Raj utracony (1902)/Pieśń IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Milton
Tytuł Raj utracony
Data wydania 1902
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Bartkiewicz
Tytuł orygin. Paradise Lost
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
PIESŃ IX.

Już mi nie śpiewać o tych czasach błogich,
Gdy Bóg lub anioł gościł u człowieka,
Po przyjacielsku z nim i poufale
Obcował, siedząc przy skromnym posiłku,
I pobłażliwie dozwalając czasem
Rozmowy wolnej, ale nie nagannej.
Teraz tragiczne muszę wzbudzić tony:
Ze strony człeka nieufność haniebną,
Nieposłuszeństwo, bunt, złamanie wiary;
Ze strony Nieba już obrażonego,
Zerwanie związku, słuszny gniew, wyrzuty,
Za niemi wyrok, co na świat zgromadził
Cały świat nieszczęść: Grzech i Śmierć, cień jego,
I jej zwiastunkę, Nędzę. Obowiązek
Mój smutny, ale bardziej bohaterska
Treść taka, niż gniew srogiego Achilla,
Który trzykrotnie w koło mury Troi
Objechał, goniąc uciekającego
Nieprzyjaciela; lub wściekłość Turnusa,

Gdy Lawinię kochaną mu wzięto;
Lub gniew Neptuna, lub Junony, który
Tak dręczył Greków i Cytery syna.[1]
Pieśń moja będzie bohaterską, jeśli
Tej miary stylem obdarzyć mnie raczy
Moja patronka niebieska, co często
I niewzywana schodzi do mnie w nocy,
Sennemu szepce, lub czuwającemu
Poddaje łatwo wiersz niewyszukany,
Odkąd ten przedmiot pieśni bohaterskiej
Znęcił mnie, odkąd po długim wyborze
Późnom rozpoczął. Nieskłonnym z natury
Do opiewania wojny, co jedyną
Treść bohaterską dotąd stanowiła;
Najwyższą sztuką liczyło się w długich
I nudnych bitwach posiekać rycerzy
Zmyślonych, ale nikt nie wielbił w pieśni
Bohaterskiego znoszenia męczeństwa,
Nikt cierpliwości wytrwałej: wołano
Śpiewać turnieje, igrzyska, rynsztunki,
Tarcze, herbami i godłami zdobne,
Dziwne znamiona, rumaki, dywdyki
Ze złotogłowu, rycerzy wspaniałych
W szrankach kruszących kopie, a potem
Uczty z orszakiem marszałków, strukczaszych.
Choć śpiew kunsztowny, ale przedmiot błahy!
Ni rycerzowi takiemu, ni pieśni
Bohaterskości nazwa nie przystoi.
Nie takie moje są upodobania
I kunszt, zostaje mi przedmiot wznioślejszy,

Który sam z siebie tę nazwę zdobędzie,
Jeśli wiek późny, lub klimat surowy
Wzbitych do lotu skrzydeł nie przygniecie;
Co byćby mogło, gdyby wszystko moje,
A nie tej było, która w nocnej porze
Zstępuje z Nieba i do ucha szepce.
Słońce zapadło, a za niem i gwiazda
Wieczorna, której obowiązek każe
Rozjaśniać pomrok na ziemi, na krótką
Porę, pośrednią między dniem i nocą.
Nocna półkula zasnuła widnokrąg
Z końca do końca, gdy Szatan, któremu
Niedawno przyszło z Edenu uciekać
Przed Gabryela groźbą, wzmógłszy siły,
I obmyśliwszy złośliwe fortele —
Do zguby człeka dążące, niebaczny
Niebezpieczeństwa, jakie mu groziło,
Wrócił beztrwożny. Noc była, gdy uciekł,
Północ gdy wrócił, okrążywszy ziemię:
Dnia się wystrzegał, odkąd rządca słońca,
Uryel odkrył jego pojawienie
I prędko ostrzegł straże Cherubinów.
Wtedy ze strachu przez siedm nocy z rzędu
Brodził w ciemności, trzy razy linię
Równika obiegł, cztery razy przeciął
Zbiór gwiazd, nazwany Wielką Niedźwiedzicą,
Po przez zwrotniki oba, od bieguna
Biegł do bieguna; ósmej nocy wrócił,
I na wybrzeżu przeciwległem straży
Cherubów znalazł dróżkę niestrzeżoną.

Tam było miejsce, które nie czas zmienił,
Lecz grzech, gdzie Tygrys u stóp Raju wpadał
W przepaść podziemną, potem rozdzielony,
Wytryskał źródłem przy drzewie Żywota.
Puścił się Szatan z prądem i wypłynął
Wraz z nim, a potem w mgłę się otuliwszy
Nadwodną, myślał w czem się ukryć. Przejrzał
Lądy i morza; z Edenu przez Pontus,
Bagno Maeotis, w górę za Ob rzekę;
A stamtąd na dół do Południowego
Bieguna, znów wzdłuż na zachód od rzeki
Orontu, aż do międzymorza Daryi,
Stamtąd do kraju, gdzie Ganges i Indus
Toczą swe wody. Tak świat obiegając,
Szukał starannie i głęboko badał,
Które z pomiędzy wszystkich stworzeń zdoła
Najlepiej jego knowaniom posłużyć?
I znalazł, że wąż najchytrzejsze zwierzę
Ze wszystkich polnych. Po długiej rozwadze,
Ważeniu myśli niezdecydowanych,
Stanowczo wybrał go na swe narzędzie
Najsposobniejsze do oszukiwania,
W które gdy wejdzie, czarne swe zamysły
Przed najbystrzejszym wzrokiem ukryć zdoła;
Bo w czembykolwiek wąż chytrość okazał,
W nikim nie wzbudzi jeszcze podejrzenia,
Jako z natury przemyślny i chytry;
W innych zwierzętach zwróciłaby baczność
Zbytnia przebiegłość, wzbudziłaby domysł
Wpływów piekielnych na zmysły zwierzęcia.

Tak postanowił, lecz wprzód ból wewnętrzny
Co mu pierś wstrząsał, w takiej wylał skardze:
«O Ziemio, jakżeś podobna do Nieba,
Lub może raczej większe twe zalety,
Godniejszaś Bogów siedziba, boś według
Drugiego planu budowana; stare
Tu poprawiono błędy; Bógby przecie
Gorszych po lepszych nie budował rzeczy!
O ziemskie Niebo, do okoła ciebie
Tańczą służebne inne Nieba: świecą,
Ale przejasne te swoje płomienie
Światło za światłem, niosą tylko tobie;
W tobie, podobno, gromadzą się wszystkie
Cenne promienie ich świętego wpływu!
Jak Bóg na Niebie jako punkt środkowy
Ogarnia wszystko, tak i ty, środkowa,
Przyjmujesz owych ciał niebieskich służbę.
Cała ich siła nie w nich, ale w tobie,
Jawi się czynna w roślinach, w murawie,
I w szlachetniejszych tworach, ożywionych
Stopniowym wzrostem zmysłu i rozumu.
A ich ostatniem uwieńczeniem człowiek.
Z jakiem weselem stąpałbym po tobie,
Gdyby mnie jeszcze mogło coś weselić!
Rozmaitości luba wzgórz i dolin,
Rzek, lasów, równin: to lądy, to morza,
A brzeg wieńczony gajem, a jaskinie,
Skały, pieczary; lecz w nich wszystkich dla mnie
Niema schronienia, przytułku: im więcej
Widzę wesela dokoła, tem większych

Cierpień doznaję, bo w tej nienawistnej
Mojej siedzibie wszystko jest przeciwnie.
Trucizną wszelkie dobro mi się staje,
I nawet w Niebie byłoby mi gorzej.
Lecz nie chcę mieszkać ni tu, ni też w Niebie,
Chybabym Pana Niebios opanował;
Nie mam nadziei też, bym mojej nędzy
Ulżył w czemkolwiek, gdy swój cel osiągnę;
Więc niechaj inni tacy jak ja będą!
Choć wtedy jeszcze gorszy los mi grozi,
Bo moim myślom, ciągle niespokojnym,
Tylko niszczenie może przynieść ulgę.
Jeżeli zniszczę tego, dla którego
Wszystko stworzono tutaj, lub go skłonię
Do czynu zgubę mu przynoszącego,
To nieodzownie i wszystko stworzenie
Przepadnie, jako na dolę, niedolę
Z człekiem złączone. A więc na niedolę!
Panuj zniszczenie! Mnie z piekielnych Potęg
Samemu chwała, żem w jeden dzień zepsuł,
Co Wszechmogący, jak go zowią, stwarzał
Z niemałym trudem sześć dni i sześć nocy,
A może jeszcze długo naprzód plany
Obmyślał? Może tylko od tej chwili,
W której przez jednę noc haniebne jarzmo
Z nazwy anielskiej prawie że strząsnąłem
I przerzedziłem tłum jego czcicieli.
On, mszcząc się, i chcąc powetować straty
(Czy w braku dawnej siły nie mógł więcej
Stwarzać aniołów, jeśli kiedy stwarzał,

Czy nam na wzgardę), dość, że postanowił
Na nasze miejsce wznieść istotę z ziemi
Stworzoną, którą, chociaż tak niskiego
Rodu, opatrzył duchowemi dary
Z nas zdobytemi. Postanowił, zrobił:
Stworzył człowieka, dla niego zbudował
Ten świat wspaniały, z Ziemią na mieszkanie;
Panem mianował i, hańbo bez miary!
Dał na usługi anioły skrzydlate
I płomieniste, by go pilnowały.
Ich to czujności się lękam, dla tego
W mgłę osłonięty czołgam się po nocy,
Przetrząsam krzaki i chrósty, szukając
Węża śpiącego, by w jego skłębionem
Cielsku skryć siebie i swoje zamiary.
Straszny upadek! Ja, który niedawno
Z Bogami wiodłem spory o pierwszeństwo,
Teraz do zwierza poniżam się, z jego
Zwierzęcym śluzem, z jego cielskiem łączę
Tę istność, która do szczytów boskości
Rościła prawo; lecz do jakiej głębi
Ten się nie zniży, kto pragnie panować
I mścić się! Musi tym niżej się zsunąć,
Im wyżej dążył lotem; prędzej później
Poddać się musi najpodlejszym rzeczom.
Zemsta, z początku słodka, gorzknie z czasem,
I odskakuje zwrotnie; o to mniejsza,
Niech tylko dobrze trafi. Gdy nie mogę
Dosięgnąć wyżej, niech dosięgnę tego
Co wzniecił moję zazdrość — ulubieńca

Nieba, człowieka z gliny, dziecię gniewu,
Które nam na złość Stwórca podniósł z pyłu:
Zatem najlepiej złość złością zapłacić.»
Tak mówiąc, jak mgła czarna wlókł się nisko,
W każdej gęstwinie, wilgotnej lub suchej,
W północnej dobie poszukując węża.
Wkrótce go znalazł uśpionego mocno,
W kłąb zwiniętego, z łbem w środek wsuniętym,
Pełnym rozlicznych subtelnych przebiegów;
Nie w ciemnym kącie, nie w smętnej pieczarze,
Nic nieszkodliwy, leżał na darninie
Bez trwogi sam, i nie budzący trwogi.
Przez gębę wszedł weń Czart i opanował
Zmysły zwierzęce i serce i głowę,
Tchnąc w nią rozumu siłę; lecz nie przerwał
Snu jego, czekał nadejścia poranku.
Gdy więc w Edenie brzask światła błogiego
Padł na wilgotne kwiaty, które wonie
Poranne niosły, gdy wszystko z wielkiego
Ołtarza Ziemi słało Stwórcy w górę
Ciche wielbienie w zapachach dziękczynnych,
Wyszła i para pierwszych ludzi łączyć
Swój głos do chóru tych, którym brak głosu.
Skończywszy modły napawali zmysły
Powietrzem ranka, świeżem, pełnem woni.
Potem zaczęli radzić, w jaki sposób
Najlepiej pracę swą wykonać dzienną,
Która w tak wielkim ogrodzie zbyt szybko
Dwóch par rąk siły zaczęła przechodzić.

Najpierwsza Ewa rzecze do małżonka:
«Adamie, chociaż tak pielęgnujemy
Ten ogród, zioła i kwiaty i drzewa,
Hodując, jak nam to było zlecone,
Dopóki więcej rąk nam nie pomoże,
Usiłowania nasze wprost przeciwny
Wytwarzać będą skutek: co w dnia ciągu
Jako przerosłe obetniem, podeprzem,
Zwiążem, to przez noc, najwyżej dwie nocy
Bujnie wyrośnie, jakby z nas żartując
I tworząc dziczki. Wymyśl jaki środek,
Lub słuchaj mojej rady: lepiej pójdzie
Praca osobno; wybierz gdzie iść wolisz,
Lub gdzie pilniejsza robota; powoje
Obwijaj w koło drzewa; bluszcz pokieruj
Tam, gdzie mu łatwiej przyczepić swe łęty;
Ja zaś w wiosennej róż i mirtów gęstwi
Znajdę zajęcia dosyć do południa.
Bo gdy tak codzień wespół pracujemy,
Nie dziw, że nasze zbiegają się oczy,
Płyną uśmiechy, jaki przedmiot nowy
Do miłych rozmów wciąga nas powoli,
Dzienna robota, choć wcześnie zaczęta,
Małe postępy czyni, aż nadchodzi
Pora wieczerzy niezapracowanej.»
Adam jej na to łagodnie odrzecze:
«Ewo, jedyna moja towarzyszko,
Bez porównania droższa ponad wszystko,
Co żyje w świecie. Dobrze, iż obmyślasz
Sposób najlepszy wykonania pracy,

Którą nam zlecił Bóg; godnaś wielbienia,
Bo nic milszego w niewieście, jak pilne
O gospodarstwo staranie, o sprawy
Dobre, mężowi pożytek niosące.
Lecz nie tak ściśle pracę nam nałożył
Pan Bóg, iżbyśmy pozbawiać się mieli
Wytchnienia, albo pokarmu, lub rozmów —
Które dla ducha też pokarm stanowią —
Tych miłych rozmów, spojrzeń i uśmiechów;
Bo uśmiech płynie z rozumu; zwierzętom
On odmówiony: uśmiech żywi miłość —
A miłość celem życia nienajniższym.
Gdyż nie do ciężkiej pracy — do rozkoszy
Stworzył nas Pan Bóg, a rozkosz z rozumem
Złączył. Bądź pewna, te dróżki, altany,
Ile na nasze przechadzki potrzeba
I na schronisko, wspólną naszą pracą
Łatwo obronim od zdziczenia, póki
Nie przyjdą młodsze ręce nam z pomocą.
Lecz jeśli nadmiar rozmowy cię nuży,
Mogę zezwolić na krótkie rozstanie;
Czasem samotność najlepszym jest druhem,
A oddalenie słodkim powrót czyni.
Tylko wątpliwość przejmuje mnie inna:
By cię co złego nie spotkało zdała
Odemnie; wszak wiesz, wszak nas ostrzeżono:
Zły nieprzyjaciel jakiś, zrozpaczony
O własnem szczęściu, nam szczęścia zazdrości,
Chytrością, zdradą, chce na nasze głowę
Zwalić nieszczęście i hańbę; zapewne

Gdzieś tu w pobliżu czyha, upatrując
Chciwie łatwiejszej sposobności, kiedy
Osobno będziem, bo nie ma nadziei,
By połączonych zdołał otumanić;
Jedno drugiemu z pomocą w potrzebie
Prędko podąży. Może chce nas skłonić,
Byśmy złamali wierność Bogu, albo
Miłość małżeńską naszę chce zakłócić,
Która w nim pewno większą zazdrość budzi,
Niż wszystkie inne zlane na nas dary.
Tak czy inaczej, nie porzucaj boku
Wiernego, który dał ci życie, który
Nieustającą daje ci opiekę,
Wszakże, gdy zguba albo hańba grozi,
Miejsce dla żony jest przy boku męża,
Który ją broni, lub z nią dolę znosi.»
Na to mu Ewa z godnością dziewicy,
Gdy kochającą przykre dotknie słowo,
Z wielką powagą, lecz łagodnie, rzecze:
«Potomku Nieba i Ziemi, i Panie
Tej Ziemi całej! Że mamy takiego
Nieprzyjaciela, co chce naszej zguby,
Wiem to od ciebie, a słyszałam także,
Co mówił Anioł odchodzący, stałam
Za wami w cieniu, właśnie powróciwszy
Od kwiatów, które zamknęły kielichy
Na noc. Lecz tego wcale się nie spodziewałam,
Byś powątpiewać mógł chociaż na chwilę
O mej stałości dla Boga i ciebie,
Dla tego, że jest wróg mogący kusić.

Gwałt cię nie straszy; niepodlegli śmierci,
Ani bólowi, doznać go nie możem,
Albo możemy odeprzeć, a zatem
Lękasz się jego chytrości, w czem widzę
Równą obawę twą, że moję wierność
I miłość może jego chytrość wstrząsnąć,
Lub uwieść. Mogłyż w twej piersi, Adamie,
Powstać złe myśli o tej, którą kochasz?»
Adam jej na to, łagodząc, tak rzecze:
«O córo Boga i człowieka, Ewo,
O nieśmiertelna, taką bowiem jesteś,
Wolna zupełnie od grzechu i skazy;
Nie z nieufności do ciebie odradzam
Rozłączną pracę, lecz dla uniknienia
Nawet zamachu nieprzyjacielskiego.
Chociaż kusiciel nie osiąganie celu,
Zawsze splugawia honor kuszonego,
Gdy w nim przypuszcza niezbyt silną wierność,
Brak odporności dla pokus. I ciebie
Gniewem i wzgardą przejąłby sam projekt
Haniebny, chociaż nieuskuteczniony.
Nie bierz więc za złe, że pragnę odwrócić
Paką obelgę od ciebie samotnej,
Bo nieprzyjaciel, jakkolwiek zuchwały,
Na nas złączonych zaniecha napaści,
Lub na mnie naprzód zamachy swe zwróci.
Nie ceń zbyt lekko jego złośliwości
I przewrotności — chytry ten być musi
Kto zdołał uwieść Aniołów — i nie gardź
Moją pomocą. Mnie spojrzenie twoje

Ukrzepia w każdej cnocie, ja przy tobie
Czuję się mędrszym, baczniejszym, silniejszym.
Gdyby cielesnej siły trzeba było,
Wstyd, bym w twych oczach nie był pokonany,
Lub oszukany, podniósłby me siły;
Dla czegóż równych uczuć nie doznajesz
W mej obecności? dla czego na walkę
Chcesz się narażać nie przy mnie, przy świadku
Najlepszym twojej cnoty doświadczonej?«
Tak mówił Adam, troskliwy małżonek,
Miłości pełen, lecz Ewa, mniemając,
Że niedowierza jeszcze jej wierności,
Z wielką słodyczą odpowiedź ponawia:
«Jeżeli taki los nasz, jeśli mamy
W ciasnym obrębie mieszkać, przez chytrego
Czy gwałtownego wroga oblężeni,
Nieuzbrojeni dostatecznie, w razie
Gdy kto osobno spotka go w swej drodze,
Jakież to będzie szczęście wciąż w obawie
Nieszczęścia, które przecie nie uprzedza
Grzechu? Ubliżyć mógłby wróg kuszący
Lekceważeniem nieskazitelności
Naszej; ale nie na naszem czole
Myśl podła piętno zniewagi wyciśnie,
To hańba jego. Czego zatem bać się,
Czego unikać mamy? Wszak podwójny
Zaszczyt zyskamy, jeśli się okaże
Zarozumiałość jego błędną w skutku?
Wróci wewnętrzny pokój, łaska Niebios,
Które świadkami będą naszej siły.

Czemże jest wiara, miłość, cnota, jeśli
Nie przeszły próby, jeśli nie walczyły
Bez jakiej z zewnątrz pomocy? Nie sądźmy,
Iżby Wszechmądry Stwórca szczęście nasze
Źle obwarował, tak, że czy to razem,
Czy pojedyńczo, zawsze bylibyśmy
Niepewni siebie. Jeśli tak, to wątłe
Jest nasze szczęście, Eden nie Edenem,
Gdy w nim zagraża wciąż niebezpieczeństwo.»
Na to jej Adam z zapałem odpowie:
«Niewiasto! Wszystko na świecie najlepiej
Jak Bóg urządził: jego twórcza ręka
Nie zostawiła niedoskonałego
Ni wadliwego nic, tem mniej człowieka,
Lub czegoś, co mu jego szczęście może
Zapewnić, albo je z zewnątrz ochronić.
Niebezpieczeństwo tkwi w nim samym, ale
Jest w jego mocy, bo bez jego woli
Żadna nie dotknie go krzywda. Od Boga
Ma wolną wolę; Rozum wolność daje;
Rozum uczynił Bóg prostym i prawym,
Lecz mu nakazał ostrożność i czujność,
By się nie uwiódł czczemi pozorami,
By nie wnioskował fałszywie, nie skłaniał
Woli do czynów, których Bóg zabronił.
Nie zaufania brak, lecz miłość czuła
Każe mi często cię ostrzegać; wzajem
I ty ostrzegaj mnie; tak trwać będziemy
Niezłomnie w dobrem; lecz błąd jest możliwy,
Bo może stać się, że Rozum napotka

Jakąś zasadzkę upozorowaną
Przez wroga, popaść w nią niespodziewanie,
Jeśli nie będzie bacznie trzymał straży
Już ostrzeżony. Nie szukaj pokusy,
Lepiej i pewniej jej unikniesz, jeśli
Będziemy razem; przyjdzie nieszukana.
Pragniesz stałości swojej dać dowody,
Wprzód posłuszeństwo stwierdź swoje; o pierwszej
Kto może wiedzieć, jeśli nie był świadkiem
Jak cię kuszono? Ale jeśli mniemasz,
Iż nieszukana pokusa nas dwoje
Pewniej napotkać może, niż cię samą,
Gdyś ostrzeżona, idź, bo poniewolnie
Zostając, bardziej będziesz nieobecną;
Idź w niewinności wrodzonej, polegaj
Na swojej cnocie, spotęguj swe siły:
Bóg spełnił wszystko, co był winien tobie,
Spełń względem Boga wszystko, coś mu winna.»
Tak patryarcha ludzi rzekł, a Ewa
Trwała w swej chęci, i chociaż pokornie,
Lecz nie z poddaniem, tak odpowiedziała:
«Więc z pozwoleniem twojem i przestrogą
Tem chętniej pójdę; sam to powiedziałeś,
Że wtedy właśnie, gdy najmniej szukana,
Pokusa może się zjawić i znaleść
Nas dwoje właśnie nieprzygotowanych;
Nie sądzę także, iżby nieprzyjaciel,
Tak pyszny, pierwszą swą napaść skierował
Ku stronie słabszej, a jeśli tak zrobi,
Odparty, dozna tem większego wstydu.»

Tak mówiąc z ręki małżonka swą rękę
Zwolna cofnęła, i jak nimfa leśna,
Jak Oreada, Dryada, lub z pocztu
Dyany, lekko szła do gaju, w chodzie,
W postawie bardziej boska niż bogini,
Choć w łuk i kołczan nie zbrojna, jak ona,
Lecz w ogrodowe narzędzia, zrobione
Kunsztem prostaczym, bez pomocy ognia,
Lub przyniesione przez aniołów. W takim
Stroju podobna była do Palei,
Bóstwa pasterzy, albo do Pomony,
Gdy uciekała przed zmiennym Wertumnem,
Lub do Cerery, nim ta sprawą Zeusa
Została matką Prozerpiny. Długo
Spoglądał za nią Adam zachwycony,
Pragnąc ją wzrokiem wstrzymać, powtarzając
Wciąż, aby rychło powracała. Ona
Odpowiadała, że w samo południe,
Jak zwykle, wróci do schroniska, wtedy
Wszystko gotowe będzie do obiadu
I do spoczynku w godzinach upału.
Jakżeś łudziła się, nieszczęsna Ewo!
Jak inny miał być twój powrót! Zła dola!
Już od tej chwili nigdy dla cię w Raju
Nie będzie słodkiej uczty ni spoczynku;
Bo już zasadzka skryta w cieniu kwiatów
Oczekiwała cię z piekielną złością.
Aby ci przeciąć drogę, lub zawrócić
Obdartą z wiary, niewinności, szczęścia!
Bo teraz, i już od pierwszego świtu

Czółgał się Szatan, zwykły wąż z pozoru,
I przepatrywał, gdzie najpewniej może
Napotkać łup swój zamierzony: ludzką
Parę, jedyną, lecz zawierającą
Cały ród ludzki. W schronisku i w polu
Szukał, gdzie tylko drzew kępa, lub ogród
Był powabniejszy, uprawny ich ręką;
Przy źródle, w cieniu nad strumykiem szukał
Obojga, ale nadewszystko pragnął
Spotkać osobno Ewę, pragnął, chociaż
Nie liczył na tak rzadkie powodzenie.
Niespodziewanie, tak jak życzył sobie,
Ujrzał samotną Ewę, otoczoną
Obłokiem wonnym, tylko do połowy
Widzialną, pośród krzaków róży
Czerwonych; często schylała się, aby
Podpierać kwiaty na wątłych łodygach;
Ich główki, żywo barwione purpurą,
Lazurem, złotem, pstro skropione, często
Zwisały na dół; tym przywiązywała
Podpory z mirtu, nie myśląc o sobie,
Że najpiękniejszym jest kwiatem, niewspartym,
Dalekim od swej najlepszej podpory,
A burza blisko! Szatan się przysuwał
Przez różne ścieżki w cieniu cedrów, sosen,
I palm wyniosłych; wijąc się zuchwale,
To się pojawiał, to niknął w gęstwinie,
Splątanych krzaków i kwiatów, któremi
Dwie strony ścieżki obsadziła Ewa:
Miejsce piękniejsze, niż te wymarzone

Ogrody, w których powrócił do życia
Adonis, albo te Alkinousa,
Co podejmował Ulissesa, albo
Ów niezmyślony, w którym król Salomon
Z oblubienicą, piękną Egipcyanką,
Spędzał swobodne chwile. Wielbił Szatan
Miejsce urocze, lecz więcej osobę.
Jak ten, co długo w ludnem przebył mieście,
Gdzie domy liczne i kanały psują
Powietrze, jeśli w świeży letni ranek
Wyjdzie odetchnąć wśród wiosek i dworków,
Cieszy się wszystkiem, co spotkać się zdarzy:
Zapachem zboża, skoszonego siana,
Krową, oborą, każdym wsi widokiem
I każdym dźwiękiem wiejskim; a gdy spotka
Piękną dziewczynę, lekkim nimfy krokiem
Idącą, wszystko, co dotąd uwielbiał
Jeszcze piękniejszem zda mu się, a ona
W oczach swych wszystkie piękności jednoczy.
Taką czuł radość wąż, patrząc na kwietnik,
Ustronie Ewy; tak sama, tak wcześnie!
Postać niebieskich Aniołów, lecz słodsza,
kecz łagodniejsza — niewieścia. Prostota,
Luba niewinność, wdzięczny wyraz twarzy
I ruchów zmogły złośliwość Szatana,
Zwolna stłumiły dzikość strasznych planów,
Które go tutaj przywiodły. Przez chwilę
Stał Zły, jakoby swego zła pozbywszy,
Był głupio dobry, rozbrojony z złości,
Podstępu, zemsty, zazdrości, odwetu;

Lecz piekło, co w nim nieustannie gore,
Choćby i w Niebie, skończyło niebawem
Jego zachwyty; i tem większe teraz
Uczuł tortury, im większe rozkosze,
A nie dla siebie, ujrzał zgotowane.
Pali go dzika nienawiść; witając
Wspomnienie wszystkich klęsk swoich, tak duma:
«Myśli me, dokąd mnie wiedziecie? jaką
Podnietą słodką, aż do zapomnienia
Po com tu przyszedł? Nienawiść nie miłość!
Ani w nadziei Raju zamiast Piekła,
Ani w nadziei zażycia rozkoszy,
Przyszedłem burzyć w świecie rozkosz wszelką:
Oprócz jedynej rozkoszy burzenia,
Już każda inna nie dla mnie. Nie stracę
Dogodnej pory, jaka się nastręcza:
Kobieta sama, pokusić ją łatwo,
Mąż jej daleko, bom patrzał dokoła;
Bystrości jego rozumu się lękam,
Siły, odwagi dumnej, i potężnej
Budowy członków, choć na ziemską miarę.
Nieprzyjaciela tego lekceważyć
Trudno; nie można go ranić, mnie można;
Tak mnie głęboko poniżyło Piekło!
Tak siły dawne odjęła mi męka!
Piękna, niebiańsko piękna, godna bogów,
Ale nie budzi strachu, chociaż miłość
I piękność zwykle z strachem idą w parze,
Póki nie przyjdzie silniejsza nienawiść,
Gdy ustrojona w pozory miłości:

Tą drogą dążyć będę do jej zguby.»
Tak nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego,
Schowany w wężu, zły jego domownik,
Rzekł i ku Ewie pokierował drogę,
Nie w zwykły sposób, czołganiem po ziemi,
Ale ku górze zatoczył swe kłęby
Jedne nad drugie, zwijając pierścienie
Labiryntowe; na łbie wielki grzebień,
Oczy świeciły mu jak karbunkuły;
Z pośród falistych zwojów na murawie
Sterczała szyja zielonawo-złota.
Kształt miał przyjemny, miły, nigdy potem
Żaden wąż nie był tak powabny; ani
Te illyryjskie, w które Hermiona
I Kadrnus byli przedzierzgnięci,[2] ni te
W które się zmienił bożek Epidauru,[3]
Jowisz Ammoński lub Kapitoliński,
Pierwszy z powodu Olimpii, drugi
Dla bohaterskiej macierzy Scypiona,
Ozdoby Rzymu.[4] Naprzód mknął ukosem
Jakby się zbliżał, lecz nie śmiał przeszkadzać,
I niby sunął dalej swoją drogą,
Jak okręt, ręką zręcznego sternika
Wiedziony, gdy wiatr często się wykręca,
Do ujścia rzeki, albo do przylądka,
Zawraca, znowu zmienia siłę żagli;
Tak i wąż zmieniał swoję krętą drogę,
Zwijając ogon w rozmaite węzły,
Aby uwagę Ewy zwrócić na się.
Zajęta, długo nie wznosiła oczu,

Słysząc szmer liści, bo zwyczajna była
Igraszek zwierząt, gdy ją spotykały,
A posłuszniejsze były jej skinieniu,
Niźli Cyrcei stado przedzierzgnięte.
Śmielszy już teraz, niewołany stanął
Przed nią, podziwu pełen, zapatrzony,
Często schylając grzebień wieżowaty
I kark błyszcząco emaliowany,
Łasząc się, liżąc ziemię, jej stóp ślady.
Nareszcie jego nieme uwielbienie
I zręczne ruchy zwróciły uwagę
Ewy, a Szatan, językiem śpiczastym
Głos urabiając, tak zaczął pokusę:
«Niechaj się pani wszechwładna nie dziwi,
Jeśli co dziwić cię może, coś sama
Jedynym dziwem! Tem mniej nie uzbrajaj
Wzgardą twych oczu, w których całe niebo
Dobroci, jeśliś o to obrażona,
Żem się tak zbliżył i nienasycenie
Patrzę. Sam jeden, jednak się nie zląkłem
Twojego czoła majestatu, który
W takiej samotni jest jeszcze wznioślejszy.
Stwórcy pięknego piękny wizerunku!
Tyś podziwieniem wszelkiemu stworzeniu,
I wszystkie twory, dane tobie w darze,
Wielbią twą piękność niebiańską z zachwytem,
A tam najwięcej przyciągasz spojrzenia
Gdzie podziwienie szersze kręgi chwyta;
Nie tu w samotni dzikiej, pośród zwierząt,
Brutalnych widzów, zbyt ograniczonych,

By choć w połowie zdołali ocenić
Twoje powaby. Prócz jednego męża.
Kto widzi ciebie? A cóż znaczy jeden?
Ciebie, coś godna, aby cię widziano
Boginią pośród Bogów, aby hołdy
I służbę dzienną nieśli ci Anieli.»
Tak jej pochlebiał Kusiciel, tym wstępem
Torując sobie do jej serca drogę,
A głosem jego zadziwiona Ewa
Zdumienie swoje w ten sposób wyraża:
«Co się to znaczy? Ludzką mową włada
Język zwierzęcia, ludzkie myśli głosi?
Sądziłam dotąd, że mowa zwierzętom
Nie dana, że je Stwórca w dniu stworzenia
Utworzył nieme, nieznające mowy;
Czy bezrozumne, nie miałam pewności,
Bo w ich spojrzeniach i czynach tak często
Rozum widoczny. I o tobie, wężu,
Wiedziałam, żeś z nich wszystkich najchytrzejszy,
Lecz mowy ludzkiej nie posiadasz; teraz
Ponownym cudem objaśnij mnie, powiedz,
Jak będąc niemym, doszedłeś do głosu?
I skąd ci taka przyjaźń dla mnie wzrosła
Większa, niż zwierząt codzień spotykanych?
Cud ten objaśnij, bo godny uwagi.»
Na to podstępny Kusiciel odpowie:
«Królowo tego rozkosznego świata,
Przejasna Ewo, łatwo cię posłuchać
I opowiedzieć wszystko, co rozkażesz!
Jak wszystkich tworów, co się żywią zielem

I moich myśli bieg był bardzo niski
I podły, równy mojej nędznej strawie:
Oprócz pokarmu lub płci, nie zdołałem
Więcej niczego odróżniać, niczego
Wyższego nad to pojęcia nie miałem.
Aż dnia pewnego, włócząc się po polach,
Spostrzegłem w dali drzewo rozłożyste,
Pełne owoców najpiękniejszej barwy,
Złotych, czerwonych; aby się przypatrzeć
Podpełzłem bliżej, aż tu powiał na mnie
Zapach owoców, budzący oskomę,
Dla powonienia mego rozkoszniejszy
Niż kmin, lub wymię owcy, albo kozy,
Sączące krople mleka, gdy wieczorem
Jagnię lub koźlę nie ssie rozigrane;
Tak silną czułem żądzę skosztowania
Tych pięknych jabłek, że postanowiłem
Nie zwlekać próby; głód też i pragnienie
Miały wymowę, drażnił zapach miły:
Więc owinąłem w koło pień omszony
Bowiem gałęzie daleko od ziemi,
Mogłaby dostać do nich tylko twoja
Albo Adama ręka. Stały w koło
Różne zwierzęta, patrząc z upragnieniem,
Z zazdrością, ale nie mogły dosięgnąć.
Gdy się dostałem pomiędzy gałęzie,
Między owoce wiszące obficie,
Rwałem i jadłem, nie żałując sobie,
Bo nigdy przedtem podobnej uciechy
Nie doświadczyłem w jedzeniu lub piciu.

Gdym się nasycił, wkrótce czuć zacząłem
Najosobliwszą zmianę w sobie: rozum
Stopniami we mnie rosł, i zdolność mowy
Pojawiła się wkrótce, chociaż postać
Moja zewnętrzna nie uległa zmianie.
Odtąd zwróciłem umysł do głębokich
I szczytnych badań, jąłem bystrą myślą
Rozważać wszelkie zjawiska niebieskie,
Ziemskie, powietrzne, wszystkie rzeczy piękne
I dobre; ale to piękno i dobro
Widzę złączone w wizerunku bóstwa,
Jakim ty jesteś w blasku swej piękności
Niebiańskiej; nic ci nie dorówna wdziękiem,
Równać się nie da nawet w przybliżeniu.
Chociaż to może natręctwo, nie mogłem
Oprzeć się chęci, przyjść tu i spoglądać,
I wielbić ciebie, słusznie ogłoszoną
Królową stworzeń i panią wszechświata!»
Wąż zły, przebiegły, tak mówił, a Ewa
Bardziej zdziwiona, rzekła nieroztropnie:
«O wężu, twoje przesadne pochwały
Każą mi wątpić o skutkach owocu,
Które się w tobie pierwszym okazały.
Lecz powiedz, gdzie to drzewo? jak daleko?
Dużo jest w Raju rosnących drzew Bożych,
Których nie znamy, i z ich obfitości
Wybór czynimy; większa część owoców
Nietknięta wisi na gałęziach, czeka,
Nie ulegając zepsuciu, aż ludzie

Urosną do tych.zapasów, i więcej
Rąk oswobodzi przyrodę z ciężaru.»
Na to wąż chytry wesoło odrzecze:
«Królowo, droga łatwa i niedługa:
Po za szeregiem mirtów stoi drzewo
Przy samem źródle, na równinie, pośród
Kwitnących krzaków mirtu i balsamin.
Jeśli pozwolisz, wnet cię doprowadzę.»
«Prowadź więc,» rzekła Ewa. Ten natychmiast
To w kłąb się zwija, to na prost wydłuża,
Spiesząc do zbrodni. Nadzieja i radość
Wzdyma mu grzebień. Jako ognik błędny,
Powstały z tłustych wyziewów, zgęszczony
Wpływami nocy, w zimnej atmosferze,
Ruchem przeciągłym rozdmuchany w płomień,
Któremu, mówią, zły duch towarzyszy,
Błąka się, błyszczy światełkiem zwodniczem,
I podróżnika nocnego sprowadza
Z drogi, w kałuże, bagna i topiele,
By tam zatonął, nie mając ratunku:
Tak wąż straszliwy błyskał, i oszustwem
Wiódł Ewę, naszę matkę łatwowierną,
Do wzbronionego drzewa, wkrótce źródła
Niedoli naszej — które, gdy ujrzała,
Do przewodnika swego Ewa rzecze:
«Mogliśmy sobie oszczędzić tej drogi,
Niepożytecznej dla mnie; wprawdzie mnóstwo
Owoców, ale czy ich wpływ cudowny,
O tem ty możesz świadczyć, wężu, dla nas
To zakazany owoc z Boskiej woli.

Takie jedyne dał nam przykazanie;
Po za tem sami sobie prawa dajem.
Rozum nam prawem.» A kusiciel na to
Podstępnie pyta: «Tak Bóg zapowiedział
W istocie? Byście nie z wszystkich drzew Raju
Owoce jedli, a przecież wyraźnie
Oświadczył, żeście panami wszystkiego,
Co daje ziemia i sfery powietrzne.»
Jeszcze bezgrzeszna Ewa na to rzecze:
«Z każdego drzewa owoc w tym ogrodzie
Spożywać możem, prócz owocu z tego
Pięknego drzewa, co w środku ogrodu.
Bóg tak powiedział: ««Nie jedzcie go, ani
Nie dotykajcie, byście nie pomarli.»»
Ledwie wyrzekła, kusiciel, już teraz
Zuchwalszy, ale z pozorem miłości
I żarliwości dla człowieka, niby
Tą wyrządzoną krzywdą oburzony,
W nowy przemawia sposób: gniewem zdjęty,
Zakłopotany, waha się, nareszcie
Wznosi łeb z miną poufną, przychylną,
Jak ten, co ważne ma objawić rzeczy.
Tak mówca sławny w starożytnych czasach,
W Atenach, albo w wolnym Rzymie, kiedy
Kwitła wymowa — oniemiała później —
Gdy chciał o jakiej wielkiej mówić sprawie,
Stał zatopiony w myślach, lecz postawą
I gestem każdym, nim jeszcze przemówił,
Skłaniał słuchaczów serca: nagle górnem
Słowem wybuchał, jakby jego zapał

Dla słusznej sprawy nie wymagał wstępu.
Tak stojąc, w górę wznosząc się i kręcąc,
Kusiciel zaczął mówić z uniesieniem:
«O święta, mądra i dająca mądrość
Roślino! matko wiedzy, teraz jasno
Czuję potęgę twoje w sobie, dajesz
Nietylko możność poznawania przyczyn
Wszelakich rzeczy, ale i kreślenia
Drogi najwyższych działaczy, chociażby
Za najmądrzejszych uważani byli!
Królowo świata! Nie bierz tak dosłownie
Owych gróźb śmierci; nie umrzecie. Przez co?
Czy przez ten owoc? Lecz on daje życie
I wiedzę. Może przez tego, co grozi?
Spójrz na mnie, którym się dotknął owocu
I który jadłem, przecież nie umarłem,
Lecz doskonalsze osiągnąłem życie,
Niż w zamierzeniu mego losu było,
Bom był odważny. Czyżby dla człowieka
Zamknięte było to, co dla zwierzęcia
Stoi otworem? Albo czyżby zaraz
Gniewem zapałał Bóg za przekroczenie
Tak małe? Raczej możeby pochwalił
Cnotę odwagi, której nie odstrasza
Nawet pogróżka śmierci (czembykolwiek
Owa śmierć była) od spełnienia tego,
Co może życie szczęśliwszem uczynić,
Co daje wiedzę Dobrego i Złego?
Dobrego, bardzo słusznie; złego — jeśli
Złe rzeczywiście istnieje — dla czego

Nie poznać? Łatwiej uniknąć go można.
Więc Bóg nie może karać nas, jeżeli
Jest sprawiedliwy — jeśli nie jest taki,
To nie Bóg; wtedy ni się go obawiać,
Ni słuchać jego rozkazów nie trzeba.
Sam strach przed śmiercią usuwa strach wszelki.
Na cóż ten zakaz? Czy nie na to tylko
By was w bojaźni trzymać, w poniżeniu,
W nieświadomości, jako swych czcicieli?
Wie on, że w owym dniu, gdy owoc zjecie,
Tak czyste oczy wasze, a w mgle jednak,
Wnet się rozjaśnią, otworzą zupełnie,
Będziecie jako bogowie, jak oni
Znający dobro i zło. Jak bogowie
Będziecie, gdy ja jestem jako człowiek,
Człowiek wewnętrzny; biorąc stosunkowo:
Ja z zwierza człowiek, a wy z ludzi bogi.
Choćbyście wtedy umarli: zwlec z siebie
Co ludzkie, przywdziać boskie, czyż śmierć taka
Nie pożądana? Cóż nad to gorszego
Ta groźba sprawić może? Czemże bogi,
Iżby człek nie mógł być takim, jak oni,
Spożywszy pokarm boski? Oni pierwsi
Na świecie byli, i korzystać z tego
Chcą, w nas wmawiając, że wszystko pochodzi
Od nich. Ja wątpię: widzę, że tę ziemię
Piękną ogrzewa słońce i wytwarza
Przeróżne rzeczy — słońce, lecz nie oni.
Jeżeli oni twórcami wszystkiego,

Kto w tem tu drzewie wiedzę zła i dobra
Zawarł, ażeby spożywca owocu
Zdobywał mądrość bez ich pozwolenia?
W czem leży wina, gdy człowiek w ten sposób
Osiągnie wiedzę? Czyż ta wasza wiedza
Może go krzywdzić? Lub czyż drzewo wiedzy
Wbrew jego woli udziela, gdy wszystko
Jego? Jestże to zazdrość? Lecz, czy może
Zazdrość w niebiańskiej piersi przemieszkiwać?
Takie i inne rozliczne przyczyny
Czynią ten owoc dla was nieodzownym.
Bogini w ludzkim kształcie, sięgaj śmiało,
Sięgaj, spożywaj do woli, do smaku!»
Skończył, a słowa te, pełne obłudy,
Wstęp do jej serca zbyt łatwy znalazłby.
Wlepiła oczy w owoc, już sam widok
Mógł skusić, w uszach jej brzmiał jeszcze odgłos
Jego namowy, w jej mniemaniu, pełnej
Rozumu, tchnącej prawdą niekłamaną.
A już się także przybliżała pora
Południa, głód się wzmagał wciąż ostrzejszy,
Zwiększał go zapach wyborny owocu.
Coraz to z większem pożądaniem Ewa
Patrzała, pragnąc dotknąć lub skosztować,
Lecz się wstrzymując jeszcze, tak dumała:
«Wielka potęga twoja, niewątpliwie,
Ze wszech owoców najlepszy; jakkolwiek
Ludziom wzbroniony, godzien uwielbienia.
Pokosztowany, od pierwszego razu

Nieme stworzenie obdarzyłeś mową,
Tak, iż pochwały twoje głosi język
Nieutworzony przedtem do mówienia!
I ten, co wzbronił nam pożywać ciebie
Nie taił wcale twej wielkiej zalety,
Dając ci nazwę Drzewa wiadomości
Tego, co dobre i co złe. Zabronił
Pożywać ciebie, lecz sam zakaz taki
Jest zaleceniem, bo świadczy o dobru,
Które udzielasz, którego nie mamy;
Nie mamy dobra, jeśli go nie znamy,
A chociaż mamy, jeśli nam nieznane,
To tak, jakbyśmy wcale go nie mieli.
Słowem, jeżeli wzbrania wiadomości,
Wzbrania nam dobra, wzbrania być mądrymi.
Zakaz podobny nie obowiązuje.
Jeśli w następstwie śmierć, to na co zda się
Wolność wewnętrzna? W dniu, w którym spożyjem
Ten owoc piękny, śmiercią umrzeć mamy.
Wąż czy umiera? Przecie jadł i żyje,
Ma wiedzę, mówi, rozumuje jasno,
Rozróżnia, on, wprzód nierozumne zwierzę!
Dla nas jedynie śmierć wynaleziono?
Czyżby nam tylko zakazano wiedzę,
A zachowano dla zwierząt? Podobno.
Że jednak pierwsze zwierzę, skosztowawszy
Owocu, zalet jego nie ukryło
Zawistnie, owszem, radośnie odkryciem
Swojem się dzieli, dowód, że jest szczere,
Niepodejrzane, przychylne dla człeka,

Dalekie kłamstwa i wszelkiej obłudy.
Czegóż się lękam? Raczej czyż wiem czego
Lękać się trzeba w tej nieznajomości
Dobra, zła, Boga, śmierci, prawa, kary?
Oto na wszystko lekarstwo tu rośnie,
Owoc niebiański, rozkoszny dla oka,
Nęci do jadła, mądrością obdarza;
Cóż mnie wstrzymuje, dla czegóż nie sięgnąć?
Nakarmić ciało i umysł zarazem?»
Tak mówiąc, w chwili złej, rękę zuchwałą
Ściągnęła; owoc zerwała i jadła!
Ziemia uczuła ranę, a przyroda
Przez wszelkie swoje twory śląc westchnienia,
Bólem świadczyła, że wszystko stracone.
Spełniwszy zbrodnię, wąż wsunął się chyłkiem
W gęste zarośla, co mu łatwo przyszło,
Gdyż Ewa całkiem zajęta jedzeniem,
O niczem innem nie myślała wtedy.
Zdawało jej się, że tak rozkosznego
Smaku w owocu żadnym nie doznała
Do tego czasu. Czyli tak istotnie?
Czy w wyobraźni było, pobudzonej
Oczekiwaniem nadzwyczajnej wiedzy?
Bliską boskości już się w myślach czuła.
Chciwie łykała owoc smakowity,
Że śmierć połyka nie wiedząc, aż syta,
Jakoby winem podniecona, rześka,
Rozweselona, tak mówi do siebie:
«O drzewo szczytne, ze wszystkich drzew Raju
Najwyborniejsze! błogie, dzielne w skutkach!

Dające mądrość, twój owoc, tak piękny,
Wzgardzony dotąd, zwieszał się nietknięty,
Jakby bez celu stworzony; lecz odtąd
Ja cię otoczę opieką, co rano
Przyjdę, by śpiewać należną ci chwałę,
I pielęgnując cię zdejmować brzemię
Z twoich gałęzi, szczodrych dla każdego;
Karmić się póty, aż na twym pokarmie
Dojrzeję wiedzą, wzorem bogów, którzy
Wszystkie na świecie rzeczy znają, chociaż
Zazdroszczą innym, czego dać nie mogą:
Bo gdyby to był ich dar, tuby nie rosł.
A naprzód tobie winnam doświadczenie,
Które najlepiej wiedzie; gdyby nie ty,
Jeszczebym dotąd nieświadomą była.
Otwierasz drogi mądrości, ty dajesz
Przystęp do tajni, gdzie ona się skrywa.
Może i ja już tutaj utajona?
Niebo wysoko i bardzo daleko,
Nie można stamtąd wszystkiego na ziemi
Widzieć dokładnie; może swą troskliwość
Gdzieindziej zwrócił wielki Prawodawca?
Wraz z całą rzeszą swoich wywiadowców
Przestał nad nami czuwać ustawicznie?
Lecz w jaki sposób stanąć przed Adamem?
Czy zawiadomić go o mej przemianie,
Aby wziął udział w pełnej szczęśliwości?
Czy też przewagę wiedzy mam zachować
Dla siebie samej bez współuczestnika?
Tak uzupełnić płci niedostateczność,

By zwiększyć jego miłość, by się zbliżyć
Z nim do równości, a może i czasem
Trochę przewagi mieć — rzecz pożądana!
Kto niższy nigdy nie zazna wolności.
Jakby to dobrze było! Lecz cóż będzie,
Jeśli Bóg widział? jeśli śmierć nastąpi?
Przestanę istnieć, Adam inną Ewę
Weźmie za żonę, żyć będzie szczęśliwie
Z nią wtedy, gdy ja w niwecz się obrócę —
Sama ta myśl jest śmiercią! Więc stanowczo
Adam niech ze mną złe i dobre dzieli:
Tak go serdecznie kocham, że z nim chętnie
Wszelką śmierć zniosę, bez niego żyć nie chcę»
Tak mówiąc kroki zwróciła od drzewa,
Wprzód mu głęboki ukłon czyniąc, jako
Mieszkaniu Siły, która tę roślinę
Obdarowała sokiem wiadomości,
Nektarem z bogów napoju czerpanym.
Tymczasem Adam, czekając stęskniony
Powrotu Ewy, wił girlandę z kwiatów
Najwyszukańszych, aby nią ozdobić
Kędziory Ewy i uwieńczyć sielskie
Jej prace, jak to ze swą przodownicą
Przy końcu żniwa zwykli żeńcy czynić.
Z pomysłu tego wielką miał mieć radość
I za spóźniony powrót pocieszenie.
Jednak chwilami serce mu ściskały
Przeczucia czegoś złego; niespokojny,
Na jej spotkanie szedł w kierunku, który
Obrała rano, gdy się rozstawali,

Musiał iść mimo Drzewa Wiadomości:
Tam ją napotkał, zwracającą kroki,
Z gałązką w ręku, tylko co urwaną,
Pełną owoców przepysznych, soczystych,
I ambrozyjski zapach wydających.
Biegła naprzeciw; już sam wyraz twarzy
Był przeproszenia wstępem, które samo
W słowach pochlebstwa pełnych wyraziła.
«Bardzoś się dziwił, Adamie, tak długiej
Nieobecności mojej? I mnie tęskno
Było bez ciebie; nigdy jeszcze takich
Nie uczuwałam udręczeń miłości.
Już się ta nigdy nie powtórzy próba,
Którą zbyt nagle podjęłam, nieznając
Ciężaru, co jest, być zdała od ciebie;
Lecz osobliwa i cudownie brzmiąca
Była przyczyna mego opóźnienia.
To drzewo nie jest, jak nam powiadano,
Groźnem dla tych, co owoc jego jedzą,
Złu nieznanemu nie otwiera drogi,
Owoc ma boski wpływ, otwiera oczy,
Bogami czyni tych, co go spożyją.
Rzecz doświadczona. Wąż mądry, albo też
Nieskrępowany, tak jak my, zakazem,
Lub nieposłuszny, jadł owoc, a jednak
Nie popadł śmierci, jak nam zagrożono,
Lecz odtąd ludzkim głosem i rozumem
Obdarowany, zadziwił mnie swojem
Rozumowaniem, skłonił swą wymową,
Że jadłam także, skutek odpowiedni

Na sobie czując: dotąd zaciemnione,
Lepiej się moje otworzyły oczy.
Rozszerzył umysł i serce podniosło
Dążeniem stałem do wyżyn boskości,
Której z powodu ciebie głównie pragnę;
Bez ciebie łatwo mogłabym nią wzgardzić.
Szczęście dzielone z tobą szczęściem mojem,
Niepodzielane z tobą dla mnie wstrętne,
Więc i ty spożyj, aby los jednaki,
Jednakie szczęście, jednakowa miłość
Nas jednoczyły; gdybyś nie skosztował,
Różnica stanu rozdziałby sprawiła,
A mnie zapóźno już przez wzgląd na ciebie
Zrzec się boskości, los już nie pozwoli.»
Tak Ewa rzecz swą wesoło wygłasza,
Lecz jej policzki chorobliwie płoną.
Z swej strony Adam, jak tylko usłyszał
O tak złowrogiem przekroczeniu Ewy,
Stał osłupiały, blady, a strach zimny
Obiegał jego żyły, słabił członki.
Z obwisłej ręki wypadła girlanda
Zwita dla Ewy, powiędłe już róże
Zasnuły ziemię. Stał niemy i blady,
Aż w końcu przemógł wewnętrzną niemotę,
I tak rozmyślał: «Najpiękniejsze z stworzeń,
Z dzieł Bożych wszystkich ostatnie, najlepsze,
Istoto, w której wszystko się jednoczy,
Co i dla wzroku i dla myśli święte,
Co boskie, dobre, lube i powabne,
Jakżeś zgubiona, jak nagle zgubiona!

Skażona, hańby pastwą, jeńcem śmierci!
O, jakżeś mogła złamać zakaz ścisły,
Zbezcześcić owoc święty, zabroniony?
Jakąż przeklętą zdradą nieprzyjaciel
Nieznany zwiódł cię i pogrążył w zgubę?
Ciebie i mnie też, bo postanowiłem
Umrzeć wraz z tobą. Mogęż żyć bez ciebie?
Mogęż zapomnieć twej słodkiej rozmowy,
Twojej miłości serdecznej, by znowu
Sam pędzić życie w tych lasach zapadłych?
Choćby Bóg stworzył inną Ewę, choćbym
Drugiego żebra udzielił, twej straty
Nigdy by serce moje nie przeniosło!
Nie, nigdy, czuję, że związek natury
Ciągnie mnie; tyś jest ciało z mego ciała,
Kością z mej kości, i od twego losu
Nigdy mojego nie odłączę, z tobą
Chętnie podzielę dobrą i złą dolę!»
To rzekłszy sobie, jak ten, co się budząc
Z ciężkiej rozpaczy, po myślach zbłąkanych
Podda się temu, co nieuniknione,
W spokojnym tonie tak rzecze do Ewy:
«Zuchwały czyn twój, lekkomyślna Ewo,
Niebezpieczeństwem wielkiem grozi, śmiałaś
Nietylko oczy pożądliwe zwrócić
Na owoc święty, dla nas nietykalny,
Pod zagrożeniem przekleństwa, lecz nawet
Jadłaś go. Ale, co przeszło, nie wróci,
Nikt nie odrobi tego, co się stało,
Ni Przeznaczenie, ni też Bóg Wszechmocny.

Może nie umrzesz jednak, twój czyn może
Nie tak straszliwy; gdy owoc był wprzódy
Już pozbawiony świętości przez Węża,
Powszednim stał się, nim ust naszych doszedł.
Dla niego nie był śmiertelnym, on żyje,
Powiadasz, wyższem życiem, jakby człowiek;
Możemy wnosić, że owocu dzielność
I nas na wyższy stopień stosunkowo
Podniesie: w bogów, w aniołów przemieni.
Trudno mi także pojąć, iżby Pan Bóg,
Stwórca najmędrszy, choć groził, naprawdę
Zniszczył istoty, pierwsze tak wysoko
Obdarowane, które ponad wszystkie
Swe dzieła wyniósł; te, dla nas stworzone,
Z nami w łączności, padłyby wraz z nami;
Tak Bógby tworzył na to, żeby niszczył,
I znów odrabiał, próżne mając trudy.
Nie można Boga pojmować w ten sposób,
Bo On, choć mocen powtórzyć stworzenie,
Niechętnieby nas niweczył, by nie rzekł
Tryumfujący nieprzyjaciel: Zmienny
Los tego, komu Bóg najbardziej sprzyja!
Któż może długo przetrwać w jego łasce?
Wprzód mnie obalił, teraz ludzkie plemię.
Na kogo kolej? Takiego powodu
Do szyderstw nie da nieprzyjacielowi.
Cokolwiek będzie, los mój wspólny z twoim,
Gdy umrę z tobą, śmierć mi będzie życiem.
Tak silnie czuję w sercu tę potęgę,
Którą przyroda związała mnie z tobą,

Jak z sobą drugim, bo to czem ty jesteś,
Jest mojem: nasza istność nierozdzielna;
Jednem jesteśmy ciałem: stracę ciebie.
To będzie także i moją zatratą.»
Tak mówił Adam, Ewa na to rzecze:
«O, świetna próbo miłości bez miary!
Wzniosłe świadectwo, potężny przykładzie,
Z którym ja także chcę stanąć w zawody.
Ale czy zdołam, gdy doskonałości
Twej nie posiadam, Adamie? Pochodzę
Z twojego boku, i to moją chlubą.
Z rozkoszą słucham, kiedy o jedności
Naszej wspominasz: jedno serce, jedna
Dusza w obojgu, o czem dzień dzisiejszy
Najlepiej świadczy, twe postanowienie
Raczej podzielić moje winę, zbrodnię,
Jeżeli zbrodnią jest spożycie tego
Owocu, niżby nas, tak zjednoczonych
Wielką miłością, miała śmierć rozłączyć,
Lub coś od śmierci samej straszliwszego.
Wszakże od dobra tylko dobro płynie;
Dzielność owocu już się pokazała,
Gdy wyjawiła moc twojej miłości.
Którejbym może nigdy taką wzniosłą
Nie zobaczyła. Gdybym przypuszczała,
Że przekroczenie moje śmierć pociąga
Chętniebym zniosła wszystko, co najgorsze,
Zmarła samotnie, a nie namawiała
Ciebie do czynu, któryby zakłócił
Twój spoóoj, sama o tak niezrównanej

Miłości szczerej, wiernej, upewniona;
Ale zupełnie inne wpływy czuję.
Nie śmierć, lecz życie wzmożone: wzrok jasny,
Nowe nadzieje i radości nowe,
A smak tak boski, że wszystko, co dotąd
Słodkiem dla zmysłów moich się wydało,
Stało się teraz niesmacznem i szorstkiem.
Oprzyj się na mem doświadczeniu, skosztuj,
Adamie, śmierci próżno się nie lękaj!»
Do słów tych uścisk dołączyła słodki,
Płacząc z radości i cała w zachwycie,
Że uszlachetnił tak wielce swą miłość,
Dla niej się ważąc na śmierć i gniew boski.
W nagrodę (taka szkaradna uległość
Takiej też godna nagrody) z gałązki
Owoc ponętny dała szczodrą dłonią.
Jadł bez skrupułu, wbrew głosowi duszy;
Nie w omamieniu, ale przemożony
Wdziękiem kochanej kobiety. Zadrżały
Głębiny ziemi, jakby w nowych bólach,
Jękła Przyroda po raz drugi, Niebo
Zasnute chmurą, groźnym mrukło grzmotem,
Roniąc deszcz, smutny jak łzy, nad spełnieniem
Pierwszego grzechu śmiertelnego; Adam
Nie zwracał na nic uwagi, jadł chciwie,
I Ewa obok bez strachu ponawia
Przestępstwo, aby swojem towarzystwem
Mężowi sprawić przyjemność. Wraz, jakby
Nadmiarem wina pijani oboje,
Rozweseleni, już im się wydaje,

Że im boskości wyrastają skrzydła,
Że mogą gardzić ziemią. Ale inne
Zdradliwy owoc w nich wytwarzał skutki,
Chucią cielesną, dziką, zapalając.
Lubieżnym wzrokiem on patrzy na Ewę,
Ona mu równem odpłaca spojrzeniem.
Żądza ich pali; aż nareszcie Adam
Tak ją do pieszczot pociągać zaczyna:
»Widzę ja teraz, Ewo, jak wykwintnym
Gustem, powabem jakim i mądrością
Tyś obdarzona, bo do każdej myśli
Gust przynależy; podniebienie także
Ma swój rozsądek. Tobie cześć oddaję
Boś dzień dzisiejszy dobrze opatrzyła.
Dużo rozkoszy straciliśmy na tem
Tak wybornego owocu nie jedząc,
Prawdziwej w smaku nie znając uciechy.
Jeśli tak miłe rzeczy zakazane,
Możnaby pragnąć, by zamiast jednego
Dziesięć drzew było dla nas zakazanych.
Tak pokrzepieni pójdźmy na pieszczoty,
Jako się godzi po uczcie tak świetnej.
Od chwili, gdym cię ujrzał po raz pierwszy,
Gdym cię poślubił, nigdy piękność twoja.
Doskonałością wszelką ozdobiona,
Nie zapaliła mnie takim płomieniem
I pożądaniem, gdyś jeszcze piękniejsza,
Dzięki przymiotom cudnym tego drzewa!«
Z słowami łączył namiętne spojrzenia
Czułe pieszczoty, bardzo zrozumiałe

Dla Ewy, której oczy takim samym
Żarem płonęły. Uchwycił jej rękę,
Do cienistego wzgórka poprowadził,
Pod dach zieleni gęstej; a wiódł chętną.
Kwiaty im łożem: fijołki i bratki
I hiacynty i zawojki złote. —
Zakątek chłodny, najmilszy na świecie.
Tam dali folgę miłości bezmiernej
I uniesieniom miłosnej rozkoszy:
Pieczęć ich winy, pociecha po grzechu;
Wreszcie znużonych objął sen głęboki.
Ale niebawem wywietrzała siła
Zdradna owocu, rozweselająca
I tumaniąca oparem rozkoszy.
A gdy sen ciężki, złośliwej mgły skutek,
Sprawca mar grzesznych, opuścił ich w końcu,
Powstali z łoża jak niewypoczęci.
Kiedy po sobie spojrzeli, spostrzegli,
Że otworzone mieli oczy, ale
Umysł ściemniony. Zginęła niewinność,
Co jak zasłona kryła przed ich wzrokiem
Wiadomość złego; słuszna ufność w sobie,
Wrodzona prawość i godność zniknęła,
Nagich oddając winnemu wstydowi,
Co się osłania, lecz go ta osłona
Odkrywa jeszcze bardziej. Tak Danita,
Olbrzymiej siły Samson, z wszetecznego
Łona Dalili filistyńskiej ze snu
Powstał z obciętą siłą; równie oni,
Ogołoceni i wyzuci z cnoty,

Siedzieli długo milczący i smutni,
Jakby niemotą dotknięci, aż Adam,
Choć niemniej od swej żony zawstydzony,
Z wysiłkiem w takie odezwał się słowa:
»O Ewo, dałaś posłuch w złej godzinie
Temu płazowi fałszywemu, nie wiem
Kto go głos ludzki udawać nauczył,
Ale upadek nasz jest niewątpliwy,
A obietnica wyższości zawiodła,
Bo oczy nasze otwarte zaiste,
I znamy dobro i zło, ale dobro
Dla nas stracone, zło w nabytku mamy.
Zły wiadomości owoc, jeśli ona
Nas pozostawia nagimi, bezeczci,
Bez niewinności, wierności, czystości.
Co było naszą zwyczajną ozdobą,
Teraz skalane, a i w twarzach naszych
Widoczne ślady wyuzdanych chuci,
Z których pochodzi zło, a i wstyd także
Idący za niem, jako jego świadek.
Jakże mam teraz spoglądać w twarz Boga,
Albo Aniołów, w które spoglądałem
Dotąd z radością taką i z zachwytem?
Teraz postaci te niebiańskie, boskie,
Razić nas będą jasnością, dla ziemian
Nie do zniesienia. O, wolałbym raczej
Żyć tu samotnie, dziko, w leśnej ciszy,
Gdzieby wysokie drzewa, nie puszczały
Światła gwiazd ani słońca, zmierzch wieczorny
Wciąż utrzymując. O, wy jodły, cedry,

Niezliczonemi swemi gałęziami
Okryjcie mnie, i tak ukryjcie, abym
Nigdy nie widział światła!... Ale teraz
Trzeba obmyślić, w tym złym będąc stanie,
Jak skryć przed sobą wzajem owe członki,
Które wstyd każe skrywać? Jakieś drzewo
Da nam szerokich, miękkich liści, które
Złączywszy z sobą, opaszemy biodra
I okryjemy środkową część ciała
Aby nie siedział tam wstyd, przybysz nowy
I nie wyrzucał nam, żeśmy nieczyści!«
Tak radził. Szli więc oboje w gąszcz leśną,
Wkrótce wybrali tam drzewo figowe;
Nie ten gatunek sławiony z owocu,
Lecz owo znane i dziś Indyanom
Dekanu albo Malabaru, które
Szeroko długie rozciąga konary,
Aż opuszczone do ziemi gałązki
Wydają nowe korzenie, i wkoło
Rosną, jak córki przy drzewie macierzy;
Kolumny, w górze złączone sklepieniem,
Tworzą podsienie, w których błądzi echo.
Tam często pasterz indyjski się chroni
Przed spieką słońca w chłodzie, a dogląda
Trzody przez okna wycięte w zieleni.
Te sobie liście obrali szerokie,
Jak Amazonek tarcze, a niemałej
Musieli użyć zręczności, by złożyć
Do swoich bioder opaski. Napróżno:
Grzechu i wstydu nic już nie osłoni!

Jakże dalecy od dawnego blasku
Swojej nagości! Takich niegdyś Kolumb
Amerykanów znalazł, opasanych
Pierzastym pasem, zresztą nagich, dzikich,
Między drzewami wysp i na wybrzeżach.
Tak przysłonięci i, jak im się zdało,
Z okrytym w części sromem, niespokojni,
Bez ulgi w sercu, siedli i płakali.
Nie tylko łzy im cieką, gorsze fale
W ich sercu huczą: wichry namiętności,
Gniew i nienawiść, nieufność, niezgoda,
Teraz wstrząsają boleśnie ich umysł,
W którym wprzód taka panowała cisza
I pokój, teraz burzy zawierucha.
Rozsądek przestał rządzić, nie słuchała
Swych obowiązków Wola, już oboje
Pod jarzmem Żądzy zmysłowej, co zniska
Opanowała nawet władczy Rozum.
Z tak rozstrojonej piersi, z błędnym wzrokiem,
Głosem zmienionym, urywaną mową,
Adam do Ewy gorzkie śle wyrzuty:
»Obyś słów moich była posłuchała,
I błagań, obyś pozostała przy mnie,
Kiedy owego nieszczęsnego rana
Nie wiem skąd przyszła ci dziwaczna chętka
Wędrówki! Dotąd pozostalibyśmy
Szczęśliwi, nie tak jak teraz, wyzuci
Z wszystkiego, nadzy, nędzni, pełni wstydu.
Niech odtąd próżno nikt swojej wierności

Próby nie szuka; jeśli kto naprawdę
Chce jej dowodzić, widać że się chwieje.»
Ewa dotknięta wymówką, odpowie:
«Mógłżeś to wyrzec, Adamie surowy?
Mnie przypisujesz wszystko, co się stało,
Czy też mej chętce wędrówek, jak mówisz;
Czyżby to samo nie mogło się zdarzyć
Nam dwojgu razem, lub samemu tobie?
O, gdybyś był tam, lub słyszał pokusę,
Nie byłbyś dostrzegł oszukaństwa węża,
Tak był wymowny, a do nieprzyjaźni
Dla nas żadnego nie mógł mieć powodu.
Czemużby miał być złym on, chcieć mi szkodzić?
Miałamże zawsze tkwić przy twoim boku?
To wszystko jedno, co pozostać żebrem
Nieożywionem. Gdym jest tem, czem jestem,
Czemuś mi, jako głowa, nie zabronił
Stanowczo iść na takie, jak powiadasz,
Niebezpieczeństwo? Zbyt pobłażający,
Czyś się opierał długo? pozwoliłeś,
Słusznem uznałeś, puściłeś uprzejmie;
Gdybyś był stale trwał w swojej odmowie,
Ni jabym grzeszną była, ni ty ze mną.»
Pierwszy raz gniewny, na to Adam rzecze:
«Takaż to miłość, takaż to nagroda,
Niewdzięczna, mojej ku tobie miłości,
Którą wyznałem niezmienną i wtedy,
Kiedyś zgubioną już była, lecz nie ja?
Mogłem żyć, szczęścia wiecznego używać,
A dobrowolnie śmierć obrałem z tobą;

Teraz mi zarzut czynisz, żem jest winien
Twojego grzechu, że niedość stanowczy
Byłem w odmowie. Com więcej miał czynić?
Napominałem, ostrzegałem, groźne
Niebezpieczeństwo ci przepowiadałem,
Czyhającego wroga. Cóż ponad to
Pozostawało? Przymus. Lecz przymuszać
Twej wolnej woli — to się nie godziło.
Gnała cię w drogę ufność w samej sobie,
Pewność, że albo nie spotkasz przygody,
Albo w niej znajdziesz łatwość chlubnej próby.
A może ja też błądziłem niebaczny?
Tak wszystko w tobie widząc doskonałem,
Nie przypuszczałem, aby kiedy mogło
Złe znaleść przystęp do ciebie, a teraz
Żałuję błędu, w którego następstwie
Jestem zbrodniarzem, ty oskarżycielką.
Tak będzie z każdym, który przeceniając
Wartość kobiety, dozwoli jej rządzić;
Ta żadnych nie chce znosić ograniczeń,
A gdy czynnością swoją złe następstwa
Sprowadzi, męża przedewszystkiem wini
O pobłażanie.» Tak na oskarżeniach
Wzajemnych szły im bezpłodne godziny;
Na siebie żadne z nich winy nie brało,
I puste spory toczyli bez końca.





Przypisy

  1. Achill, patrz Iliada; — Turnus Eneida.
  2. Kadmus w poszukiwaniu Europy, porwanej przez Jowisza, przybył do Grecyi i założył Teby. Następnie, porzuciwszy dobrowolnie to miasto, czy też wygnany przez swych poddanych, udał się, ze swą żoną Hermioną, do Illiryi; tam, z rozkazu Jowisza, oboje przemienieni zostali w węże.
  3. W Epidaurze czczono Eskulapa pod postacią węża; twierdzono, że się nawet pojawiał w tym kształcie.
  4. Jowiszów różnych, według Varrona, było około 300 — z tych najdawniejszy Jowisz Ammoński w Libii, a Kapitoliński w Rzymie należał do najsławniejszych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Milton i tłumacza: Władysław Bartkiewicz.