał zaraz z okazyi i umówił go za dwieście rubli rocznie — inni żądali po sześćset i ośmset. Już to mój pan dla kilkuset rubli zawsze musi mi jakąś przykrość zrobić. Truchleję cała, żebyśmy z tej przyczyny nie mieli jakiej wielkiej nieprzyjemności.
— Jakąż przykrość pani mieć może? — przerwałem jej uspokajająco — taki chłopak rad, że będzie miał co jeść; zapewne musieli go bezpodstawnie posądzić; wysiedział w śledczem więzieniu, a przekonawszy się, że niewinny — wypuścili go w końcu. Biedak jakiś być musi.
— Zapewne, że biedak, widać to po nim, zaledwie ma się w co przyodziać, ale jakiś odmienny, jak zwykli ludzie. Bóg wie, z jakiej przyczyny głowę wysoko nosi i pomimo nędzy widocznie jest dumny.
— Czy on jest Rosyaninem? — pytałem rozciekawiony. Zawsze pragnąłem zetknąć się bliżej z prawdziwym nihilistą; przedstawicieli »młodej Rosyi« znałem tylko z pism Dostojewskiego i Ganczarowa.
Nie! nie jest Rosyaninem — odpowiedziała na me pytanie piękna gospodyni — choć mówi po rosyjsku, nie uważa się za Rosyanina. Powiada, że jest »Mało-rossem«, Rusinem z Zadnieprza. Z całą służbą mówi ich własnem, ludowem narzeczem.
Opowiadanie intrygowało mnie coraz więcej, tak że z niecierpliwością oczekiwałem hasła, powołującego nas do obiadu, przy którym miałem ujrzeć tego ciekawość mą budzącego Rusina, tego nihilistę.
Wkrótce powrócił pan Bolesław z pola, od kopania buraków; pani po jego zjawieniu się znikła gdzieś w głębi domu, a ja pozostawszy sam na sam z sąsiadem, przeszedłem z werandy do saloniku i mimochodem palnąłem mu bardzo uczoną dysputę: o użyteczności superfosfatu, jako nawozu przy uprawie roli pod buraki. Sąsiad słuchał, głową kiwał, ale koniec końców zadecydował, że superfosfat w naszych warunkach — za drogi. Nie sprzeciwiałem mu się zbytecznie.
Po kwadransie ukazała się znowu naszym oczom pani domu, ustrojona w tak wykwintną wełnianą suknię, że stanowczo przestałem wierzyć, by Bolesław system oszczędnościowy stosował i do wydatków na stroje swej pani. Podałem jej rękę i przeszliśmy do sali jadalnej. Ujrzałem tam rozradowanego bardzo mojem przybyciem Olesia i nowego nauczyciela.
— Siemion Andrejewicz Kwitka — wygłosił Bolesław, przedstawiając mi młodego człowieka, który skłonił się tylko zdaleka, — poczem usiedliśmy wszyscy do stołu.
Pomimo bardzo smacznie zrobionego obiadu, pomimo rozmowy z panią Malwiną, oczy moje ustawicznie szukały widoku młodego Rusina, bo to, co słyszałem o nim, pobudziło moją ciekawość nadzwyczajnie.
Siedział przy obiedzie sztywny i milczący, twarz wychudzoną pochylił nad talerzem, tak nisko, że z trudnością zdołałem dojrzeć jego profil ostry i czysto zarysowany; szare, duże oczy podnosił od czasu i rzucał inteligentne badawcze spojrzenia na obecnych; po wyrazie jego twarzy mogłem odrazu poznać, że rozumie znaczenie naszych słów, nie wmieszał się jednak ani razu do rozmowy.
Gdyśmy powstali od stołu, dałem znak Bolesławowi, aby go do salonu na czarną kawę zaprosił; poszedł, ale widocznie nie bardzo był z tego zadowolony, widocznie krępowało go nasze towarzystwo.
Gospodarz zagadnął go o coś po rosyjsku, odpowiedział mu w tym samym języku, wówczas zbliżyłem się ku nim i zapytałem młodego człowieka po małorusku:
— Dlaczego pan mówisz po rosyjsku? Wszak jesteś pan Rusinem, nosisz nazwisko jednego z wielkich ludzi waszego narodu, może nawet jesteś jego potomkiem lub krewnym.
Nauczyciel spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem, pochylona jego figura wyprostowała się w czasie, gdym doń mówił, tak że nim skończyłem, ujrzałem przed sobą zupełnie odmiennego człowieka: barki miał szerokie i pierś wypukłą, a w czarnych, dziwnie inteligentnych oczach błysnął namiętny ogień.
— Tak nas już w szkołach nauczyli — szepnął po chwili zawstydzonym głosem i zwiesił znowu głowę na piersi. — Ja, ja wolę mówić ojczystym językiem, po rusińsku, nie wiedziałem jednak, że pośród wykształconych Polaków są ludzie, umiejący się wysłowić chłopskim językiem. Słowa »chłopskim językiem« wymówił z przyciskiem i widoczną goryczą w głosie.
— Tak pan znowu nie sądź, nie znając nas Polaków — odpowiedziałem mu, patrząc nań poważnie. — My, wszyscy Polacy na Rusi zamieszkali, język ten znamy i władamy nim tak samo jak naszym własnym. Co do mnie, lubię go nawet bardzo i zabraniam stanowczo służbie i włościanom używania w rozmowie ze mną łamanego polskiego języka, rozmawiam ich własnym — ruskim.
W tej chwili pani Malwina zwróciła się ku mnie z jakiemś pytaniem, ja musiałem jej odpowiedzieć, przerwała się więc rozmowa z nauczycielem, który zabrawszy swego ucznia wyszedł z pokoju.
Po półgodzinnej może jeszcze pogadance ze znudzoną panią i zakłopotanym gospodarzem domu i ja wyjechałem z Malinki.
Jesień na dobre się zaczęła, w początkach piękna i słoneczna, później coraz bardziej słotna, smutna i pochmurna; roboty w polu pokończono, polowanie z powodu błota i rozkali stawało się prawie niemożliwem — konie po pęciny w błocie grzęzły, psy po ciężkim, rozmokłym gruncie iść nie mogły. Siedziałem więc w domu, a raczej nocowałem w domu, a dnie całe przepędzałem w Malince.
Piękne zamiary i mądre postanowienia rozpłynęły się jak dym w czystem powietrzu; choć ludzie obgadywali nas, dobrze mi było przy mojej sąsiadce. Byliśmy ciągle w tym samym stopniu poufałości, co w miesiąc po poznaniu się. Rozmawiałem z panią Malwiną o literaturze i sztukach pięknych, o teoryi uczuć i ploteczkach sąsiedzkich, o gospodarstwie i kłopotach finansowych z Bolesławem; obserwowałem wreszcie pilnie młodego nauczyciela.
Po kilkotygodniowem spotykaniu się prawie codziennem u stołu, młody człowiek przestał mię unikać, mała różnica wieku zbliżała nas ku sobie, z widoczną już przyjemnością rozmawiał ze mną, ja nie unikałem go również.
I fizycznie zmienił się nie do poznania: twarz jego, przedtem blada i jakby martwa, nabrała ciała i żywych kolorów, szare oczy fosforycznego blasku, a pod cienkim, ciemnym wąsikiem zarumieniły się pięknie wykrojone usta; cała postać wyprostowawszy się, nabrała zuchowatego pozoru, tak, że odrazu można w nim było poznać kozaka, potomka nieustraszonych mołojców.
Jedna tylko pani Malwina nie mogła się jakoś z kozakiem pogodzić. — Drukowano wówczas Ogniem i mieczem; codziennie z niecierpliwością wyczekiwaliśmy numeru Słowa. Powieść ta czarującemi opisami, cudownemi obrazami doprowadzała wyobraźnię mojej sąsiadki do niezwykłego stanu rozbudzenia.
— Czy nie uważa pan — mówiła drżącym głosem, chwytając mię za rękę — jaki on do Bohuna podobny?
— Kto? — pytałem trochę niemile zdziwiony, bo przyznam się w skrytości, że sam radbym był bardzo być podobnym do tego hajdamaki, wielkie bowiem miał on u naszych pań powodzenie.
— A ten nasz pan Kwitka — odpowiadała spuszczając oczy. — Nie mogę sobie Bohuna inaczej przedstawić — mówiła dalej — takie przeszywające dziwnie zuchwałe oczy, taki wąs, taki profil, może tylko był trochę słuszniejszy.
— Dziwnie twórczą czy bujną masz pani imaginacyę — odpowiadałem niechętnie.
— Nie śmiej się pan ze mnie... szeptała wówczas — ale my kobiety miewamy dobry instynkt. Ja... ja boję się tego nihilisty, on ma w sobie coś demonicznego. It is a tragedy w tem wszystkiem.
— W tem może i ma pani racyę — odparłem zamyślony — w rzeczy samej jest coś tragicznego w postaci, w wyrazie twarzy tego człowieka... Kto wié, może jego życie było smutną, bolesną tragedyą?
Od owej rozmowy coraz więcej szukałem towarzystwa młodego kozaka; starałem się, kiedy tylko sposobność się nadarzała, zawiązywać z nim rozmowę; on także zdawał się szukać już spotkania ze mną, a rozmawialiśmy zawsze po małorusku.
W pewien pochmurny dzień listopadowy, po obiedzie, siedzieliśmy we dwu tylko przy płonącym kominie; pani Malwina zakatarzywszy się należycie, nie wychodziła dziś z sypialnego pokoju; Bolesław w kancelaryi »ubijał« jakiś tajemniczy interes z żydami. Rozmawialiśmy dość poufale, bo Kwitka oswoił się już z różnicą naszego położenia towarzyskiego, która go tak raziła zrazu.
Po kwadransie obojętnej rozmowy, Semen nagle powstał, twarz mu spłonęła żywym rumieńcem, chciał widocznie coś powiedzieć, ale jąkał się, odwagi mu brakowało.
— Ja... ja mam... — wyszeptał zakłopotany.
— Czem mogę panu służyć? — podchwyciłem zachęcającym głosem — mów pan otwarcie, co będę mógł, to zrobię.
—Ja mam wielką prośbę do pana — wykrztusił nareszcie — nie wiem tylko, czy pan?... doprawdy nie mam odwagi...
— Mówże pan śmiało!
— Ja pragnę nauczyć się po polsku czytać przynajmniej i chciałbym pana prosić o pomoc.
— Ależ z największą ochotą, miło mi będzie usłużyć panu — odpowiedziałem pospiesznie z nietajonem zadowoleniem.
— Nigdy nie byłbym się odważył utrudzać pana taką prośbą — mówił już teraz płynnie, patrząc mi śmiało w oczy — gdyby nie to, że słyszałem, iż pan ma wiele polskich książek u siebie, tu zaś mogę znaleść tylko francuskie i angielskie romanse, zresztą zdawało mi się, że nie zrobię panu tą prośbą wielkiej przykrości.
Nietylko nie zrobił mi przykrości, ale przeciwnie nadzwyczajnie przyjemnym mi był ten dowód zaufania, jakie potrafiłem w nim wzbudzić. Ośmieliłem go i zachęciłem; ułożyliśmy się w ten sposób, że co niedzielę i święto będzie na całe poobiedzie przychodził do mnie na naukę polskiego języka.
Ciągnęła się ta słotna jesień długich kilka tygodni, podczas których znalazłem zajęcie i wielką rozrywkę w uczeniu młodego Rusina naszego ojczystego języka. Wdzięczna to była praca, uczeń mój był bystry i pojętny, zdawało się, że zgadywał naprzód to, co mu miałem powiedzieć. Po miesiącu nauki czytał wybornie, mówił niezbyt płynnie, ale zupełnie poprawnie i zaczynał pisać wcale nieźle.
Zajęcie przy uczeniu Kwitki, zainteresowanie wzbudzone jego niezwykłemi postępami, tak absorbowały moją uwagę, że o pani Malwinie coraz mniej myślałem.
Zrazu nie zwróciłem na to uwagi, ale zauważywszy, zdziwiłem się tem bardzo, że i ona doskonale umiała obchodzić się teraz bez mego towarzystwa, z każdym dniem mniej ze mną rozmawiała, a o poufnych pogadankach, o zwierzeniach »tajemnic duszy« mowy już nawet nie było.
— Przyszła kobieta do rozumu — myślałem z pewnym odcieniem goryczy — ona może ma tyle taktu, że przy obcym człowieku nie chce się kompromitować.
Wskutek ostudzenia przyjaźni, bo przyjaźnią tylko był zawsze nasz stosunek, stawałem się coraz rzadszym gościem w Malince. Za to Kwitka nigdy nie opuścił lekcyi i w każdą niedzielę i święto najregularniej, choćby w najohydniejszą słotę lub nawet zamieć śnieżną, o drugiej po południu zjawiał się do nauki. Dałem mu klucz od szaf z książkami i pozwoliłem brać te książki, które mu się wydawały stosownemi, mimo tego radził się mnie zawsze, ażeby — jak powiadał — nie brać plewy za ziarno i nie obciążać pamięci niepotrzebnym balastem.
Zbliżały się już święta Bożego Narodzenia.
Do Malinki nic mię już nie ciągnęło, a miałem bardzo serdeczne zaproszenie do bliskich krewnych w Galicyi; koniecznie wypadało pojechać, zresztą pragnąłem tego.
Powiedziałem o tem Kwitce; on usłyszawszy to, zamyślił się głęboko i do końca dnia był ciągle zadumany.
Nazajutrz wbrew zwyczajowi przyszedł w powszedni dzień. Zaczął od zwykłych u niego przeprosin i dopiero ośmielony, znowu wyspowiadał mi się ze swych pragnień.
— Panie! — mówił — mam po świecie przyjaciół, kolegów, braci prawie, którzy przed tiurmą a nawet niektórzy z tiurmy już uciekli za granicę i rozsypali się po całej Słowiańszczyznie. Niektórzy z nich są i w Galicyi, nie mogłem do nich pisywać jawnie przez pocztę, boby mię znowu wzięli. Teraz mam prośbę do pana — tu wyciągnął z kieszeni plik listów — niech pan raczy listy te zaraz za granicą wrzucić do skrzynki pocztowej, oni prześlą odpowiedzi pod pańskim adresem w Galicyi, który im wskazałem, a pan... listy te może mi przywiezie.
W głosie jego drżącym, w oczach rozmodlonych, w całej postaci drgała prośba tak szczera, że pomimo, iż wiedziałem, na jaką się mogę narazić awanturę, mimo to przyrzekłem zadość uczynić jego żądaniu.
Nazajutrz wyjechałem, ale czułem, że w Malince zostawiłem człowieka, który w danym razie byłby życie ważył za mnie.
Czas pomiędzy miłymi sercu a dość rzadko widywanymi upłynął mi szybko; nie opatrzyłem się nawet, jak zbiegły dwa tygodnie wśród pogadanki, polowań i odwiedzin. Zapomniałem zupełnie o Malince, pani Malwinie... i Kwitce. Dopiero liczne listy, nadchodzące z różnych stron Słowiańszczyzny, przypomniały mi mego pojętnego ucznia; na każdym z nich była notateczka: »dla wręczenia panu Kwitce«.
Zabrałem cały ten pakiet i bezpiecznie w kieszeni przewiozłem przez granicę.
Gdy w godzinę po moim powrocie do domu zjawił się Kwitka w celu przywitania mnie, wręczyłem mu cały ten plik; zobaczywszy go, nie chciał zrazu wierzyć, gdym go jednak przekonał, że nie żartuję, to ze łzami w oczach chwycił moją rękę i chciał ucałować. Wyrwałem rękę, ale on w tej chwili pochylił głowę do mego ramienia i wycisnął tam serdeczny pocałunek.
Cały był wzruszony i prawie bezprzytomny; schwyciwszy przywieziony przezemnie plik papierów, wybiegł z niemi do drugiego pokoju i tam jeden list po drugim odczytywał z gorączkowym pośpiechem.
Po godzinnem czytaniu, złożywszy wszystkie listy porządnie, zawinął je w papier i do kieszeni na piersiach schował. Zawołałem go do siebie. Samowar już kipiał, zatrzymałem go więc na herbatę.
Jakiś czas siedział milcząc, ale widocznie wezbrane myśli, wzburzone uczucia nurtowały mu w duszy, bo twarz mu płonęła, oczy świeciły większym niż zwykle blaskiem, a rękoma poruszał niespokojnie: to gniótł chleb, robiąc zeń gałki, to nożem takt na filiżance wybijał. Nagle przerwał milczenie i wzruszonym głosem zawołał:
— Jaki ja byłem głupi! jak niesprawiedliwy! W jakim byliśmy my wszyscy błędzie, w jakiem zaślepieniu! Od kolebki uważałem Polaków za nieprzebłaganych wrogów; za takich mieliśmy was wszyscy. A dziś... dziś pan, pierwszy Polak, którego bliżej poznałem. Oddajesz mi bezinteresowną usługę, wyświadczasz mi łaskę, z narażeniem siebie samego na największe niebezpieczeństwo. Jak ja mogłem nawet prosić pana o coś podobnego? To szlachetna, rycerska zemsta.
— Ależ mój panie! — odparłem porywczo, chcąc uniknąć dalszych podziękowań — każdy z nas zrobiłby to samo.
— Właśnie... właśnie w tem się myliłem i sądziłem, że wszyscy jesteście tacy, jak tych kilku studentów w Kijowie z którymi na nasze nieszczęście stykaliśmy się często. Tamci nas unikali, bali się nas jak djabeł święconej wody, z nimi nie mogliśmy się porozumieć, bo oni woleli z Moskalami, z jeneralskimi synami przestawać, niż z nami — chachłami.
— Bądź pan sprawiedliwym — przerwał mu znowu — ja sam będąc kiedyś w Kijowie, wszelkiemi siłami starałem się was Rusinów wyszukać, poznać się z wami, dowiedzieć się: jaki duch pomiędzy wami panuje? Jednak usiłowania moje pozostały bez skutku; otoczyliście się tajemniczością, chińskim murem odgrodzili, związali z nihilistami, z rewolucyonistami wszelkich odcieni, tak, że bez narażenia osobistego bezpieczeństwa nie można się z wami spotkać, w konspiracye wdaliście się i tem odstręczacie wszystkich statecznych ludzi — z nihilistami przecież nikt nie będzie paktować.
— Nie sądź pan! Nie sądź pan, zanim prawdę poznasz. Nie jesteśmy nihilistami, do spisków socyalno-rewolucyjnych nie należeliśmy nigdy, bo mamy na tyle rozsądku, aby wiedzieć, że gwałtem gwałtu nie zmożemy. Prawda, że z rewolucyonistami rosyjskimi staraliśmy się porozumieć, ale czyż i wy tego nie robiliście ongi? I wy i my ciężko odpokutowaliśmy za te porywy. Dziś przekonaliśmy się już, że niczego po nich spodziewać się nie można. Kosmopolityzm głowy im poprzewracał i nie są już w stanie zrozumieć nas, naszych pragnień, naszych dążeń.
— A dlaczegóż nie staraliście się porozumieć z Polakami? Dlaczego postępując obok siebie w jednem jarzmie, nie czyniliśmy starań w celu ulżenia go sobie?
— Dlaczego?... Alboż ja wiem — mówił powoli, namyślając się nad każdem słowem — od dzieciństwa wpajano w nas przekonanie, że wyście naszymi największymi wrogami, śmiertelnymi wrogami naszej narodowości. Żywo stoi jeszcze w pamięci ludu wspomnienie naszych wojen, zapasów na śmierć lub życie. Przez wieki pracowano nad wpojeniem w dwa bratnie narody nieufności, nienawiści i dziś nie próżnują wspólni nasi opiekunowie. Lecz ja, od kiedy znalazłem się pomiędzy wami, uczułem w duszy wątpliwości; dziś zaś jestem już prawie pewny, że błądziliśmy srogo, ale czy czas jeszcze do zwrotu, do zmiany kierunku, do naprawienia wiekowych błędów, do zgojenia ran tak zaognionych?
— Dajże wam Boże uczynić to — co powinniście byli dawno zrobić dla was samych, my zanadto silni jesteśmy, zanadto żywotni, ażeby nam zagłada grozić mogła, ale wy pozostawieni sami, rozpłyniecie się w tem rozszalałem morzu.
— Zgadzam się zupełnie z panem — odpowiedział poważnie — dziś doszedłem już do tego przekonania, ale jakiemi drogami jam do niego doszedł? Dowiedziałbyś się pan o tem, gdybym mu krótką a tak bolesną historyę mego życia opowiedział. Jeżeli to pana może zająć, opowiem kiedyś, dziś muszę się spieszyć do domu, bo coś na zamieć się zanosi.
— Najchętniej posłucham, kiedy zechcesz opowiadać — odparłem, nie nastając zbytecznie, bo to jedyny sposób wzbudzić zaufanie w każdym Rusinie.
Minęło dni kilka.
W tym czasie pojechałem do Malinki dla powitania sąsiadów.
Kwitka był tego dnia dziwnie roztargniony, lecz widocznie wesoły i rad z czegoś, twarz miał rozpromienioną i śmiejące oczy; kilka razy zbliżał się do mnie i sam rozpoczynał rozmowę:
— Kiedy mam przyjść do pana? — mówił swobodnym głosem — opowiadać moje dzieje?
— Kiedy się panu podoba — odpowiedziałem — posiedzę teraz w domu, a zawsze jednakowo rad mu u siebie będę.
Swoboda i wesołe usposobienie młodego Rusina, przyznać się muszę, raziło mnie trochę. Ja tego dnia nie mogłem się pochwalić podobnemi zaletami duszy, byłem nie swój i jakby czemś podrażniony, choć nie mogłem sam przed sobą zdać sprawy z przyczyn tego podrażnienia.
Pani Malwina także była w złym humorze, złośliwa i szydercza, rozmowę prowadziła krótkiemi, ucinkowemi zdaniami. Od czasu do czasu spoglądała na mnie badawczo, lecz wnet zwracała oczy w inną stronę, gdy jej wzrok spotkał się z mojemi oczyma.
— Jakże się Bohun sprawuje? — zapytałem ją żartobliwym niby tonem, świdrując ją przytem wzrokiem.
— Jaki Bohun? — odrzekła z zupełnie wyraźną niechęcią w głosie, a oczy jej równocześnie okryły się dziwną, niewidzialną przesłoną, która tak szczelnie zasłania głąb duszy przed ciekawem okiem kochanka, lub badacza. Wszystkie sprytne kobiety umieją w pewnych wypadkach tak patrzeć, że może się zdawać, iż mają martwe, szklanne oczy, na których gra uczuć, namiętności nie odbija się wcale.
— I pani to mnie pyta się, jaki Bohun? — odrzekłem, uśmiechając się bezlitośnie i ironicznie — ależ sama go pani tak nazwała. Pytam ojej własnego Bohuna... o malinieckiego.... No! jeżeli pani nie chce zrozumieć, jeżeli pani zapomniała, to powiem wyraźnie: pytam o Kwitkę.
— A, pan Kwitka, nauczyciel Olesia — odpowiedziała, jakby przypominając sobie dopiero teraz o jego istnieniu i spojrzała na mnie znowu tym samym sfinksowym wzrokiem, ale pomimo pozornego spokoju w spojrzeniu i głosie, dostrzegłem jednak, że twarz jej pokryła się lekkim rumieńcem. — Przyznam się panu — mówiła dalej — że nie należę do słowianofilów, ani do protektorów socyalnych reform, i ten pan bardzo mało mię obchodzi.
Z jak dziwnym spokojem ta kobieta umiała kłamać! wiedziałem bowiem doskonale przez garderobowo-kredensowo-plotkarską pocztę, że godzinami całemi nieraz rozmawiała z młodym nauczycielem, że próbując jego postępu w nauce polskiego języka, kazała mu odczytywać felietony, mieszczące w sobie bohaterskie czyny Bohuna.
— Nic o nim nie wiem — mówiła dalej pani Malwina, uśmiechając się ciągle ironicznie — oprócz tego, co widzieć muszę; a widzę, że gdy tylko ma wolną chwilę, to bezustannie czyta książki od pana przyniesione, lub biega do pana i dałby sobie oczy wydrapać za pana.
— Zkąd pani o tem wiedzieć może? doprawdy nie rozumiem.
— Sama na własne uszy słyszałam objawy tego uwielbienia. Podczas świąt był tu Adaś Kukowski i coś tam na pana powiedział, za to Kwitka tak się nań oburzył, że omal do awantury nie przyszło, ledwie uspokoić ich zdołałam.
Ostatnie słowa pani Malwiny prawdziwą przyjemność mi zrobiły. Pomyślawszy jednak głębiej nad całą tą rozmową, uczułem pewne współczucie dla Kwitki, żal mi go się zrobiło. Znałem panią Malwinę doskonale; przez kilka lat »przyjaźni« nauczyłem się rozumieć doskonale wszelkie objawy jej uczuć, które zaczynały się i kończyły na »egzaltacyi na zimno«, lubiła się bawić w miłość, a zabawę tę zwała dla odmiany: to przyjaźnią, to sympatyą dusz, to powinowactwem inteligencyi; bałem się więc, ażeby dla młodego i widocznie wrażliwego chłopca którakolwiek z tych odmian chłodnego sentymentu nie stała się pożarem, szerzącym w duszy zniszczenie; przekonałem się później, że obawa moja była zupełnie płonną. — Kwitka znał świat, kobiety i ich uczucia daleko lepiej, niż ja narzucający mu się na opiekuna.
Gdy wyjeżdżałem, Kwitka odprowadził mię na ganek; na pożegnanie szepnąłem mu, ściskając go za rękę:
— Jutro święto, będziesz pan miał czas, przyjdź do mnie na obiad, będę czekał pana.
Konie ruszyły i nie spostrzegłem się nawet, kiedy znalazłem się w domu. Cały czas myślałem o tym Rusinie, o całym ich narodzie, budzącym się do życia, błądzącym po manowcach i niemogącym odnaleść prawdziwej drogi, zdrowego kierunku i celu.
Na tem ciemnem, mrocznem tle zarysowywały się tu i owdzie postacie jasne, natchnione, pełne poświęcenia, które otaczało ją świetlaną aureolą niby proroków jakich; zdawało mi się, ze są to wysłannicy niebios, zstępujący na ten niski padoł ze szczytną misyą podźwignięcia z upadku swoich współbraci — między nimi widziałem i Kwitkę. W jasności jednak, która od nich biła, były i jakieś ciemne, brzydkie promienie, całe pęki rudego, piekielnego światła — to łuna nienawiści plemiennej, to zemsty porywy — to fałszywe blaski. Naszym obowiązkiem jest — fałszywe te promienie wyrwać, ciemne te pręgi miłością braterską rozjaśnić, rękę do zgody wyciągnąć.
Cieszyłem się więc zaufaniem, które zdołałem rozbudzić w młodym Rusinie; pragnąłem stać mu się pomocnym, wesprzeć go, przerobić go z malkontenta na użytecznego członka społeczeństwu.
Nazajutrz przed samym obiadem przyszedł Kwitka.
Przez kilka miesięcy naszej znajomości nauczyłem się czytać w jego fizyonomii; odrazu więc poznałem, że był niezwykle wzburzony i roznerwowany, oczy mu płonęły i biegały bezprzestannie, poruszał się wbrew woli, gorączkowo, starał się jednak zapanować nad tem wzruszeniem i przybrać pozór spokoju, czy dobroduszności.
Przy obiedzie nic prawie nie jadł, zaledwie kilka łyżek zupy przełknął, na inne potrawy nie spojrzał nawet, za to wbrew swemu zwyczajowi wypił kilka kieliszków wina.
Gdy po obiedzie podano czarną kawę, jednym haustem wypróżnił dość dużą filiżankę i poprosił o drugą, mówiąc, że nie wie, z jakiego powodu, ale czuje dziś nieprzeparty pociąg do tego napitku, że wstydzi się tego i t d.
Uśmiechnąłem się na te słowa pobłażliwie; nie potrzebował się przedemną tłumaczyć, znałem ten stan nerwów i duszy doskonale i nie zdziwiłbym się był ani trochę, gdyby był zaczął śmiać się bez przyczyny jak szalony, lub płakać boleśnie; nie zrobił jednak tego, umiał snąć bardzo silnie panować nad wzburzonemi nerwami.
Po wypiciu drugiej filiżanki kawy usiadł niedaleko od ognia rozłożonego na kominie i rozpoczął swe opowiadanie.
— Gdyś mię pan po raz pierwszy zobaczył — zaczął mówić — to moje nazwisko zwróciło pańska uwagę: Kwitka. Może być, że jestem z tego samego rodu, co i nasz sławny pisarz Kwitka Osnowianeńko, tylko, że jego bliższa rodzina innemi drogami poszła, niż my; tamci stali się Moskalami, rząd wyniósł ich do stanu szlacheckiego, zrobił z nich dworian, ja więc z nimi nic wspólnego nie mam i nie chcę mieć nigdy.
Z nami inaczej się działo.
Dziad mój był bardzo młodym asaułą kozackim na Zaporożu. Kiedy caryca Sicz zrujnowała, inni opuścili ojczyznę i poszli za Dunaj nową Sicz zakładać, on pozostał nad porohami, kochał bowiem dziewczynę, której nie miał siły opuścić, kochał matkę-Ukrainę i czuł, że w innej ziemi życia dlań niema. Został więc, przysiągł carycy na wierność, ale nie zaciągnął się do dońskich kozaków, porzucił szablę i spisę; za grosz, który miał oszczędzony, nabył od rządu spory szmat stepu, hen w dzikich polach, ożenił się, futor pobudował i osiadł w stepie jako wolny człowiek. Nie był szlachcicem, ale też nie był chłopem — poddanym. W odludnym futorze żył spokojnie, konie i woły hodował, grosz zbierał do grosza, ale szczęścia wielkiego w życiu nie zaznał. Dzieci z pierwszej żony nie miał i niedługo z nią żył, umarła młodo. W późnym wieku ożenił się po raz wtóry i na pociechę starości urodził mu się syn — mój ojciec.
Nastały srogie rządy cesarza Mikołaja, pamiętne w dziejach imperyi nikołajewskije wremiena; ojca młodziuchnym chłopakiem wzięto do wojska, nie zamknął nawet oczu dziadowi, stary umierał w srogim niepokoju o jedynaka, który bił się gdzieś aż za Karpatami w węgierskiej ziemi. Żona asauły, moja babka, pozostała na futorze mienia i dobytku doglądać. Wkrótce potem nadeszły ciężkie czasy Sewastopola; ojciec mój wojował ciągle, pot i krew przelewał a nawet nie dosłużył się oficerskich szlif — nie był russkim dworianinem.
Po wojnie sebastopolskiej puścili go nareszcie do domu. Starym latami nie był, ale steranym bardzo, trudy wojenne i rany nad wiek go pochyliły, niesprawiedliwość rządu duszę mu zatruła, serce rozgoryczyła.
— Nie dla nas kozaków świeci słońce w tej naszej ojczystej ziemi — mawiał często wzdychając żałośnie — nie dla nas woda w »Dnieprze-Dunaju« płynie. Nie nam sławy się tu dobijać. Tylko kacapska i tatarska krew tu coś warta, tylko szwabski szwargot carowi miły.
Tu przerwał Semen na chwilę opowiadanie, głos mu bowiem drżał z oburzenia i słowa tamował, rękoma bezwiednie szukał czegoś obok siebie znalazł szczypce i począł niemi zawzięcie w kominie poprawiać. Po chwili dopiero zwrócił się znowu do mnie i namiętnym głosem zapytał:
— Czyż stary nie miał słuszności? Czyż nie tak było? Czyż do dziśdnia nie jest tak samo? Czyż nie jesteśmy niewolnikami, helotami tego olbrzymiego państwa?
— Samiście sobie po części winni — odparłem zadumany — zresztą nie wam tylko jednym taki smutny los przypadł w udziale. Pomówimy o tem, gdy skończysz, opowiadaj teraz dalej. — Coraz bardziej zaczynało mię zajmować to opowiadanie, malujące tak żywo nieznane mi dotychczas stosunki zadnieprzańskiej Rusi.
— Dobrze — odpowiedział Kwitka i usiadł znowu. — Gdy stary z wojny powrócił, zastał w domu matkę staruszkę, grosza i dobytku wszelkiego w bród. Starowina syna tęsknie wyglądała i grosz dla niego zbierała. Wrócił, w rok później ożenił się, dzieci się dochował.
Było nas trzech braci i jedna siostra najmłodsza.
Za Aleksandra inne już czasy nastały, naród uczyć się zaczął, nawet kreposnyji dawniej włościanie dzieci do szkoły zaczęli posyłać.
Gdy starsi moi bracia do nauki podrośli, gdy Lew miał dziewięć lat, a Danilowi na ósmy poszło, zaczął się ojciec naradzać z babką i matką, co z nami ma robić, gdzie na naukę oddawać; sprzeczali się dość długo i w końcu nic nie uradzili. Wreszcie raz ojciec, bez wszelkiej porady na jarmark do Perejesławia na Preczystą pojechał i ztamtąd nam przywiózł nauczyciela, starego dyakona Gedeona.
Był to ascetycznie wynędzniały wędrowny mnich, który cały boży rok pościł i ciało umartwiał; to też nie był już do żywego człowieka podobny i wyglądał jak chodzący szkielet, tylko w oczach płonął mu ogień życia — czy fanatyzmu.
W żadnym klasztorze nie mógł się długo utrzymać, tylko wędrował po cudownych miejscach, lub czasem tu i owdzie zatrzymywał się i dzieci uczył. Błahoczynny z Roźmina strofował ojca za to, że takiego włóczęgę do domu przyjął; mówił, że herezyę czuć od niego na trzy wersty. Ojciec szorstko mu odpowiedział, że nic mu do tego, że ojciec Gedeon taki sam pop, jak i on, a może nawet i lepszy, że zresztą musi go trzymać, bo na innego nauczyciela dla dzieci nie ma funduszów.
Miał po części ojciec słuszność — stary dyakon był zacnym człowiekiem i dobrym nauczycielem. Po całych dniach byliśmy przy nim; starsi bracia w moment nauczyli się czytać i pisać, ja z początku przysłuchiwałem się tylko ich nauce, i opowieściom starca.
Nieraz, pamiętam, w jasne księżycowe noce zasiadaliśmy przy mnichu na przyzbie przed domem. Mgły nad stawem unosiły się, żaby na wyprzodki skrzeczały, od czasu do czasu zagłuszał ten żabi koncert głos derkacza, który gdzieś tam po szuwarach brodził, lub dawał się słyszeć świst żółwia błotnego, pełzającego nocą po łąkach.
Wówczas to stary Gedeon roztaczał przed młodocianą naszą wyobraźnią wspaniałe obrazy przeszłości, wywoływał z mgły zapomnienia dawno zmarłe postacie książąt, bohaterów, męczenników i hetmanów; drżeliśmy wraz z tłumem ludu, przed dziesięciu wiekami żyjącym, wobec nieczystych praktyk Błuda czarownika; płakaliśmy nad nieszczęśliwym losem pięknej Kseni-księżniczki; marzyli o sławie i wielkich czynach, gdy opowiadał nam stary o dziełach Boj tur Wsiewołoda — i Bojanowi, piewcy boskiemu, sławyśmy zazdrościli.
Innym razem opowieści i o naszych czasach nam snuł. Więc o głośnej na cały świat sławie kozackiej, hetmańskiej — o dzielnym i pobożnym Sahajdacznym — o wielkim Bohdanie Chmielniczeńku, walecznym ale dumnym i nieopatrznym — o strasznych bojach z »Lachami-wrogami«, którzy krew kozacką, chrześciańską rzekami całemi przelewali — o tem, jak później szatan opętał Bohdana i ten zaprzedał swą matkę Ruś-Ukrainę w niewolę północnemu carowi — o Mazepie hetmanie, który za wolność kozaczą zginął marnie.
Słuchaliśmy tych opowieści milcząc, głucho, łowiąc chciwie każde słowo starca, a w dziecięcej wyobraźni jasne chmurki na szafirowem niebie, mgły białej tumany po nad stawem unoszące się, zamieniały zwolna kształty, przybierały na się postacie hetmanów-bohaterów, walki na nieboskłonie staczały, aż do krwi przelanej mołojeckiej niebiosa się czerwieniły purpurowo. Tak nauczyliśmy się nienawidzić Lachów-wrogów, zemstę im w duszy przysięgaliśmy.
Oh! stary czerniec umiał nienawiść w duszę szczepić.
I północnego wroga nie oszczędzał. Krew nam w żyłach stygła z gniewu i rozpaczy bezsilnej, kiedy bajał nam o tem, jak caryca wojskiem sławnem, zaporozkiem, Polszczę zawojowała, a w nagrodę za to Sicz-matkę zrujnowała, a atamanów, asaułów, mołojców albo wytraciła, albo za szeroki, turecki Dunaj wygnała, albo też w carskie saldaty-posipaki zamieniła.
I tym także wrogom zemstę w duszy przysięgaliśmy i rozwijaliśmy w rojeniach dziecięcych hetmańską malinową horągiew i trąbiliśmy wrażą pobudkę, budzącą do nowego życia całą Ruś-Ukrainę, od nurtów madiarskiej Cisy po fale Donu sinego. I zdawało się nam, że to jest możliwe, że marzenia dziecięce w czyn zamienimy, że o własnych siłach zmartwychpowstaniemy, zamarłe, spróchniałe kształty do życia, do sławy powołamy.
Trzy lata stary czerniec Gedeon bawił pod naszą stepową strzechą. Starszych braci tyle nauczył, że z łatwością wstępne egzaminy do kadeckiego korpusu w Kijowie złożyli. Mnie ojciec oddał do gimnazyum w Kremeńczugu.
Tam zetknąłem się z rzeczywistym światem. Mgły i ułudy — czarodziejskie widziadła i poetyczne marzenia, stwarzane przez rozegzaltowanego i fanatycznego mnicha, bladły i znikały jedne po drugich. Nienawiść tylko do Lachów i Moskali przez niego wszczepiona, nie osłabła z czasem, przeciwnie z dniem każdym, z każdym rokiem wzmagała się coraz bardziej, potężniała.
Ja, syn zamożnego, bogatego prawie osadnika, ale nie szlachcica, w gimnazyum zetknąłem się z pańskiemi dziećmi, z synami rosyjskich właścicieli ziemskich, jenerałów, wyższych urzędników, ci zaś nie wyciągali do mnie ręki ochotnie; przedziały stanowe, istniejące na świecie, zaznaczają się może jeszcze ostrzej w szkołach, nie łagodzą ich bowiem doświadczenie życiowe i ogłada towarzyska. Niejeden raz musiałem usłyszeć od jeneralskiego syna, który był osłem i uczyć się nie chciał, że nie wiedzieć po co pozwolono chłopa do szkół przejmować, że napewno cesarz pożałuje kiedyś tego nierozważnego kroku. Znosiłem upokorzenia bezprzestanne.
I nauczyciele mniej więcej w podobny sposób postępowali z uboższymi chłopcami. Od dziecka doświadczałem niesprawiedliwości, która mi serce krwawiła i zawiść w duszy wzmagała. Jeden tylko nauczyciel fizyki, mały, sucherlawy człowieczek, z długą rudą brodą, był zupełnie inny; postrach całej klasy, bicz boży na paniczów, na elegantów, ten mi nie dokuczał, nie prześladował; przeciwnie wszystkich uboższych chłopców zbierał w koło siebie, w nauce nam dopomagał, o świecie opowiadał; mnie on najwięcej między wszystkimi lubił. Wkrótce przekonałem się, że i ten sprawiedliwym nie był; przy klasyfikacyi czuliśmy my, przez niego protegowani, ubodzy synowie ludu, że nie sama nasza pilność i wiedza wywyższyła nas ponad innych bogatych paniczów, ale głęboka nienawiść, którą rudy profesor do wyższych warstw społecznych w swej piersi chował.
On to pierwszy truciznę niewiary i zwątpienia w mą duszę wlał. On nas nauczał, że siła i materya raz na zawsze są nierozdzielne, bo nikt nie widział siły oderwanej od materyi, ani też naodwrót materyi pozbawionej wszelkich sił fizycznych.
— Sprawiedliwość! opatrzność! — wołał nieraz nikły, zaschnięty człowieczek — to puste dźwięki, słowa bez znaczenia i sensu, przez scholastyczną szkołę wymyślone, a nam przekazane jako smutne dziedzictwo ciemnoty. Jedyna sprawiedliwość, to siła! Co wywalczysz, to posiędziesz, inaczej niewolnikiem, helotą pozostaniesz do śmierci. Walka o byt, to najwyższe prawo światem rządzące. Zgnieść tego, kto ci na drodze stoi, to jedyne przykazanie, obowiązujące ludzi silnych i mądrych.
Młode, niedoświadczone serca pożądliwie ponętną truciznę chłonęły. Nauki rudego nauczyciela nowe szlaki dla mojej myśli otwierały.
Pamiętam, że niejedne bezsenną noc przemarzyłem, myśląc o tych nowych dla mnie naukach, tętna gorączkowo mi uderzały, krew warem płynęła, myśl, dusza cała nurzyła się w ciemnych zaciekaniach, żądna odkrycia zagadki wszechbytu, początku wszechświata. A gdy sen skleił mi znużone powieki, to i w widzeniach sennych dwie moce staczały walki zażarte. Białe anioły, cheruby jasne, bohaterowie mojej ojczyzny, bohaterowie całej ludzkości, święci i męczennicy, o których sławie mnich mi prawił, gdym był dziecięciem, występowali do boju z czarnemi potworami, od których ogniem piekielnym ziało; zawzięci, niemiłosierni wojownicy otchłani walczyli z aniołami, a na czele zastępów piekielnych, czarnych szedł zawsze mój nauczyciel, ponury prorok z rudą rozwianą brodą, olbrzymią maczugą wywijał i łamał, druzgotał świetlane, promienne szeregi Gedeona, wołając wściekle:
— Bóg to utopia! Siła przed prawem!
Leżałem w gorączce, grozą wyśnionej walki zgnębiony i we śnie już nawet nie wiedziałem, po której stronie stanąć. Serce ciągnęło mnie do tych białych Gedeonowych zastępów, czułem rozpacz w duszy, patrząc na ich pogrom, wrodzone poczucie sprawiedliwości nakazywało mi biedz im na pomoc. — Z drugiej zaś strony oślepiał mię groźny majestat rudego proroka, jego zimna, ironiczna twarz; przestraszała mię jego potęga, przeczuwałem straszny ciężar druzgoczącej wszystko maczugi — i wbrew podszeptom serca przez sen wołałem:
— Siła przed prawem!
Lata płynęły... Coraz bardziej zapominałem o ojcu Gedeonie i o jego naukach, tylko ślepe przywiązanie do matki-Ukrainy i fanatyczna nienawiść do Lachów i Moskali pozostała mi z nauk tych na długo. Uczyłem się tyle, co mogłem, pożerałem chciwie wszelkie nauki, co w połączeniu z protekcyą rudego profesora zapewniło mi świetne świadectwa.
Nauki moje gimnazyalne miały się już ku końcowi, gdy z domu otrzymałem bardzo smutne wieści. Starszego mego brata Daniłę odesłali z korpusu do domu — zgarbionym, złamanym starcem w siedemnastym roku życia, obłęd miał w oczach i drżące członki, śmiał się dzikim, zwierzęcym śmiechem i jadł tak jak zwierzę. Biedny, stary ojciec siwe włosy z głowy rwał i jęcząc mówił, że Bóg go pokarał za to, iż własną krew obcemu bałwanowi na ofiarę rzucił.
Daniło idyotą został — do dziś dnia pomiędzy ludem na Zadnieprzu jako bożyj czołowik żyje i z miłosierdzia ludzkiego korzysta.
Najstarszy Lew w dwudziestym roku życia oficerem został i za Dunaj na wojnę poszedł. Pamiętam go, przed samym wymarszem na Wielkanocne święta do domu na trzy dni przyjechał z rodzicami się pożegnać. Ojciec i matka płakali nad nim, nie dlatego, że szedł na wojnę, bo taka już żołnierska nasza, kozacza dola, ale dlatego, że mowy ojczystej zapomniał, że ze wspomnień naszych, z tradycyi ukraińskiej się śmiał, że miał bez przestanku na ustach słowa o carskiej potędze, o wielkiem powołaniu Rosyi, że śmiał się i naigrawał z bezrozumnych ukraińskich mieezłanji.
Wesoło, bez żalu żegnał dom i płaczących gorzko rodziców, śmiał się i żartował.
— Nie płacz starik — z pocztowej bryczki jeszcze wołał do ojca — twój syn russkim genierałom budiet.
Pojechał. W pięć miesięcy później dano znać ojcu, że go ciężko rannego przywieziono do Mikołajowa i tam w lazarecie złożono, ale że tam taki natłok, że ranni są pozbawieni wszelkich wygód i opieki. Pojechał stary po niego i przywiózł po to tylko — by pod rodzinną strzechą ducha wyzionął. Pod Plewną tak go Turcy postrzelali, że cudem prawie dotychczas żył. Trzy dni też tylko między swoimi w malignie przeleżał i umarł, wołając.
Czest’ i sława gosudarju imperatoru! Wpierod rabiata!
Pochowaliśmy go na stepie w mogile, obok dziadowego grobu. Jesienny, zimny deszcz tego dnia padał, świat smutnie wyglądał, okryty, otulony szaremi, brudnemi chmurami. Stada wron i kruków nad głowami nam krakały. A zidyociały brat Daniło tańczył na mogile i śmiał się przeraźliwie, szkaradnie, szatańsko, niby puszczykowo.
— Sława! sława zaporozkiemu hetmanowi! — wołał bezrozumnym głosem — na pohybel wrogom! Mnohiji lita!...
Wstrząsł się ojciec cały i zapłakał jak małe dziecko, biednego idyotę kazał uprowadzić z mogiły, a do mnie rzekł:
— Ty synu nie pójdziesz już służyć białemu carowi, dość dwóch... oh! dość; ty służ matce-Ukrainie, może Bóg ci pobłogosławi.
Miałem wówczas siedmnasty rok, ukończyłem już był nauki gimnazyalne i zbierałem się jechać do Kijowa na uniwersytet.
W głowie mej zamęt panował straszliwy — wiara dziecinna zamarła zupełnie, a żal za nią uczuwałem, bo nie miałem jej czem zastąpić; w niezgodzie byłem sam z sobą, z własną duszą, która serdeczniejszej strawy łaknęła, a znaleść jej nie mogła w suchych dociekaniach naukowych, lub karkołomnych systemach filozoficznych. Żal za straconą wiarą czułem, a jednak śmiałem się za to sam z siebie, głuszyłem pragnienia duszy w zarodku, bojąc się przed samym sobą przyznać do nich. Żartowałem z uczuć wszelkich, a jednak jedno potężne, i z każdym dniem wzmagające się nosiłem w własnem sercu — uczucie nienawiści do Rosyi, do jej rządu.
W tydzień po pogrzebie brata wyjechałem do Kijowa, wraz ze mną wyjechała i moja siostrzyczka Eudoksya. Docia pieszczona, która naparła się koniecznie jechać do miasta na naukę.
Nie pomogły ani prośby, ani groźby ojca, pragnącego odwieść ją od tego dziwnego zamiaru; nie pomogły łzy matki chorej, umierającej prawie.
— Nie będę jadła, ani piła, ani spała — wołała ręce łamiąc — umrę tu, jeżeli nie puścicie mię uczyć się. Nie gnębcie mnie, nie więźcie, jam człowiek wolny, nie wasza poddanka.
Uparła się i pojechała, na niedolę swoją, na hańbę i wstyd dla ojca starego, dla mnie nieszczęśliwego.
Przestał opowiadać i spuścił głowę na piersi, w tej chwili zobaczyłem pierwszy raz łzę w jego oku. Wyrwany z głębokiej zadumy, w którą mię to boleści pełne opowiadanie pogrążyło, spojrzałem wkoło siebie i ujrzałem, że krótki styczniowy dzień miał się już ku końcowi; ogień wygasł zupełnie, a w miejsce trzasku płonącego łuczywa usłyszałem, jak wicher przeraźliwie świstał po kominie; na dworze, po za oknami, grubym szronem okrytemi, dawał się słyszeć huk burzy i gwizd huraganu — zamieć stepowa, podolska, rozszalała się na dobre na bożym świecie.
Zadzwoniłem, kazałem Maksowi przynieść drew i ogień na nowo rozniecić.
— Późno już — ozwałem się do Semena — słońce zachodzi, może się herbaty napijemy?
— Dobrze — odparł bezmyślnie i znowu pogrążył się w dumaniach.
Wkrótce ogień płonął znowu jasno, aż grabina z żaru trzeszczała, a małe jarzące węgliki do stóp się nam kłaniały; lekka, wonna para unosiła się po nad świeżo nalaną gorącą herbatą.
— Jeżeli mam panu dziś skończyć moje opowiadanie — pierwszy przerwał milczenie Kwitka, popijając pospiesznie gorącą jeszcze herbatę — to muszę opowiadać dalej. Do końca daleko.
— Mów! słucham — odpowiedziałem lakonicznie, zapalając papierosa.
— Gdy przyjechałem do Kijowa, trudno mi było zrazu znaleźć odpowiednie umieszczenie dla siostry i dla mnie, a rozdzielać się z nią nie chciałem. Po dość długich poszukiwaniach wynalazłem nareszcie na Lipkach wdowę po piechotnym kapitanie, która zgodziła się przyjąć nas oboje do swego domu. Po dość długich targach umówiłem się z wdową o cenę za nasze mieszkanie i pożywienie, i nie zwlekając, sprowadziliśmy się do niskiego domku.
Gospodyni nasza była Niemka z urodzenia, ale zmoskalona zupełnie i po mężu nazywała się Lisicyna; oprócz córki miała dwóch synów. Pracowite i dobre kobiecisko, nie wyzierała po za próg swego domu, dzieci z nią robiły, co same chciały, a ona myślała tylko, jakim sposobem im dogodzić, żeby im na niczem nie zbywało.
Moja Docia odrazu poprzyjaźniła się z cichą i zamyśloną Lizą Parehomówną; we dwie wyszukały sobie nauczycieli i rozpoczęła się Docina nauka, na własną rękę, przez nikogo niekierowana. Nie pozwalała bowiem nawet zapytać o to: gdzie była i co robiła?
— Jam nie niewolnica twoja — odpowiadała mi zawsze jednako, krnąbrnie i szorstko — po co mię pytasz o to, co do ciebie nie należy, ja przecież do twoich nauk i czynności zupełnie się nie mieszam.
Widziałem jednak, że uczyła się na zabój, nad siły, dnie i noce nad książką spędzała. Wynędzniała, wy mizerniała, rysy się jej zaostrzyły, oczy w głąb czaszki wpadły, świeciły żywym ale nienaturalnym, jakimś fosforycznym blaskiem; włosy przystrzygła krótko, po męzku i ubierała się bardzo skromnie, ubogo, w szarą wełnianą sukienkę, zawsze jedne i tę samą. Po półrocznym pobycie w Kijowie, niktby był jej nie poznał. Z pulchnej, zdrowej, wiejskiej dziewczynki, podobnej do rozkwitającego pączka róży, zrobiła się drażliwa, nerwowa, wynędzniała istota, sama niewiedząca, czego chce i dokąd dąży.
Ja wmieszałem się w różnobarwny tłum studentów. Czasy to były najżywszego ruchu słowianofilskiego w Kijowie. Pułki rosyjskie w zwycięskim pochodzie przedzierały się właśnie przez Bałkany; wieść o wzięciu Plewny i złożeniu broni przez rozsiewającego postrach wokoło Osmana — baszę, święcono jako wielkie święto wszechsłowiańskie, miasto iluminowano, w cytadeli z dział bito, we wszystkich cerkwiach odprawiano dziękczynne nabożeństwa. Tłumy ludu przeciągały ulicami, a radosnym wołaniom nie było ani miary, ani końca. I ja młody i zapalony złączyłem się na chwilę z tłumem, z gawiedzią uliczną; i mnie powodzenie rosyjskiego oręża głowę na chwilę zawróciło, upoiło, ale na mgnienie oka zaledwie.
Pośród nas było wiele młodzieży — studentów uniwersytetu i uczniów szkół średnich — z południowej Słowiańszczyzny. Ci mieli zawsze jakieś inne wiadomości z za Dunaju. Oni to pierwsi zaczęli szerzyć pośród nas wieści o bezsilności Rosyi — o tem, że zwycięstwa odnoszone nad rozkładającą się Turcyą są wysiłkami nadludzkiemi, pirrchusowemi tryumfami. Oni to pierwsi zawołali, że niema się czego Słowiańszczyzna cieszyć z powodzeń oręża rosyjskiego, bo jej wszystko jedno: czy być pod tureckiem czy rosyjskiem jarzmem; że niema różnicy pomiędzy sandżakami a guberniami; że nie wolność i swobodę, ale nową tylko formę niewoli niosą Moskale na Bałkański półwysep.
Wolnomyślni, rewolucyjnie usposobieni Rosyanie to samo już prawili i nas Rusinów ku sobie pociągali, co zresztą nie było zupełnie trudnem. Jak grzyby po deszczu rodziły się codziennie rewolucyjne, wolnomyślne piosenki i rozpowszechniały się z niesłychaną szybkością — dziś skomponowaną, jutro całe miasto nuciło i wnet rozchodziły się po całem państwie. Do śmierci nie zapomnę nuty i słów piosenki, która, zrodzona w Kijowie, w kilka dni później doszła do Uralu — do Wisły — nad Dunaj — i do lodowych skał Północnego Oceanu.
Tu począł zrazu cicho nucić, głos jednak wzmagał się mimowolnie, zapał go unosił tak, że wkrótce słyszałem wyraźnie i melodyę i słowa. Śpiewał:

»Czto rol pazornuju igrajem,
My na dwojnom staim puti,
Adnoj rukoj my Polszczu dawim
Drugoj Sławian chatim spasti.

Oh! wy Sławianie naszi bratija
Pust’ was nie tieszyt zwon mieczej.
Bo Judy nowaho abjatija
Straszniej tureckich pałaczej!

I kak Jewreji źdut mesyja
I nie daidut sia nikahda;
Tak nie wzajdiot dla was w Rossyi
Aswobożdienija zwiezda«[1]

Nie wzajdiot! nie wzajdiot! — powtórzył dwukrotnie.
— Zrazu pieśń ta gniewała mnie — opowiadał dalej — gniewał mnie brak patryotyzmu u młodych Rosyan, którzy mogli taką piosnkę o swej ojczyźnie śpiewać. Później przekonałem się, że mieli zupełną słuszność, że dla wszystkich Rosyan, mających szlachetniejsze porywy, idealniejsze cele, dzisiejsza Rosya przestała już być ojczyzną, a stała się — krajem niewoli egipskiej.
Wolnodumcy ci rosyjscy powoli wciągali i nas Rusinów do swej roboty; Serbowie, Bułgarzy, Czarnogórcy dawno już byli z nimi w porozumieniu. Polaków tylko nie mogli zwabić. W tym czasie pierwszy raz zetknąłem się z Polakami. Niezbyt wielu było ich w Kijowie, a ci, co byli, dzielili się na dwie zupełnie oddzielne, nie stykające się ze sobą partye. Jedna liczniejsza, po największej części ze studentów medycyny złożona; — ci o chlebie powszednim myśleli — ubodzy, straszliwie — ubodzy chłopcy o wszystkiem zapomnieli w nauce pogrążeni, w nauce, która im kiedyś miała dać stanowisko i sposób do życia. Drudzy, panicze, z tytułu byli tylko studentami, na wykłady nie przychodzili prawie nigdy, z bogatą rosyjską młodzieżą za pan brat przestawali i z nimi razem powozami czasem do uniwersytetu zaglądali, a po całych dniach i nocach u Sitowej w operetkowym teatrze siedzieli, z aktorkami się zabawiając.
O jakiemkolwiek porozumieniu między nami a Polakami, do którejbądź partyi należącymi, nawet mowy być nie mogło. Myśmy im nieufali — oni nas unikali i bali się nawet pozoru jakiego zetknięcia.
Z natury rzeczy musieliśmy wejść w ściślejszy stosunek z południowymi Słowianami i z wolnomyślnymi Moskalami, lecz ci ostatni nigdy nie odkryli nam swojej organizacyi, ani zapoznali dokładnie z celami, do których dążą. Poprostu pragnęli mieć z nas posłuszne narzędzie do wykonania swych ciemnych planów, chcieli cudzą ręką kasztany z ognia wyciągać.
W początkach chodziłem na te tajemnicze schadzki, na których więcej dysputowało się, niż robiło; więcej się krzyczało, niż postanawiało. Przy ciemnej, kopcącej lampie siadywało nas nieraz ze czterdziestu w nieobszernej studenckiej izbie, popijając cuchnącą wódkę i brudną herbatę, zagryzając to razowym chlebem i słonym groszowym śledziem. W czasie tych posiedzeń przewracaliśmy językiem ustrój społeczno-państwowy całej Europy.
Gdy który z nas domagał się od tego areopagu przyznania praw istnienia w przyszłości dla rusko-ukraińskiej rzeczypospolitej, wówczas powstawał najczęściej Godin, żyd z pochodzenia, a przywódca partyi ruchu i wołał namiętnie:
— Precz z wszelkiemi narodowościami! Niech giną rasy i plemiona, niech giną państwa i narody! Won! won z tym starym, zardzewiałym, spróchniałym aparatem! won! Naszym celem ludzkość wolna, zjednoczona, wszelkich więzów, kajdan pozbawiona. My nie Rosyanie, my ludzie tylko.
— Dlaczegóż Polacy się z wami nie łączą? Oni z waszych mrzonek skorzystają, ojczyznę sobie odbudują, a was i nas w nową niewolę wprzęgną — pytał któryś z naszych zagorzelców.
Co, Polacy? — wrzeszczał wówczas roznamiętniony trybun — jeżeli oni nie wyrzekną się swoich bałwanów, swojej głupiej ojczyzny, i niedorzecznej religii — swoich popów i szlachciców, a w zamian za to nie zaczną służyć naszym celom, z nami ręka w rękę nie pójdą, to zgnieciemy ich w naszym dziejowym pochodzie, kraj ich cały z ziemią zrównamy, naród co do nogi wytracimy, aby to zapleśniałe, plugawe robactwo nie mnożyło się nadal.
Przy podobnym sposobie spiskowania i działania do rezultatu niebezpiecznego dla państwa nie mogliśmy dojść, a co do nas Rusinów, to nawet nie dążyliśmy do tego. Agitacya nasza niczem się nie różniła od dysput i marzeń młodzieńczych — na całym świecie. Mnie one nie wystarczały, uwikłałem się w inną sprawę, uczucie raczej, która mi wiele boleści sprawiła, wielkiej cichej rozpaczy była przyczyną — jednak sprawa to zupełnie osobista.
Po ostatnich słowach Semen zamilkł, wstał z krzesła i zaczął szerokiemi krokami chodzić po pokoju; czoło mu się w głębokie pionowe bruzdy fałdowało, oko suchym blaskiem świeciło, a cała twarz przybrała wyraz zaciekłości, czy głębokiej a tłumionej wewnątrz boleści. Po chwili wziął ze stołu papierosa, zapalił go i puszczając duże kłęby dymu przed siebie, chodził po pokoju coraz to szybszemi krokami; nagle stanął wprost przedemną.
— Czy ciekawyś pan uczuć ubogiego ruskiego studenta?— zapytał wzburzonym, drżącym głosem, patrząc mi przytem badawczo w oczy — dziejów jego nieszczęśliwej miłości, jego zawodów, rozpaczy?
Chciałem mu odpowiedzieć potakująco, ale nie dał mi przyjść do słowa, tylko zapalając się coraz bardziej, mówił:
— Eh! choć może to pana i nie zajmie, ale mnie lżej będzie, gdy komu opowiem, a zresztą może i zainteresuje pana ta opowieść, zawsze to oryginalny i charakterystyczny rys społeczeństwa i naszej epoki, a może tylko mnie się on takim wydaje.
Mówiąc to urywanym głosem, niby do siebie, usiadł znowu na dawnem miejscu i zaczął porządnie opowiadać dalej.
— Mieszkaliśmy, jak panu mówiłem, na Lipkach u wdowy Lisicynej, ta miała córkę Lizę, na oko poczciwą, dobrą dziewczynkę. Gdy przyjechałem do Kijowa i zamieszkałem wraz z siostrą u Lisicynych, Liza mogła mieć szesnaście lat; ja uważałem ją za dziecko i nie zwracałem na nią uwagi; Docia, moja siostra, choć młodsza od niej prawie o cały rok, wydawała mi się w porównaniu z Lizą dorosłą kobietą.
Zapisałem się był na filologiczny wydział, mając zamiar wykształcić się na nauczyciela, w celu szerzenia kiedyś pomiędzy moimi uczniami poczucia odrębności małoruskiej narodowości. Uczyłem się, na zebrania studenckie uczęszczałem stale — na dziewczynę, z którą pod jednym dachem mieszkałem, nie spojrzałem nawet — spotykaliśmy się tylko przy obiedzie i wieczerzy.
Bliższe nasze poznanie rozpoczęło się od tego, że kiedyś po obiedzie Liza poprosiła mnie, bym przejrzał i poprawił jej wypracowanie z literatury; wziąłem zeszyt, uśmiechając się ironicznie i poszedłem do mego pokoju — przyznam się, że byłem pewny, iż spotkam się z całą kupą nonsensów.
Zacząłem czytać i z podziwienia wyjść nie mogłem; wprawdzie tu i owdzie spostrzegłem kilka omyłek gramatycznych lub ortograficznych, ale całość wypracowania szesnastoletniej dziewczyny zaimponowała mi ogromnie. Po przeczytaniu pierwszej stronnicy usłyszałem jakiś szelest za plecami, podniosłem oczy i ujrzałem Lizę, stojącą tuż obok mnie. Była mocno zarumienioną, szczupła, nierozwinięta jeszcze jej pierś podnosiła się i opadała nieregularnie, a z ładnych modro-błękitnych ocząt, z zakłopotanego wyrazu okrągłej twarzyczki, przezierał niepokój i niepewność.
— Z jakiej książki przepisałaś to pani? — spytałem szorstko.
Dziewczyna zarumieniła się jeszcze mocniej, a w oczach jej zauważyłem błyskawicę gniewu i oburzenia.
— Gdybym była przepisała, to nie miałabym była potrzeby prosić pana o poprawianie — odpowiedziała rozdrażnionym głosem i nie patrząc na mnie, sięgnęła pospiesznie ręką po zeszyt. Nie dałem jej go wziąć, przytrzymałem jej drobną rękę i przeczytałem do końca. Ona stała milcząca obok, czekając wyroku.
Skończyłem i spojrzałem znowu na nią z niedowierzaniem; wypracowanie napisane było doskonale, niezwyczajnie; czułem to, że ja, student filologii, nie potrafiłbym tak napisać, a miałem się za mądrego. Od owej chwili zacząłem się bacznie przypatrywać Lizie.
O miłości, o kochaniu z początku ani mi się śniło; patrzyłem na nią, jak na okaz niezwykle zdolnej dziewczyny; rozmawialiśmy z sobą coraz częściej, coraz dłużej. Gdy nadeszła wiosna, chodziliśmy z sobą na spacery w dwie pary ja z Lizą, Docia zaś z jej bratem Aleksiejem Lisicynem. Ci, kochali się naprawdę. Nie pytałem wprawdzie Doci o to, bo znałem jej tajemnicze, skryte usposobienie, ale byłem pewny, że skończy się to pomyślnie; Aleksiej za dwa lata miał skończyć medycynę, gdy zostanie lekarzem, pobiorą się zapewne; zdawało mi się to tak naturalnem, że nawet nigdy nie zastanawiałem się nad tem dłużej.
Że Lizę pokochałem, przekonałem się dopiero naówczas, gdy po skończeniu pierwszego roku moich nauk uniwersyteckich pojechałem do domu na ferye. Zrazu nie wiedziałem, co mi być może; nie umiałem znaleźć sobie zajęcia, dnie zdawały mi się być wiekami. Nieraz godziny całe w stepie na kurhanie przepędzałem, myśląc tylko o niej bezprzestannie, rozpamiętywałem każde jej słowo, każdy jej ruch, przypomnieć sobie starałem wyraz jej twarzy przy każdem słowie, jakie do mnie przemówiła kiedykolwiek; zdawało mi się, że słyszę dźwięk jej śmiechu wesołego.
Każdą moją rozmowę z Docią kończyłem mimowolnie zapytaniem: czy Liza do niej nie pisała? albo: co się tam z Lizą dzieje?
Siostra śmiała się ze mnie, drwiła z mego sentymentalizmu, twierdząc, że powinienbym się był sto lat temu urodzić, że dziś nie pora już na takie pasterskie miłostki.
Rozdrażniony podobnemi przycinkami, zacząłem jej Aleksiejem dokuczać; mówiłem jej, że jeżeli myśli, że ja o niczem nie wiem, to się bardzo myli, wiem ja, wiem wszystko, tylko mówić jej nie chciałem, nie chciałem jej o to pytać, bo zresztą to do mnie nie należy — ale w każdym razie ona nie ma prawa dokuczać mi miłością dla Lizy, bo sama ni lepsza, ni rozumniejsza.
Cha! cha! cha! Ja, ja mam być zakochaną — zawołała, śmiejąc się do rozpuku — i w kim, w Aleksieju? Semenie, tyś chyba rozum stracił — mówiła, śmiejąc się ciągle. — Nas dwoje i miłość, dwoje rozsądnych ludzi i miłość! Co to jest miłość?... Prawda, ty się fizyologii nie uczysz, ty filolog, poeta, nie rozumiesz tego. Powiem ci więc, że trzeźwi, dzisiejsi ludzie owej lirycznej roztkliwionej miłości nie znają. Daj mi więc pokój i nie męcz mię nierozsądnemi pytaniami i przypuszczeniami. Możesz się kochać w głupiej Lizie do szaleństwa, ale mnie o podobne zboczenia umysłowe nie posądzaj.
Odszedłem rozżalony na siostrę i równocześnie zasmucony głęboko. Często już z moją siostrą nie mogliśmy się zrozumieć nawzajem. Błądziłem więc coraz dłużej po stepie, siadywałem nad strumieniem i wczytywałem się w poezye Puszkina i Lermontowa. Dostrajałem się w duchu do wysokości romantycznych bohaterów; patologiczny bajronizm, z tęsknoty za ukochaną zrodzony, zawładnął całą moją istotą. Nie wytrzymałem jednak długo w osamotnieniu.
Pod pozorem, że chcę sobie wyszukać korepetycyje, aby w ten sposób ulżyć trochę ojcu w wydatkach na nasze utrzymanie, wyjechałem do Kijowa na trzy tygodnie przed końcem feryj.
Liza przyjęła mię serdecznie, widziałem blask radości w jej oczach; powiedziała mi, że tęskniła za mojem towarzystwem, że rada z mojego powrotu. Tak więc rozpoczął się dalszy ciąg mojej idylli.
Wykładów jeszcze nie było, czas miałem zupełnie wolny. Chodziliśmy codziennie na długie spacery w dół z biegiem rzeki ponad brzegami Dniestru, albo, przejechawszy jednę, dwie stacye koleją, zapuszczaliśmy się w chłodne sosnowe lasy, gdzie na żółtym piasku rosną olbrzymie paprocie. Nigdy jednak nie przemówiłem do niej namiętniejszem słowem; zachowywałem się zawsze tak, jakby tam zawsze był ktoś trzeci z nami. Uważałem ją za świętość, nigdy myśl nawet zuchwalsza nie postała w mej głowie.
Trzy tygodnie przeszły jak mgnienie oka. Nazajutrz miała Liza powrócić z wakacyj, spodziewano się i Aleksieja, który czas feryj w Krymie przepędzał. Wracaliśmy z dłuższego spaceru ponad Dnieprowemi brzegami; szliśmy właśnie szeroką wspaniałą aleją, prowadzącą od Mikołajewskiego mostu do cytadeli; noc była jasna i czaru pełna, noc wrześniowa, promienista; księżyc zlewał obfite strumienie światła; ciemny szafir nieba aż mienił się w jego promieniach. Ona szła milcząca, przytulona do mego ramienia, a mnie się zdawało, że idziemy... do nieba. Mimowolnie dotknąłem jej ręki, która bezwładnie zwisła z mego ramienia i zacząłem ją pieścić i ściskać; dziewczyna nie broniła mi tych pieszczót, owszem uczułem, że przygarnęła się czulej do mego ramienia — czułem drżenie jej ciała.
Żal mi się zrobiło wówczas straconych chwil, które sam na sam z sobą przepędziliśmy. Przypomniałem sobie, że już więcej nie będziemy mogli chodzić tak we dwójkę... Temi myślami zajęty, usunąłem się z chodnika i stanąłem pod rozłożystem drzewem, opierając się o balustradę. Patrzyłem w dół na Dniepr cudowny — niezrównany. Ona także się nachyliła ponad balustradę, uczułem wtenczas wyraźnie bicie jej serca; słyszałem jej oddech nieregularny, przerywany; jej złote, krótko ostrzyżone, kędzierzawe włosy muskały o moją skroń.
Nie mówiąc ani słowa, zwróciłem swą twarz ku niej i pocałowałem ją. Odsunęła się powoli, jakby niechętnie odemnie i cichym proszącym głosem szepnęła:
— Siemion, nie rób tego, proszę... to może nas zadaleko zaprowadzić... Nierób mnie nieszczęśliwą.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu tak zawstydził się, jak wówczas; słowa jednego na moje usprawiedliwienie nie mogłem wyksztusić. Od tego dnia kochałem ją jeszcze więcej.
I znowu przerwał Semen swoje opowiadanie, rozpaloną skroń oparł na dłoni i pogrążył się w głębokiej zadumie. Patrzyłem nań uważnie w milczeniu. Proste słowa tego opowiadania odkrywały mi głębie jego duszy i wywoływały w mojem sercu przykre, bolesne wspomnienie, a równocześnie, ze wstydem, przyznaję się, uczuwałem w duszy jakąś zazdrość brzydką, gniewało mię to prawie, że on, syn na wpół dzikiego kolonisty gdzieś aż z dzikich pól, doświadczał takich samych uczuć, jak my, ludzie salonu. Czyżby uczucie to nie znało granic społecznych? Czyżby było własnością wszystkich ludzi bez różnicy stanu?
Semen znać odgadł moje myśli, bo podniósł nagle głowę i patrząc na mnie mówił, zapalają się swemi własnemi słowami.
— Miłość!... ha! cóż to jest miłość? Jest to cudowny, niezbadany kwiat duszy ludzkiej, który rozkwita tak w cieplarniach społecznych, jakoteż na nizinach, na stepach, na ugorach; a jeżeli jest prawdziwy, to jednaką woń odurzającą posiada. Więcej, lepiej, tkliwiej niż ja kochałem Lizę, nie potrafi kochać nikt na ziemi, ani wszechwładny książę, ani potężny gieniusz; w miłości mojej byłem na wysokości mocarzy i geniuszów świata.
Roznamiętniał się coraz więcej, twarz mu promieniała i słowa płynęły z ust gwałtownie — jak górska kaskada.
— Co to jest miłość? To światło słoneczne duchowej natury; człowiek, który nie zaznał blasku światła tego, nie żył, nie mógł żyć prawdziwie, nie czuł się nigdy zupełnym człowiekiem, wegetował jedynie. A taki zaś, który przyzwyczaił oczy duszy do tego blasku, a później zgaszono mu tę pochodnię, tęskni za jasnością tą i żyje wspomnieniami.
— Gdy jednak błędne ogniki brał za światło prawdziwe? Gdy kometę gonił, myśląc, że to gwiazda stała? — przerwałem zapaleńcowi, sam uniesiony jego słowami i wspomnieniami. — Jeżeli marę uczuć czcił jak prawdziwe uczucie, jeżeli się omylił, to za czem tęskić ma?
— Niech i wówczas nie wyprowadza się z błędu, jeżeli tylko może; po co zabijać miłe wspomnienia? Ja wiem, że miłość opromieniła mi dwa lata życia i zrobiła to, żem dziś człowiekiem, nie bydlęciem; ochroniła moje ciało od zniszczenia, moją duszę od zgnilizny.
Kochałem Lizę — i miłość moja sprawiła, że nie należałem do wybryków, do rozpustnych orgij, w których nurzali się moi koledzy; kochałem Lizę — i uczucie to zmuszało mnie sądzić sprawiedliwie; idee, zamiary i czyny moich towarzyszy; miłość ochroniła mnie od tego, że nie przyznałem słuszności utopijnej mrzonce: iż nie ma na świecie prawa własności — bom ja serce, całą istotę Lizy uważał za moją wyłączną własność i życie z ochotą naraziłbym był w obronie tej własności; wszelkie teorye: o wolnej miłości, o zburzeniu rodziny, zdawały mi się z tego samego powodu głupią gadaniną.
Jedynem pragnieniem mego życia wówczas było: skończyć nauki, zostać gimnazyalnym nauczycielem, gdzieś w okolicy przez Rusinów zamieszkałej, ożenić się z Lizą i w szczęściu, w rozkoszy żyjąc — pracować nad rozbudzeniem poczucia narodowej odrębności w uczuciach mej opiece powierzonych.
Z pragnień tych nie uskuteczniło się ani jedno. Huragan życia porozwiewał, porozpędzał młodzieńcze marzenia — pozostały wspomnienia i nauka na przyszłość: sucha, bezlitosna nauka życia.
Na politycznym widnokręgu wówczas występowały różne nieoczekiwane, nieprzewidziane zdarzenia jedne po drugich. Zwycięstwa zadunajskie, pokój San-stefański zniesiono na kongresie berlińskim — jednem pociągnięciem pióra: urok, aureola, blask, które otaczały Rosyę w oczach wszystkich Słowian, rozwiały się raz na zawsze; partya przewrotu podniosła zuchwale głowę i dążyła uparcie do wzniecenia rewolucyi społecznej; spiski knowano bez przestanku, zamach następował po zamachu; w powietrzu czuć było coś niezwyczajnego, a wśród studentów panował tragiczny nastrój.
Nie czas opisywać panu owych gwarnych zebrań i schadzek młodzieży, które stawały się coraz częstszemi, na których wygłaszano coraz to skrajniejsze teorye, postanawiano coraz bezwzględniejsze sposoby działania. Rząd zdawał się być oślepionym, przestraszonym, policya nie śmiała nawet zwracać uwagi na kluby i kółka, które tworzyły się między nami.
Polacy zamanifestowali się wyraźnie i usunęli się od wszelkiego współudziału, od wszelkiéj konspiracyi; kilku zaledwie wichrowatych i wykolejonych i upadłych moralnie zaciągnęło się do klubu nieprzejednanych rewolucyonistów.
Z nami Rusinami kokietowała partya ruchu i starała się wszelkiemi sposobami pociągnąć nas ku sobie, złote góry nam obiecując; trzymaliśmy się jednak zdaleka, i naprawdę niewielu więcej z naszych było wtajemniczonych, niż Polaków; na ogólne zebrania chodziliśmy jednak i mniej więcej wiedzieliśmy, do czego wszystko zmierza.
Godin stał zawsze na czele nieprzejednanych terorystów; do akcyi, do wykonywania wyroków, do zamachów skrytobójczych nie używano go nigdy i obawiano się na niebezpieczeństwo go narazić — nieocenionym był bowiem jako agitator; jego wymowa błyskotliwa a potężna, rozumowanie najczęściej paradoksalne, ale piekielnie łudzące i napozór logiczne, czyniły zeń jeneralnego mówcę nocnych zebrań.
Podczas trzeciego roku moich studyów wciągali mnie koledzy coraz częściej na te posiedzenia. Słuchałem tylko, nie spieszyłem zabierać głosu, perswadować; czułem to doskonale, że nie leżało w zakresie moich sił powstrzymać ten rozhukany strumień, ale widziałem też wyraźnie, że w niedobrym kierunku płynie.
Pamiętam, jak na jednem z takich zgromadzeń Godin wystąpił z gwałtowną, świetną mową. — W mowie tej ogłosił zgromadzonym, że wtajemniczeni dowiedzieli się na pewno, iż cesarz rozkazał przygotować projekty przyszłej konstytucyi dla Rosyi; że Loris Melikow popycha wszelkiemi siłami tę sprawę naprzód.
Tu i owdzie ozwały się oklaski i okrzyki radości. Zagłuszył je jednak grzmiący głos Godina.
— Niedoczekanie ich! zawołał wściekle. — My nie dopuścimy do tego! Nie możemy dopuścić! Konstytucya, to nasza śmierć! To śmierć całej młodej, pełnej nadziei, jakąś wartość mającej Rosyi. To oszukaństwo tyranów, którzy będą nas ugniatać parlamentaryzmem, tak jak gniotą inne narody w Europie i będą mówić, że gniotą — legalnie. Głupi motłoch olśnią konstytucyą i tłuszcza ta zpodleje, znikczemnieje do reszty. Bogacze legalnie już obdzierać będą naród i nikt im nie będzie śmiał nic powiedzieć, bo z woli ludu działać będą. Nie! nie! po stokroć nie! My nie możemy dopuścić do ogłoszenia konstytucyi, nie możemy oddać tego stada baranów do uprawomocnionej strzyży... Raczej uciec się do ostatecznych środków... Raczej śmierć dla Loris-Melikowa!... Śmierć dla tyrana Aleksandra II!
Na te słowa mróz po nas przeszedł. My Rusini, pośród których było wielu chłopskich synów, chowaliśmy w sercach bądź co bądź cześć i wdzięczność dla osoby dobrotliwego i wspaniałomyślnego monarchy, który lud kreposny z niewoli pomieszczykow wyswobodził. Ozwały się tu i owdzie energiczne protesty, ale »nieprzejednani« zagłuszyli je natychmiast i zagrozili najstraszniejszą zemstą temu, ktoby tajemnicę choć pół-słówkiem zdradził; wiedzieliśmy dowodnie, że groźbę wykonaliby z pewnością. Groźby te zresztą były zupełnie zbyteczne, lecz nikt z naszych nie mógł się domyśleć, kiedy, jak i przez kogo zamach ten miał być wykonany; wprawdzie ludzie, biorący udział w zgromadzeniach, wiedzieli już o istnieniu sprzysiężenia na życie cesarza, wprawdzie wieść ta szerzyła się pomiędzy młodzieżą z błyskawiczną szybkością, nikt jednak nie był w stanie odkryć sprzysiężenia — zapobiedz zbrodni.
Dnia tego byłem raz ostatni na rewolucyjnem zgromadzeniu. W tydzień później przyszedł do mnie jeden z komitetowych i oświadczył mi, że »naczelna trójka« ma mnie w podejrzeniu, że kazano mnie śledzić, i że ciężko odpokutuję każde słowo, któreby mogło wprowadzić policyę na ślad organizacyi.
Wytłumaczyłem mu, że na zgromadzenia nie chodzę, bo jako Rusin mam co innego do czynienia — niż mieszać się do zatargów i walk, jakie powstają między jedną a drugą partyą rządzącego i panującego nam narodu. Co do zdrady — upewniłem go, że mogą być zupełnie spokojni — wszak od trzech lat prawie wiem o spiskach i zgromadzeniach, więc mogłem zdradzić i przedtem.
Wyszedł, powtarzając groźbę.
Miałem dość tego wszystkiego, wiedziałem już wyraźnie, że ani od rządu, ani od partyi rewolucyjnej nie możemy się niczego spodziewać; że tak rządząca, jak i spiskująca część narodu rosyjskiego nie chce nic wiedzieć o naszem istnieniu i zaprzecza nawet naszemu językowi prawa bytu, zwąc go gwarą ludową.
Kilkudziesięciu nas, Rusinów, uorganizowało osobny klub i pracowaliśmy tylko nad zapoznaniem się drobiazgowem z naszą ubogą literaturą; robiliśmy usiłowania zawiązania stałych stosunków z żyjącymi po za obrębem państwa rosyjskiego; pragnęliśmy węzły plemienne zacieśnić, do jakiegoś porozumienia doprowadzić, język i pisownię uczynić jednaką, odrębność naszą narodową zaznaczyć.
To nas zgubiło.
Stosunek z Lizą był zawsze jednaki, nic jej nie mówiłem o miłości, o zamiarach moich, obawiałem się, żeby nas to za daleko nie zawiodło; ja uczyłem się do egzaminu, ona zaś teraz więcej gospodarstwem domowem, niż nauką się zajmowała, bo stara Lisicyna coraz częściej i niebezpieczniej na zdrowiu zapadała.
O Docię zaczynałem być na seryo niespokojnym, stosunek bowiem, łączący ją najwyraźniej, choć go się wypierała, z Aleksiejem Lisicynem, mógł być w danym razie bardzo niebezpiecznym; wiedziałem o nim napewno, że do partyi najzagorzalszych terorystów należał i czynny udział we wszystkich robotach partyi brał; jedyną moją pociechą była pewność, że był on nad wyraz przezornym i sprytnym człowiekiem i prawdopodobnie potrafiłby zawsze z niebezpieczeństwa się wywikłać i poszlaki zmylić — przypuszczenia te nie omyliły mnie.
Zimę całą przeżyliśmy jak w gorączce. Groźby terorystów stawały się coraz to głośniejsze, wszystko robiło się prawie jawnie; policya zgnębiona, jakby otumaniona, latała bez celu na wszystkie strony, robiła wszędzie rewizye, ale nic znaleźć nie mogła, nikogo nie więziła; z powodu tej bezkarności szał rósł z każdym dniem, głośno dawały się słyszeć zdania, że rząd czuje się bezsilnym, że boi się drażnić, że partya rewolucyjna wzięła już górę w całym narodzie, że z tego powodu policya patrzy na spiski i agitacye przez palce. Później dopiero wyszły na jaw rozporządzenia Loris-Melikowa, nakazujące do pewnego czasu umiarkowane postępowanie, ażeby nie wywołać tumultów i w ten sposób nie oddalać ogłoszenia konstytucyi.
Pierwszego marca zachciało się naszym dziewczętom pójść do teatru; poszedłem i ja z niemi, żeby je potem w nocy do domu odprowadzić. Wieczór ten zostanie mi pamiętny na całe życie.
W czasie trzeciego aktu nagle, niespodziewanie wszedł jenerał-gubernator do swej loży; ubrany był wbrew zwyczajowi w pełny, galowy uniform, a twarz jego i wyraz jej stanowczy zapowiadały coś niezwykłego. Skinął ręką w stronę sceny — aktorowie przerwali przedstawienie, a w całej sali zapanowało grobowe milczenie, tragiczność chwili była zrozumiałą dla wszystkich.
— Obwieszczam wam — przemówił smutnym, złamanym głosem cesarski namiestnik — że straszny... najstraszniejszy cios dotknął dziś naszą ojczyznę świętą Rosyę. Najmiłościwiej nam panujący dotychczas monarcha, cesarz Aleksander II, dziś już nie żyje.... Zabity zbrodniczą ręką.
Skończył mówić, cisza grobowa panowała ciągle w sali, nikt nie śmiał się pierwszy odezwać, nikt pierwszy poruszyć z miejsca.
Chociaż nie byłem rosyjskim patryotą, chociaż w duszy chowałem nienawiść do państwa, które za krew w jego sprawie przelewaną odpłaciło nam zdradą i niewolą — mimo to uczułem, że mi jękła boleśnie jakaś tam struna w sercu. Jako uczciwy człowiek uczułem, że stała się zbrodnia straszna, a bezrozumna, bezcelowa, zbrodnia, która cofnie całą Słowiańszczyznę wstecz, zatrzyma jej naturalny pochód dziejowy. Przeczuwałem, że rząd użyje teraz wszelkich środków represyi i uprawnionym będzie do tego w oczach całej Europy; że więzić i katować będą winnych i niewinnych; że zapełnią się cytadele i więzienne kazamaty po same brzegi; że kwiat wykształceńszej młodzieży uwiędnie w podziemiach i katordze, zginie pod knutem i przy taczce.
I nie omyliłem się.
W milczeniu podałem rękę Lizie i bez słowa rozmowy doszliśmy do domu. Tam dopiero pierwsza przerwała milczenie moja siostra i słowami swojemi wzburzyła mię do reszty. Mówiła, że: to, co się stało, nieodzownie stać się musiało dla przyszłego szczęścia narodu; że cesarz posiadający już i tak miłość prostego ludu, chłopów i czerni na obszarze całego imperium, podpisując konstytucyę, stałby się bożyszczem całego narodu — i walka z nim stałaby się niemożebną, itd. itd. Recytowała całą szlachetną teoryę, głoszoną przez Godina i »nieprzejednanych«.
Uniosłem się, powiedziałem jej, że jest głupią dziewczyną, która jak papuga powtarza, co jej Aleksiej nagadał, że w głowie się jej zupełnie przewróciło, i wyszedłem do swego pokoju, zatrzasnąwszy gniewnie drzwi za sobą.
Opanowało mię zupełne jakieś ubezwładnienie duchowe, opuściła mię ochota do życia, na chwilę nie mogłem zebrać myśli, i prawie szczęśliwym się uczułem, gdy trzeciego dnia przyszedł żandarmski oficer z żołnierzami i zaaresztował mię. Nie pytałem go nawet: za co? na jakiej podstawie? z czyjego rozkazu? Poszedłem za nim, rad, że nikt nie będzie mi moich dumań przerywać. Melancholia jakaś opanowała mnie zupełnie.
Przy ostatnich słowach Kwitki wszedł służący z doniesieniem, że podano wieczerzę. Semen powiedział, że niema zupełnie apetytu, że kolacyi zresztą nigdy nie jada. I mnie się jeść dziś jakoś nie chciało, opowiadanie Rusina zajęło moją myśl, zabsorbowało tak uwagę, że zabiło apetyt.
Kazałem więc tylko podać światła do pokoju. W chwili przerwy w opowiadaniu zauważyliśmy, że zamieć na dworze wzmogła się jeszcze i szalała teraz z wściekłością; mały mój drewniany domek aż trząsł się w swoich posadach, krokwie w dachu trzeszczały żałośnie; o powrocie Kwitki do Maliniec nie można było nawet marzyć; został więc na noc i opowiadał dalej.
— Początków mego pobytu w więzieniu — mówił znowu — nie pamiętam zupełnie; od dawna nurtująca, kryjąca się w organizmie choroba z nóg mię zwaliła, pozbawiła przytomności — dostałem silnej tyfoidalnej gorączki.
Do przytomności powróciłem dopiero w kilka tygodni po uwięzieniu, w fortecznym lazarecie. Zacząłem wtenczas zastanawiać się nad mojem położeniem i uspokoiłem się pod tym względem.
— Cóż mi mogą zarzucić? — myślałem. — Do niczego nie należałem, nic na sumieniu nie mam, dowodów winy znaleść nie mogą, wobec tego, że winy nie było. Potrzymają trochę w śledczem więzieniu i wypuszczą.
W zasadzie nie omyliłem się. A jednak to więzienie było przyczyną zwichnięcia całej mojej karyery w Rosyi, skierowania mego życia na inne tory.
Po zupełnem wyzdrowieniu przeniesiono mię ze szpitala do kazamaty. Siedziałem tam dnie, tygodnie, miesiące długie... długie. Nikt nie zapytał nawet o mnie. Oprócz strasznej, okrutnej nudy, nie doznawałem innych przykrości. Wszystko, co na świecie mówią o znęcaniu się w śledczych więzieniach nad więźniami politycznymi — w dzisiejszych czasach — jest nieprawdą. Izbę miałem suchą i przestronną, jedzenie wcale znośne i obchodzono się ze mną ludzko, t.j. właściwie nie obchodzono się ze mną wcale, bo oprócz stróża więziennego, który mi jedzenie przynosił, nie widziałem nigdy nikogo. Mogłem był zapomnieć mówić.
Czasem gniewało mię to, że nikt od rodziny, nikt od Lisicynych nie starał się ze mną zobaczyć; po zastanowieniu się jednak śmiałem się sam z siebie i z moich dziecinnych zachcianek, rozumiałem bowiem, że to było pomimo wszelkich starań niemożliwem.
W pół roku po uwięzieniu zawezwano mię do protokołu, przesłuchano i odprowadzono z powrotem. Siedziałem znowu z pół roku i znowu nowe przesłuchanie. Tak powtórzyło się ze cztery razy.
Wreszcie zaprowadzono mię do sali sądowej. Ujrzałem tam obok siebie dwudziestu kilku kolegów Rusinów tak samo, jak i ja, pod strażą przyprowadzonych. Za stołem, zaścielonym czerwonem suknem, na którym stało błyszczące »zierkało«[2], siedziało kilku oficerów wyższych i niższych stopni.
Gdy nas już wszystkich wprowadzono, powstał jeden z pomiędzy nich — wojenny prokurator i oświadczył, że: z powodu braku dowodów naszej winy, oskarżenie o zbrodnię...zdrady stanu przeciwko nam cofa; a dochodzenie przestępstwa tworzenia zakazanych tajnych towarzystw w łonie uniwersytetu przekazuje sądowi uniwersyteckiemu.
Odprowadzono nas znowu do kaźni, ale już tylko na kilka dni t. j. do rozpatrzenia naszej sprawy przez sąd uniwersytecki. Wkrótce zaprowadzono nas znowu tych samych do auli uniwersyteckiej, po to tylko, aby nam obwieście, że sąd uniwersytecki skazał nas na wykluczenie ze wszystkich zakładów naukowych w Rosyi i odebrał wszelkie stopnie naukowe, jakieby który z nas miał; więzienie zaś śledcze, które odsiedzieliśmy w fortecy, uznał jako dostateczną karę za nasze przekroczenie.
Wszystkie moje nadzieje runęły odrazu. Nie mogłem już w Rosyi zostać niczem, każda karyera była przedemną zamknięta; pociemniało mi w oczach, jak pijany wyszedłem z auli. Uczułem się naraz paryasem społecznym.
Spieszyłem dowiedzieć się, co się dzieje z moimi; przez cały czas trwania mojej kaźni, nikogo z nich nie widziałem, słowa od nich nie słyszałem.
Szedłem, biegłem, leciałem na Lipki.
Zbliżyłem się do domku Lisicynych — nic się przez ten czas nie odmienił, stał taki sam niziutki, pochylony w głębi ogródka. Wiosna wczesna rozbudziła już była wegetacyę, bzy kwitły i pstre tulipany wygrzewały się w słońcu na małych grzędach.
Otworzyłem furtkę — nie widzę nikogo i wchodzę na ganek — ani żywego ducha; pchnąłem niezamknięte drzwi domu, wszedłem do środka.
Na odgłos moich kroków wybiegła Liza.
Popatrzyłem na nią. Wyglądała zdrowo, rumiano; ubranie jej domowe było przybrukane trochę, zaniedbane; a cała postać zmienioną — z drobnej, szczupłej dziewczynki stała się otyłą, krąglutką kobieciną.
— A... a... to wy... Siemion Andrejewicz — przemówiła, patrząc zdziwionym wzrokiem na mą wynędzniałą postać. — Zkąd się pan tu wziąłeś?
— Z »tiurmy!« — odparłem szorstko.
— Pst! Cicho! Nie mów pan tu tego — szepnęła, kładąc palec na ustach.
W tej chwili doleciał moich uszu płacz małego dziecka. Na ten odgłos Liza pospiesznie wbiegła do drugiego pokoju; poszedłem w ślad za nią. W pokoju tym, wyglądającym na skromną sypialnię małżeńską, w kołysce obok łóżka leżało malutkie, kilkomiesięczne dziecko, płaczące przeraźliwie. Ona nachyliła się nad kolebką, zaczęła nią huśtać i nucić jakąś cichą piosenkę.
— Czyje to dziecko — spytałem, nie wiedząc prawie, co mówię; obłęd mię jakoś chwytać zaczynał.
— Moje! — odrzekła krótko.
— Ja...a..k, jak to? — ledwie wybełkotać zdołałem — a... a nasza miłość?
Ona rozśmiała się całkiem swobodnie, a mnie się zdawało, że mi ktoś roztopiony ołów do mózgu wlewa... Ona się ciągle śmiała, mówiąc:
— Widzicie Siemion Andrejewicz... was wzięli, ja nie mogłam wiedzieć, co z wami się stanie, myślałam, że gdzieś przepadniecie marnie — W pół roku po waszem uwięzieniu trafił mi się konkurent Franc Fridrichowicz Gejcyg, urzędnik przy intendanturze, porządny człowiek... Cóż było robić? Matka chora, umierająca życzyła sobie tego, ja nie byłam od tego... Franc, przystojny mężczyzna, podobał mi się... więc poszłam... Dobry człowiek, szczęśliwą z nim jestem.
Mówiła to tak swobodnie i wesoło, jakby opowiadała o wczorajszej przechadzce; taki wyraz dobroduszności jaśniał na jej okrągłej, czerwonej i połyskiwać już trochę zaczynającej twarzyczce, że aż wstyd mi się zrobiło mego tragicznego nastroju; roześmiałem się sam. Ucieszyło ją to widocznie, bo nieprzerywając mówiła dalej, coraz weselej się uśmiechając:
— I dobrze się stało! Coby nam było przyszło z tego, gdybym była na was czekała? Partyę byłabym straciła, a wy... cobyście byli ze mną robili? Z uniwersytetu podobno was wypędzili, Aleksiej mi o tem mówił, stopnia nie macie, miejsca żadnego nie dostaniecie, gdzież wam się żenić? Ot! doprawdy, że lepiej się stało!
Zacząłem i ja sam uczuwać, że lepiej się stało.
— Cóż tam z moimi słychać? — spytałem z niepokojem.
— Cóż? zwyczajne sprawy. Słyszałam, że starzy pomarli, a Docia z Aleksiejem mieszkają na Prarieznoj Nr 28, idźcie tam do nich, to się o wszystkiem dowiecie. Mego męża tylko co z prysiudźtwia[3] nie widać, on by nie był rad, jakby was tutaj zobaczył... Widzicie — dodała uśmiechając się najdobroduszniej w świecie — zawsze to nieprzyjemnie urzędnikowi państwowemu zastać w domu gościa prosto z tiurmy.
Pożegnałem ją skinieniem głowy i wyszedłem, śmiejąc się serdecznie. Dramat mego życia zmienił się nagle, niespodziewanie w płaską komedyę, w farsę. Dawny mój wyśniony, wypoetyzowany ideał widocznie rad był mej wesołości, bo wyprowadziła mię aż do furtki i tam na pożegnanie jeszcze raz zapytała:
— A co? prawda, że lepiej się stało?
— Lepiej! lepiej! — odpowiedziałem śmiejąc się ciągle, poszedłem i śmiałem się na ulicy, śmiałem się jeszcze na Kreszczatiku.
I ja tę kobietę kochałem, stroiłem ją w złotą przędzę mej wyobraźni, w klejnoty ideału — a to tylko najzwyklejsza... żena intendanckoho czinownika. Ja cenię i szacuję wspomnienia mej miłości, bo to było czyste i szlachetne uczucie, ale nic nie żałuję Lizy; tę, którą kochałem, pozostała we mnie, w mej duszy, bo ja ją samą stworzyłem i może jeszcze z martwych powstać, wcielić się w inną istotę — ale z Lizą Gejcygową nic wspólnego już nie ma i mieć nie może.
Gdy wszedłem na Kreszczatik, znalazłem się wśród strasznego tłumu; na chodniku aż roiło się od ludzi; odwykłem od chodzenia po ludnych ulicach; przechodnie mnie potrącali; szedłem nie patrząc wcale przed siebie — zadumany.
— Za chwilę zobaczę Docię, siostrę ukochaną — myślałem radośnie — ona mi opowie o śmierci rodziców, o ostatniej woli ojca... A więc pobrali się nareszcie — dumałem dalej — Liza wyraźnie mówiła, że Docia mieszka z Aleksiejem... Ciekawym, co się tam dzieje z naszym domkiem, z polem, ze stepem i z mogiłą, kto tam po śmierci ojca gospodaruje?... Ha! nic mi nie pozostaje teraz, jak na tym kawałku ziemi siąść i rolę orać.
Doszedłem nareszcie. Po ciemnych schodach wdrapałem się na trzecie piętro i skierowałem się do oficyny, gdzie — według skazówki stróża — znajdowało się mieszkanie Lisicyna.
Otworzyłem cicho drzwi i wszedłem do wnętrza mieszkania. Docię zastałem w domu; w ciemnej, zakurzonej izbie siedziała przy dużym stole, zajęta preparowaniem muskułów ręki ludzkiej, odrazu można było poznać, że to rzemieślnicza praca, na sprzedaż przeznaczona. Gdy wszedłem, podniosła oczy od roboty — aż przestraszyłem się tej twarzy; wszelkie ślady młodości znikły z niej, wyglądała jak moszcze[4] w Ławrze, tylko jakiś fanatyczny, nie naturalny ogień płonął w dużych, czarnych oczach.
— Cóż wypuścili cię nareszcie? — zapytała patrząc na mnie i uśmiechając się ironicznie. — Widzisz, zawsze tak wychodzą ci, którzy chwytają się półśrodków; nas gdyby byli wzięli, to napewno byliby powiesili, ale nas nie wezmą... nie dośledzą...
— Zostaw to — przerwałem jej niechętnie i wziąwszy ją za rękę, patrzyłem na jej zniszczoną, zmizerowaną twarz — zostaw te obrzydłe sprawy, mów mi co o nas... o śmierci rodziców... Kiedyście się wy pobrali?
— Hi! hi! hi! Pobrali! — zaśmiała się nerwowo, kurczowo — ty wiecznie zostaniesz człowiekiem z przeszłego stulecia... Pobrali!... Czyżem ja taka głupia gęś, jak ta twoja Liza? Czyż mnie popa potrzeba?
Stałem milczący, zgnębiony; nie mogłem słowa przemówić; widziałem przed sobą ofiarę strasznego, bezlitosnego fanatyzmu, pozbawioną możności zdrowego sądu o życiu, o obowiązkach ludzkości; istotę w stanie patologicznym.
Ona tymczasem mówiła coraz gwałtowniej.
— Do czego cię doprowadziły poetyczne twoje mrzonki, narodowościowe brednie, czułostkowości — do więzienia; a nas, którzy we wszystkiem udział bierzemy, nas bojowników wielkiej idei, czynnych żołnierzy olbrzymiej armii, która już cały świat objęła i wkrótce go podbije — nie zapytano o nic, rewizyi nawet nie zrobili. Te wasze ludzkie uczucia, to głupstwo i złudzenie — mrzonka.
— Zostaw to proszę! — zawołałem gwałtownie. — Czy byłaś przy śmierci ojca?
— Ciekawam po co? — odparła opryskliwie — niczego nowego nie mogłam się od chorego, zdziecinniałego starca dowiedzieć. Sami popi pochowali i kazali sobie jeszcze trzydzieści rubli za to zapłacić.
— Cóż się dzieje z domem? z ziemią? wydzierżawiłaś zapewne? — spytałem dalej zdławionym głosem.
— Wszystko, wszystko sprzedałam — mówiła pospiesznie — ciebie nie było, do sukcesyi nie przyznałeś się, mnie uznano jedyną spadkobierczynią, Danyło »bisnowaty« po żebrach chodzi. Przyjęłam sukcesyę i bojąc się, żeby, jeżeli ciebie zasadzą, nie chcieli twej części skonfiskować — sprzedałam ziemię zaraz. Pieniądze poszły na sprawę dla dobra ogółu, grosza ztamtąd nie wzięłam dla siebie.
Widziałem już jasno, że nie mam jej więcej o co pytać; wiedziałem, że i ją szatan jakiś opętał, że nie miałem już siostry. Zwróciłem się ku drzwiom, chciałem wyjść.
— Poczekaj! — zawołała za mną — nie odchodź, za chwilę Aleksiej przyjdzie; potrzebujemy koniecznie wysłać kogoś do Charkowa, ale kogoś pewnego, może ciebie pośle... Czas ci już bardzo zająć się czemś na seryo.
— Niech sam jedzie! — wrzasnąłem wściekle i opuściłem mieszkanie siostry.
I uczułem się sam, sam jeden na świecie; rodzina w grobie; brat idyota, ofiara rozpusty w moskiewskim korpusie; siostra opętana, do dzikiego fanatyzmu doprowadzona, także ofiara moskiewskiego nihilizmu.
Znalazłem się wśród ludnego miasta; nie miałem z czego żyć, grosza na kawałek chleba mi brakło; nikt mnie na stałe przyjąć nie chciał, zmieniałem sposób zarobkowania co tydzień; wszyscy bali się — nihilisty!... Ja nihilistą! Ostatniemi czasy roznosiłem towary ze sklepu; pan Bolesław znał kupca, u którego posługiwałem; od niego dowiedział się, żem był w uniwersytecie; rozmówił się ze mną i przywiózł mię tutaj.
— Znalazłem się po raz pierwszy pomiędzy Polakami, na polskiej ziemi, jak wy powiadacie, i wkrótce poznałem, że miałem wiele, bardzo wiele niesłusznych ku wam uprzedzeń, dużo niesprawiedliwej nienawiści. Grzeszyłem, jak i inni, jak wszyscy prawie moi rodacy — nieświadomością; dziś widzę już jasno, że nadeszła ta doba dziejowa, w której musimy się bliżej zapoznać, w której dwa narody zwaśnione muszą do siebie rękę do zgody wyciągnąć i oddawać sobie nawzajem usługi w celu wydobycia się z wspólnego, a tak ciężkiego jarzma i niewoli.

— Daj Boże! daj Boże! — przemówiłem doń, ściskając go serdecznie za rękę; i on się rozczulił niezwyczajnie i ściskał moją dłoń nerwowo; opowiadanie widocznie rozbudziło w nim dawne wspomnienia, a te go w ten niezwykły stan wprowadziły. Późna już była pora; pół do dwunastej biło właśnie na zegarze, zaproponowałem mu więc udanie się na spoczynek. Potakującym ruchem głowy odpowiedział mi, że zgadza się na to; odprowadziłem go do gościnnego pokoju i tam rozstaliśmy się w milczeniu, nie mieliśmy sobie dziś nic więcej do powiedzenia.
Jakoś tej nocy zasnąć nie mogłem; opowiadanie Kwitki rozbudziło i w mej duszy cały rój wspomnień z niezbyt odległej przeszłości; rozpamiętywałem tak niedawno przeżyte burzliwe chwile, zamieć nocna, gwizd burzy, jęk wichru wtórowały żałobnie mym niewesołym myślom. Zastanawiałem się nad temi wspomnieniami, porównywałem je z opowiadaniami Kwitki i uczuwałem w duszy wstyd; to dziecko ludu miało daleko silniejszą, hartowniejszą duszę, niż ja; on umiał trzeźwo patrzeć na rzeczy, nie łudził się; prawda i to, że wyleczył się za pomocą strasznie ryzykownego, heroicznego środka.
Zwolna od wspomnień osobistych myśl moja przechodziła do spraw ogólnych narodowych. — Uprzytomniłem więc sobie w pamięci historyę walk i niechęci plemiennych, które wlały jad niezgody i zawiści pomiędzy nas a Rusinów, które w dalszym przebiegu oba bratnie narody doprowadziły do jednego smutnego rezultatu — do niewoli; i tu jeszcze w tej nędzy i niedoli nie są w stanie zdobyć się na bohaterstwo — zapomnienia — przebaczenia win wzajemnych.
Po północy burza uspokajać się zwolna zaczęła, huk przycichł zupełnie, znużona przyroda zapadała w mroźny, cichy sen nocy styczniowej, i ja uczuwałem, że wraz z nią poddaję się temu prawu, zwolna traciłem poczucie rzeczywistości, senne mary coraz gęściejszym tłumem otaczać mię zaczęły — usnąłem wreszcie.
I śniłem... śniłem cudownie, życie oddałbym z ochotą, gdyby za tę cenę można było marę senną w żywe przyodziać kształty — zaklęciem jakiem utrwalić na wieki. Przed senną moją wyobraźnią roztaczał się wspaniały obraz wielkiej, potężnej ojczyzny — od morza do morza. Pokój, zgoda i jedność panowały w tym cudnym kraju; plemiona podawszy sobie ręce, ku jednym celom dążyły, jednego Boga chwaliły, i zapanował raj, królestwo Boże na tej krwią męczeńską tak obficie zlanej, polskiej ziemi; przez pokutę, przez cierpienia, ofiary i boleści, ze zmazy grzechów wielkich oczyszczeni; staliśmy się rozsądnym i Bogu miłym narodem.
Wszystko kończy się na tym świecie i sen mój się skończył. Gdy obudziłem się, promienie jaskrawego mroźnego słońca łamały się już w lodowatych kwiatach, które przez noc rozkrzewiły się bujnie na szybach okien; dzień był biały, godzina dziewiąta.
Za chwilę wszedł służący. Spytałem go, co się dzieje z Kwitką. Odpowiedział mi, że jeszcze przed godziną wstał i bez herbaty poszedł do domu.
Od owej chwili, w której zostałem wtajemniczony w dzieje żywota młodego Rusina, czułem się niejako związany z nim jakąś niewidzialną duchową nicią i często myślałem o nim, i uczuwałem jakiś wewnętrzny głos, który mi mówił, że mam moralny obowiązek dopomożenia mu do wydobycia się z tego opłakanego stanu, w jakim był dzisiaj; nie wiedziałem jednak zupełnie, jak się wziąć do tego.
Wiosna już nadeszła, a ja ciągle nie mogłem nic jeszcze wymyślić.
Stosunek mój z Kwitką zmienił się chyba o tyle, że zaufanie, jakie powziął do mnie odrazu, wzrastało z każdym dniem; byliśmy na stopie przyjaznej poufałości.
Z prawdziwą żarłocznością połykał prawie polskie książki, które brał odemnie; długie nieraz staczaliśmy spory i dysputy o kwestyach w tychże zawartych. Pod wpływem prawdziwych faktów historycznych, z któremi się zapoznawał Semen, czytając bezstronnych polskich pisarzy, dawna jego nienawiść do Polaków topniała w moich oczach tak, jak znikały śniegi zimowe pod promieniami wiosennego, ożywczego słońca.
Przez dłuższe obcowanie z nim i przez obserwacyę tak go poznałem, że nauczyłem się najdokładniej czytać jego myśli z wyrazu twarzy, i odczuwałem wyraźnie, że on znowu ma jakiś interes do mnie, że pragnie poprosić mię o jakąś przysługę, ale obawia się obciążyć mnie tem zbytecznie. Postanowiłem bądź co bądź wydobyć zeń tę tajemnicę.
Raz — w maju już to było — po dość długiej rozmowie o stosunku Polaków do Rusinów w Galicyi, zamyślił się Semen głęboko i milczał posępnie; widocznem dla mnie było, że miał coś jeszcze do powiedzenia, ale ważył w myśli, jak to sformułować.
Popatrzyłem nań z uśmiechem i żartem prawie rzekłem:
— Widzę, że ci coś znowu cięży na sercu, wykrztuszę to raz, może znowu w czemś będę mógł być ci użytecznym?
— Eh! nie, nie — mówił jąkając się — zdaje mi się, że ugrzązł mi w głowie niemożliwy do wykonania projekt... to jest projekt projektu... Zresztą choćby to i mogło być do skutku doprowadzonem, to i wówczas nie śmiałbym cię tem obciążać. Zachodu z tem byłoby dużo, bardzo dużo, a projekt prawdopodobnie niewykonalny.
— Powiedzże mi raz — przerwałem mu zachęcającym głosem — powiedz! Wiesz przecież, że dla tych, którzy czegoś bardzo mocno pragną, niema niemożliwości — dodałem z uśmiechem — a ja bardzo pragnę być ci w czemkolwiek użytecznym.
— Ale... bo widzisz... To z wielkiemi trudnościami musiałoby być połączone.
— Później o tem, teraz powiedz mi już raz, co to za projekt?
Dobrze, więc powiem! — odpowiedział stanowczym głosem, rumieniąc się przytem tak, jak mały chłopczyk, schwytany na jakim figlu. — Mojem marzeniem — mówił — jedynem pragnieniem dziś jest dostać się do Galicyi; pracowałbym o chlebie i wodzie, uczyłbym się dzień i noc, ażeby módz tam egzaminy poskładać i miejsce nauczyciela gimnazyalnego uzyskać — mówił dalej jednym tchem prawie, nieprzerywając. — Tam, tam, gdzie nam wolno mówić, pisać, nauczać naszym językiem, gdzie jesteśmy uważani za ludzi, za równych innym obywateli państwa, tam chciałbym się dostać, tam pracować.
Rozśmiałem się wesoło, słuchając jego słów; przypomniały mi się były w tej chwili narzekania i utyskiwania niektórych Rusinów galicyjskich; a porównane z entuzyazmem Semena, z jakim o Galicyi mówił, wywołały we mnie wesołość i śmiech trochę ironiczny. On zauważył mój uśmiech i zapewnie fałszywie go sobie wytłómaczył, bo przestał w tejżesamej chwili mówić i zasępiwszy twarz zapytał z nieufnością:
— Dlaczego się pan ze mnie śmiejesz?
— Ależ nie z ciebie mój drogi, tylko z twojej nieśmiałości, która tak długo przeszkadzała ci wyjawić tak zwykłego życzenia, któremu tak łatwo bez wszelkich trudów i ambarasów można zadość uczynić.
— Czyż być może?... Nie! Ty znowu żartujesz tylko ze mnie.
— Nie! nie żartuję zupełnie. Napiszę tylko, a za kilka tygodni moi znajomi wyrobią ci pozwolenie zapisania się na uniwersytet we Lwowie i dopomogę ci do znalezienia jakiej pracy, któraby zapewniła ci sposób utrzymania, zanim posadę jaką otrzymasz.
Semen był w siódmym niebie; uniesieniom wdzięczności nie było miary, tak, że mię już wstydzić zaczynały; ażeby je przerwać wreszcie, wymyśliłem sobie naprędce jakieś pilne gospodarskie zajęcie: kazałem osiodłać konia i pojechałem oglądać, czy nie nadeszła już pora plewienia buraków. Kwitka snując tysiące najrozmaitszych projektów, uszczęśliwiony poszedł do domu.
W rzeczy samej miałem dobrego znajomego, przyjaciela prawie, człowieka zacnego i rozumnego, który zajmował znaczne w kraju stanowisko i miał wielkie wpływy w naukowym świecie. Napisałem do niego, opowiadając dokładnie koleje życia Kwitki; opisałem mu dzisiejsze jego zapatrywania i usposobienie względem nas; prosiłem wreszcie o zaopiekowanie się sprawą mego znajomego.
Poleciłem równocześnie Kwitce, ażeby zrobił podanie do jenerał-gubernatora, z prośbą o wydanie mu paszportu na wyjazd za granicę. Z odpowiedzią z Kijowa niedługo zwlekano; w dziesięć dni po wniesieniu podania otrzymał uwolnienie z rosyjskiego poddaństwa i pasport emigracyjny; rząd był rad, że może się z kraju pozbyć tak niebłahonadiożnoj licznos’ti.
Wkrótce potem nadszedł i list od mego znajomego, wzywający Kwitkę, aby zaraz przyjechał do Lwowa; wynaleziono mu tam miejsce korepetytora u zamożnej rodziny w mieście stale zamieszkałej; przyjęcie zaś do uniwersytetu nie wymagało zupełnie specyalnych starań i protekcyj.
Pod koniec czerwca był już gotów do wyjazdu. W czasie przygotowań do ostatecznego opuszczenia kraju, jeszcze częściej mię odwiedzał, niż dawniej; mały Oleś zdał był już wstępny egzamin do gimnazyum w Kamieńcu, Kwitka więc nie miał obowiązkowego zajęcia.
Podczas tych kilku dni rozmawialiśmy z sobą bardzo wiele; raz, pamiętam, zapytałem go w żartobliwym tonie:
— Jakże tam pani Malwina się miewa? Czy nie opłakuje Bohunowego wyjazdu? — ciekawy byłem bardzo, jakie to pytanie zrobi na nim wrażenie.
— Eh! nie, nie... ona nie z takich — odparł wesoło, śmiejąc się — jest to pani, która dla zabicia nudów zawsze jakąś zabawkę wyszukać sobie potrafi. Bawić się bawi, ale nic więcej. — Tu zaczął na wesołą i skoczną nutę śpiewać znaną studencką piosnkę:

Lubit’ siebia ja pozwalaju.
No stoż nie stanu praliwat’... itd.

Przerwał nagle i patrząc znacząco na mnie, mówił dalej poważnie już:
— Ja też nie przelewałem i nikomu nie radziłbym to robić. Nie warto! Oh nie! Takie panie to są prawdziwe błędne ogniki; a dla tych, którzy ich grę towarzyską wezmą na seryo, stają się naprawdę niebezpiecznemi, stają się upiorami uczucia. Pozwalam siebie kochać, ale łez nie myślę przelewać.
Gdy w kilka godzin później uścisnąłem dłoń Semena na pożegnanie, gdym mu życzył szczęścia i powodzenia na nowej drodze życia, to rozrzewnił się tak, że miał łzy w oczach i nie mógł prawie słowa przemówić. Skoczył nagle na bryczkę, konie szarpnęły, dzwonek jęknął i za chwilę znikł mi w tumanie letniego pyłu.
Po jego odjeździe stałem jeszcze jakiś czas przed gankiem, pogrążony w głębokiej, bolesnej zadumie; podziwiałem w duszy przedziwny instynkt Kwitki, który pozwolił mu poznać, przeczuć raczej, w kilku dniach to, na przekonanie się o czem ja lat całych potrzebowałem.
— Tak, tak, błotne błędne ogniki... nic innego.
Tego samego dnia wieczorem otrzymałem list od mojej ciotki, która donosiła mi: że panna Wanda przyrzekła już swą rękę panu Edmundowi; że sam podeptałem szczęście, które rodzina wszelkiemi sposobami starała się dla mnie zdobyć; że ostateczną przyczyną jej decyzyi były plotki: jakobym ja miał po świecie rozpuszczać krzywdzące jej dobrą sławę wieści; że prawdopodobnie będę miał z tej przyczyny aferę z Edmundem etc. etc. List kończył się, jak zwykle, morałem, dowodzącym jasno, że tego rodzaju postępowanie, jak moje dotychczasowe, wiedzie prostą drogą do hańby i nędzy, ale, że zawsze czas na poprawę pozostał.
Zgniewany tem wszystkiem, zmiąłem list w garści, kazałem osiodłać konia i pojechałem do Frania na — wista.



W trzy lata później przyjechałem do Lwowa.
Przyznam się otwarcie, że o istnieniu Kwitki zapomniałem zupełnie; zdziwiłem się też niepomiernie, jak po posiedzeniu Towarzystwa historycznego nieznany mi człowiek przystąpił do mnie i zaczął się ze mną serdecznie witać; patrzyłem nań, czułem, że ktoś znajomy, dobrze znajomy; nie mogłem sobie jednak odrazu nazwiska przypomnieć. Dopiero jak przemówił:
— Pan mnie nie poznajesz?
Po głosie poznałem go. Był to Kwitka.
Wyszliśmy razem, odprowadził mię do hotelu, wstąpił do mnie i długo, długo rozmawialiśmy. Był już wówczas nauczycielem gimnazyalnym, miał zapewnioną przyszłość i... ożenił się.
— Nie możesz mieć wyobrażenia — mówił mi — jak jestem szczęśliwy, wszystkie marzenia moje urzeczywistniły się, ideał mój zmartwychpowstał, a to jego nowe wcielenie przewyższa o całe niebo poprzednie jego kształty. Ożeniłem się z kuzynką tej rodziny, w której znalazłem na samym wstępie do tej nowej mojej ojczyzny, zajęcie, pomoc i opiekę; ożeniłem się — z Polką.
Po godzinnej może pogadance pożegnał mię i prosił na wszystko, ażebym jutro koło czwartej przyszedł do nich, życzy sobie bowiem koniecznie, ażeby jego żona poznała mnie osobiście; obiecałem stawić się.
Z punktualnością chronometru w oznaczonej porze zadzwoniłem do drzwi profesora Kwitki; otworzyła mi młoda, śliczna kobiecina, i gdym zapytawszy, czy gospodarz jest w domu, otrzymał przeczącą odpowiedź i chciał się cofnąć, zawołała wesoło:
— Przepraszam pana, panie — tu wymieniła moje nazwisko — mąż mój polecił mi, żebym w razie jego spóźnienia przez jakiś czas bawiła pana sama i koniecznie zatrzymała aż do jego nadejścia; nie zróbże mu pan tej przykrości i zostań. Zresztą ceremoniować się nie ma pan potrzeby, ja znam pana wybornie, tak jakbyśmy wyrośli obok siebie, mąż mój ciągle mi o panu prawił.
— A to bardzo musi pani lubić dźwięk mego nazwiska — odparłem żartobliwie, wchodząc do pokoju — jeżeli Semen tak uparcie zanudzał niem panią.
— Oh! nie zanudzał.. Siemion opowiadał mi zawsze o panu same piękne i ciekawe rzeczy. A jak się miewa pani Malwina? — zapytała figlarnie.
— Smutna — odrzekłem — starzeje się bardzo.
Po dziesięciu minutach rozmowy byliśmy z panią Maryą, bo tak się zwała żona Kwitki, w rzeczy samej na tak przyjaznej stopie, jakbyśmy się od niepamiętnego czasu znali; była to wesoła, swobodna i dobrze wychowana kobieta. W przeciągu kwadransa zdołała mię objaśnić, że jest czwartą z rzędu córką nie bogatego szlachcica, który ma wioskę gdzieś w Zaleszczyckim czy Czortkowskim powiecie, że zna doskonale aż trzy moje ciotki, że jest daleką kuzynką mego szwagra... i że prawdopodobnie musieliśmy się spotykać wówczas, kiedy ja byłem uczniem gimnazyalnym, a ona małem dzieckiem.
Potem rozmowa przeszła na powodzenie, zajęcia i zapatrywania jej męża. Odrazu z jej słów poznałem, że zaszła w przekonaniach, w poglądach, w ideałach Kwitki radykalna zmiana.
— Z tymi tutejszymi Rusinami — mówiła poważniejąc — mój Szymon nie może sobie dać rady, ciągle mają o coś do niego pretensyę... nazywają go perekińczykiem, zdrajcą.
— Jakto? — zapytałem niepomiernie zdziwiony — jego... jego... Kwitkę nazywają zdrajcą? Ależ on jest Rusinem do szpiku kości.
— No, takim samym Rusinem — przerwała mi moje uniesienie trochę sztywnym głosem i wydymając lekceważąco swe piękne usta pani Szymonowa — jak ja i pan, mówi po rusku, kocha lud, kocha Ruś, tak samo, jak i my oboje.
— Pani, pani — wołałem coraz bardziej zdziwiony — ależ jego ideały, jego marzenia o państwowej odrębności Rusi itd?
— Eh! co tam takie młodociane ideały — rzekła trochę pogardliwie. — A czyż dla pana pani Malwina pozostała dotychczas ideałem, choć wiem, że nim ongi była? Otóż i Szymona ideał przekształcił się bardzo i jest nim obecnie: państwo, które potrafiłoby dać nam Słowianom wolność, nam wszystkim uciśnionym, Polakom, Rusinom, Litwie; któreby mogło sparaliżować, obalić, za Don wypchnąć, tego moskiewskiego potwora; oto jego ideał dzisiejszy, i zdaje mi się, tak samo wygląda ideał pana, tak samo mój, tak samo każdego uczciwego Słowianina, do jakiegokolwiek by on należał szczepu, jakichby był przekonań społecznych.
Wejście Kwitki przerwało nam poważną dysputę. Pożartował trochę z patosu swej »ślicznej Maryni«, ale w gruncie rzeczy przyznał jej zupełną słuszność.
Rozgawędziliśmy się straszliwie, zostałem u nich na herbacie, a gdy o jedenastej godzinie wychodziłem, musiałem przyrzec Kwitce, że w danym razie przyjadę mu syna do chrztu trzymać, naturalnie, że go będzie chrzcił katolicki ksiądz.
Gdym wyszedł od nich, zadawałem sobie przez drogę pytanie: czy jest gdzie na świecie prawdziwy Rusin, rozumie się wykształcony człowiek? Czy nie jest przypadkiem cały ten naród tylko ludowym pierwiastkiem, z którego czerpią surowy materyał dwie rdzennie różne cywilizacye: polska i rosyjska? Czy ten Rusin ukształcony, który nie stał się Polakiem, nie jest z konieczności — Moskalem?
Na pytania te nie mogłem sobie odpowiedzieć, historya dopiero zdoła dać na nie pewna i niezbitą niczem odpowiedź. Ja tylko wiedziałem dowodnie, że Siemion Andrejewicz Kwitka, wypędzony student kijowskiego uniwersytetu, którego dopiero cztery lata temu ja sam nauczyłem po polsku, jest dziś Szymonem Kwitką i takim samym Polakiem, jak ja, lub ty szanowny czytelniku.

W styczniu 1890 r.



Rusini (Abgarowicz) str 170.png

Przypisy

  1. ... że odgrywamy wstrętną rolę... na rozstajnej drodze stoimy (siedzimy na dwu stołkach), jedną ręką Polskę gnieciemy, a drugą pragniemy oswobodzić Słowian. Oh! wy Słowianie nasi bracia, nie cieszcie się dźwiękiem tych mieczów, bo uściski nowożytnego Judasza są straszniejsze od tureckich katów. I tak, jak Żydzi oczekujący Mesyasza, nigdy go się nie doczekają, tak i dla was w Rosyi nie wnijdzie nigdy gwiazda wolności (dosłowny przekład. Przyp. autora).
  2. Złocona trójgraniasta piramida, na szczycie której znajduje się orzeł, herb państwa, a po bokach wprawione za szkłem drukowane wyjątki z zasadniczych ustaw caratu. Przedmiot ten znajduje się we wszystkich salach sądowych całej rosyjskiej imperyi i ma reprezentować — koronę (Przyp. aut.).
  3. Biuro urzędowe.
  4. Moszcze, relikwie świętych prawosławnych, przechowywane w pieczarach pod Ławrą kijowską.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.