Raj utracony (1902)/Pieśń VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Milton
Tytuł Raj utracony
Data wydania 1902
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Bartkiewicz
Tytuł orygin. Paradise Lost
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
PIEŚŃ VIII.

Skończył rzecz swoję Anioł, a głos jego
Tak czarująco brzmiał w uszach Adama,
Że przez czas jakiś sądził, iż go jeszcze
Słyszy, i słuchał w skupieniu, aż wreszcie,
Jak obudzony ze snu, odpowiada:
«Jakie wystarczą dzięki, i nagrodę
Jakąbym mógł ci złożyć wzamian, boski
Opowiadaczu, coś moje pragnienie
Wiedzy tak szczodrze raczył zaspokoić,
Po przyjacielsku objaśniając rzeczy,
Których istoty nigdy w inny sposób
Dojśćbym nie zdołał, a teraz słuchałem
Pełen podziwu, zachwytu, zdumienia,
Składając Stwórcy winną cześć i chwałę.
Jeszcze mi pewna wątpliwość została,
Którą mi tylko twa łaska rozwiąże.
Gdy się przyglądam tej pięknej budowie
Świata, co z nieba i ziemi się składa,
I porównywam wielkość ich obojga,

Wydaje mi się ziemia grudką, ziarnkiem,
Pyłkiem, atomem w porównaniu z niebem
Pełnem gwiazd, co się zdają toczyć w przestrzeń
Nie do pojęcia wielką (bo tak można
Z ich odległości wnosić i z dziennego
Powrotu), na to, aby do okoła
Tej Ziemi ciemnej, i małej jak kropka,
Rozsiewać światło to dzienne, to nocne.
Bezużyteczne zresztą w całym biegu,
Takim dalekim. Często rozmyślając
Dziwię się czemu Przyroda tak mądra,
I tak oszczędna w całem swem działaniu
Nierównomierność taką spełniać może:
Rozrzutną ręką tyle szlachetniejszych
I w różnym stopniu większych ciał stworzyła
Tylko na taki użytek, by codzień
Powtarzający się obieg spełniały,
Podczas gdy Ziemia (coby łatwiej mogła
Po znacznie mniejszym toczyć się obwodzie),
Lepsze od siebie mając na posługi,
Cel swój osiąga, pozostając w miejscu;
W dań otrzymuje podróże codzienne
Z pośpiechem ducha niosące jej światło
I ciepło; z taką służące szybkością,
Na określenie której liczby niema.«
Tak nasz praojciec rzekł, a twarz świadczyła
Że pragnie zgłębiać ciemne i zakryte
Przed wzrokiem ludzkim rzeczy. To spostrzegłszy
Ewa, siedząca opodal, powstała
Z majestatyczną pokorą i wdziękiem,

Który w patrzących mógł budzić życzenie
Żeby została. Poszła, by owoce
I kwiaty swoje obejrzeć w ogródku,
Pąki i kwiecie, czy rosną szczęśliwie?
Za jej zbliżeniem otwierały kwiaty
Wonne kielichy i weselej rosły
Pod jej troskliwej reki hodowaniem;
Odeszła jednak nie dla tego, iżby
Taka rozmowa jej nie zajmowała,
Albo jej umysł treści tak wysokiej
Nie zdołał pojąć: wolała zachować
Sobie na później przyjemność, gdy Adam
Jej opowiadać będzie, a jedyną
Słuchaczką ona. Opowieści męża
Wolała słuchać raczej niż Anioła
Samego, jego więc postanowiła
Pytać; wiedziała, że w naukę wplecie
Słowa miłości, a zakończy wykład
Słodką pieszczotą małżeńską; z ust jego
Nie same słowa jej się podobały.
Gdzie teraz szukać par takich, złączonych
Poszanowaniem i wspólną miłością? —
Odeszła z ruchem bogini, z orszakiem,
Bo jak królowe otaczał ją przepych
Obsługujących gracyi, co w koło
Do oczu wszystkich posyłały groty
Pragnienia, by ją módz oglądać jeszcze.
Na wątpliwości, jakie Adam stawił,
Anioł Rafael uprzejmie, łagodnie
Odrzekł w te słowa: «Nie ganię, ze pytasz

I badasz. Niebo jest jak rozłożona
Przed tobą księga Boga, abyś czytał
Cudowne Jego dzieła, byś poznawał
W niej pory roku, godziny, miesiące,
Lub lata. Byłeś dokładnie rachował,
Wszystko ci jedno, czy niebo, czy ziemia
Jest w ruchu. Wielki Budowniczy świata
Resztę skrył mądrze przed okiem człowieka,
Albo Anioła; i tajemnic swoich
Nie chciał objawić, aby nie szperali
Ludzie, lecz raczej, by je uwielbiali.
Gdy więc z wysiłkiem tworzą przypuszczenia,
Bóg o swych dziełach rozpraw im nie broni,
Może, by śmiać się z dziwacznych poglądów,
Gdy układają plan nieba, i biegi
Gwiazd naznaczają; jak wtedy pochopni
Do kierowania potężnym wszechświatem!
Przebudowują go wciąż i planują
Na nowo, aby pozory ratować.
Na nieba planie kreślą dośrodkowe
I odśrodkowe linie, okręgi,
Koła, a na ich obwodzie okręgi
I koła w kołach.[1] Jak z rozumowania
Twojego widzę, kierowniku rodu,
Przypuszczasz, jako ciała te jaśniejsze
I większe służyć nie powinny mniejszym,
Ani ciemniejszym, ni też gwiazdy nieba
Takich wędrówek odprawiać, gdy ziemia
Spoczywa i z ich zabiegów korzysta.
Rozważ to naprzód, że wielkość lub jasność

Doskonałości jeszcze nie stanowią;
Choć w porównaniu z innemi gwiazdami
Ziemia jest mała, nie połyska, jednak
Może zawierać więcej istotnego
Dobra, niż słońce, które samo puste
Nie użytkuje ze światła swojego,
Lecz urodzajna ziemia, bo promienie
Jego, aż dotąd bezczynne, dopiero
Tu zatrzymane odzyskują siłę.
Lecz nie dla ziemi są te świetelniki,
Tylko dla ciebie, coś jest jej mieszkańcem,
A co do nieba niezmiernych przestrzeni,
Niech rozpowiada wysoka wspaniałość
Ich Stworzyciela, który je tak wielkie
Zbudował, swoje granice zakreślił
Aż tak daleko, aby wiedział człowiek,
Że nie w swym własnym gmachu ma mieszkanie,
Zawielkim, aby zdołał go zapełnić;
Szczupłą w nim cząstkę zamieszkuje, reszta
Służy do celów Bogu tylko znanych.
Tych ciał niebieskich szybkość bezgraniczną
Jego wszechmocy przypisz, która nawet
Bryłom nadała pęd prawie duchowy.
Za powolnego mnie nie weźmiesz, jeśli
W rannej godzinie z Nieba, gdzie Bóg mieszka
Zeszedłszy, jeszcze przed południem byłem
W Edenie; liczbą nie da się wyrazić
Taka odległość. Przytaczam to tylko,
By, przypuściwszy ruchy ciał niebieskich,
Wnet ci okazać, jak słabe pobudki

Twych wątpliwości. Nie twierdzę, że tak jest,
Choć tobie, co tu mieszkasz, tak się zdaje.
Bóg, aby dróg swych pod zmysły człowieka
Nie poddać, niebo umieścił od ziemi
W tej odległości, iż łudzi wzrok ziemski,
Który sięgając rzeczy za wysokich,
I zabłąkany w marnych domniemaniach,
Napróżno niemi się dręczy. Cóż jeśli
Słońce jest środkiem świata, jeśli inne
Ciała niebieskie, pobudzone jego
Przyciągającą siłą i swą własną,
Tańczą dokoła niego w różne kręgi?
W sześciu planetach widzisz obrót zmienny
Wysoko, to znów nisko, naprzód idą,
To się cofają, to stają, to kryją;
A jeśli siódma w ich gronie, ta Ziemia,
Która tak stałą wydaje się tobie,
Nieznacznie ruchem trojakim się toczy?
Jużbyś natenczas nieregularności
Nie potrzebował odnosić do różnych
Sfer w ruch wprawionych w przeciwnych kierunkach
I krzyżujących się skośnie; co właśnie
Musisz przypuszczać, jeśli według ciebie
Słońce jest w ruchu, a poruszająca
Wszystko sprężyna wielka, niewidzialna,
Po za gwiazdami, koło, co sprowadza
Dzień i w kolei noc swoim obrotem.
Nie potrzebujesz tego przypuszczenia,
Jeżeli ziemia skrzętna sama z siebie
Tocząc się na wschód, bierze dzień, a stroną

Nieoświeconą promieniami słońca
Wtedy spotyka noc, gdy pierwsza strona
Błyszczy słonecznem światłem. Cóż jeżeli
Ziemia, co światło śle w strzeń przezroczystą
Towarzyszowi swemu, księżycowi,
Wyda się gwiazdą, co mu w dzień tak świeci,
Jak on jej w nocy? Jeśli tam są kraje,
Pola, mieszkańcy? Plamy na nim widzisz,
Jak chmury, z chmur deszcz pada, z miękkiej ziemi
Deszcz wywołuje owoce i życie.
Może odkryjesz kiedy inne słońca
Z ich księżycami, wciąż rozsiewające
Męski i żeńskie światło (bo te wielkie
Dwa działy płciowe dają życie światu);
Może na każdem z owych ciał niebieskich
Mieszczą się jakie żyjące istoty?
By takich wielkich w przyrodzie przestrzeni
Nie zamieszkała żadna żywa dusza,
By puste były, przeznaczone tylko
Na to, by świecić, aby każda gwiazda
Ledwie światełko słabe posyłała
Dalekiej ziemi, zamieszkałej, która
Innym je zwraca — o tem wątpić można.
Lecz czy te sprawy są takie, czy inne,
Czy panujące na niebiosach słońce
Dokoła ziemi się toczy, czy ona
Dokoła słońca; czy ono od wschodu
W drogę ognistą wstępuje, czy ona
Z zachodu cichy bieg posuwa, krokiem
Łagodnym, sennym, na wirowej osi

Niesie cię miękko wraz z lekkiem powietrzem
Nie dręcz umysłu tem, co jest zakryte,
Zostaw to Bogu i służ mu z bojaźnią.
Inne istoty niech według swej woli
Umieszcza tam, gdzie uzna za stosowne:
Ty ciesz się tem, co tobie i twej Ewie
Daje — tym Rajem; Niebo zawysoko
Byś mógł przeniknąć to, co się tam dzieje.
Pokorną mądrość obierz, o tem tylko
Myśl, co się tyczy ciebie, twego bytu;
Nie marz o innych światach, ani o tem,
Jakie stworzenia tam mieszkają, jaki
Ich stan, warunki życia, albo stopień;
Tem się kontentuj, co ci objawiono
Nietylko ze spraw ziemi, lecz i nieba.»
Na to mu Adam, zbywszy wątpliwości,
Odrzeknie: «W pełni mnie zaspokoiłeś,
Duchu niebieski, Aniele przejasny.
Zwolniłeś od czczych błąkań, nauczyłeś
Najprostszej drogi życia, bez szperania
Bałamutnego, które całą słodycz
Życia odbiera. A Bóg je osłonił
Od trosk wszelakich, bylebyśmy sami
Nie sprowadzali ich próżnem myśleniem
I dociekaniem. Wprawdzie umysł ludzki
Lub wyobraźnia do urojeń skore,
Mogłyby roić bez końca, bez granic,
Ale przestroga, albo doświadczenie
Uczą, że mądrość najwyższa polega
Nie na tem, żeby dokładnie znać rzeczy

Zastosowania niemające, skryte,
Subtelne, ale znać to, co nam życie
Dzienne przynosi; reszta próżnym dymem,
Lub uroszczeniem niedorzecznem, które
Do spraw potrzebnych niezdolnymi czyni,
Niepraktycznymi i niegotowymi,
Tylko w szperaniu wciąż zatopionymi.
Zstąpmy więc z tego wysokiego szczytu
I niższym lotem, o rzeczach najbliższych
A pożytecznych mówmy: tu niejedno
Będę mógł zadać pytanie stosowne,
Gdy mi twa dobroć i łaska dozwoli.
Z ust twych słyszałem o tem, co się działo
Wprzód nim pamięcią zasięgam; wysłuchaj
Nawzajem mojej historyi, może
Jej nie znasz, dzień zaś jeszcze nie tak prędko
Skończy się. Widzisz, jakie wynajduję
Sposoby, pragnąc cię zatrzymać; dzieje
Swoje opowiem, aby tylko słyszeć
Odpowiedź twoje. Gdy tu siedzę z tobą,
Zda mi się, żem jest w Niebie, twoja mowa
Jest dla mnie słodsza, niżeli owoce
Palmy wysmukłej, które uśmierzają
Głód i pragnienie, gdy się posilamy
Po pracy dziennej: przesycają skoro,
Chociaż przyjemne; ale twoje słowa
Tchną łaską boską, nigdy nie nasycą.»
Rafael na to z anielską dobrocią
Tak mu odpowie: «Wdzięczne twoje wargi,
I język biegły, o praojcze ludzi;

Bo Bóg na ciebie obfite wewnętrzne
Jak i zewnętrzne spuścił dary, jako
Na podobieństwo swoje; czy więc mówisz,
Czy milczysz, zawsze cię otacza powab,
Przy każdem słowie i przy każdym ruchu.
W Niebie też mamy cię za towarzysza
Ziemskiego w służbie bożej, i z radością
Badamy drogi Boga względem ciebie;
Bo, jak widzimy, Bóg czcią cię ozdobił
I równą objął miłością. Mów zatem,
Bo nieobecny byłem dnia owego;
Obowiązany do podróży ciężkiej
A nadzwyczajnej, bo aż do bram Piekła.
Uformowani w legion, mieliśmy
Rozkaz nie puszczać z Piekła szpiega, ani
Zbrojnego wroga, podczas gdy Bóg stwarzał,
By rozgniewany taką zuchwałością,
Do dzieł twórczości nie wmieszał zniszczenia.
Wprawdzie bez jego dopuszczenia nigdy
Na czyn podobny nie ważyliby się,
Ale wysyła nas w ważniejszych sprawach
Jak panujący, by nas przyzwyczaić
Do posłuszeństwa. Straszna brama była
Mocno zamknięta, zatarasowana,
Ale już zdała, nim się zbliżyliśmy,
Z poza niej szum szedł wcale nie taneczny,
Nie śpiewy, ale biadania rozgłośne
I krzyki wściekłe. Radzi wróciliśmy
Ku okolicom światła w Sabbat wieczór,
Jak polecone było. Ale teraz

Ty opowiadaj, bo mi twoje słowa
Równie są miłe, jako moje tobie.»
Tak mówił Anioł, na to nasz prarodzic:
«Życia swojego skreślić pierwociny
Trudno dla człeka. Kto zna swój początek?
Tylko mnie nęci do opowiadania
Żądza rozmowy z tobą. Gdym się ocknął
Z snu głębokiego, spostrzegłem, że leżę
Na trawie kwietnej, w balsamicznych potach,
Które niebawem osuszyło słońce
Promienne, chłonąc wilgoć parującą.
Zwróciłem w niebo zadziwione oczy
I przez czas jakiś patrzałem na jego
Przestrzeń rozległą; nagłym pobudzony
Instynktem, dążąc ku górze, skoczyłem,
Stając na nogi. Ujrzałem dokoła
Wzgórza, doliny i cieniste lasy,
Słoneczne pola, przezroczyste wody
Rzeki, toczące z miłym szumem fale,
Stworzeń żyjących kręcące się tłumy,
Biegną, latają, śpiewają w zieleni,
Wszystko się do mnie uśmiecha; powietrze
Pełne zapachu; serce przepełnione
Radością. Siebie samego oglądam
Członek po członku, to idę, to biegnę
Rączemi kroki, niesion siłą życia.
Lecz kto ja? gdzie ja? i z jakiej przyczyny?
Nic nie wiedziałem. Spróbowałem mówić,
I przemówiłem natychmiast: posłuszny
Język nazywał wszystko, na com spojrzał.

««Ty słońce, rzekłem, piękne światło, i ty,
Ziemio, tak świeża, hoża, w blasku światła,
Wy wzgórza, pola, rzeki, lasy, niwy,
Wy, co żyjecie, krążycie swobodnie,
Mówcie, gdy wiecie, jak się stałem taki?
Jak tu przybyłem? Nie sam z siebie; zatem
Jakiś potężny Twórca z swej dobroci
I z bezgranicznej potęgi mnie zrobił.
Powiedzcie, jakbym mógł go poznać, jakbym
Mógł cześć mu oddać za ten ruch i życie,
Za szczęście większe, niż sam wiedzieć mogę?»»
Gdy tak wołałem, błąkając się z miejsca,
Gdzie odetchnąłem pierwszy raz i pierwsze
Ujrzałem światło błogie, a nie dawał
Nikt odpowiedzi, na darniowej ławie,
Kwiatami tkanej, siadłem zamyślony.
Tu po raz pierwszy objął mnie sen słodki,
Miękkim naciskiem przytłumił me zmysły,
Niezamącony, choć, zdało się, wracam
Do poprzedniego stanu nieczułości
I do niebytu, gdy naraz u głowy
Mojej stanęło zjawisko; w mej duszy
Wewnętrzny pojaw jego wzniecił czucie
Bytu i życia. Ktoś, jak mi się zdało,
Postaci boskiej nadszedł i powiedział:
««Czeka cię twoja dziedzina, Adamie,
Pierwszy człowieku, na pierwszego ojca
Niezmiernej liczby ludzi przeznaczony,
Wstań, otom przyszedł, bym cię poprowadził
Do rozkosznego ogrodu, siedziby

Przygotowanej dla ciebie.»» To mówiąc
Wziął mnie za rękę i wiódł nad polami
I nad wodami, lekko, przez powietrze
Jakbym się ślizgał, nie stąpając, w końcu
Na szczycie góry lesistej mnie stawił,
Której wierzchołek stanowił obszerną
I ogrodzoną płaszczyznę, drzewami
Najpiękniejszemi zasadzoną, pełną
Dróżek i altan; com widział poprzednio
Na ziemi, teraz się zdało już prawie
Nieładne; każde tu drzewo wspaniałym
Obładowane owocem: wisiały,
Wzrok kusząc, nagłą wzbudzając oskomę.
Wtem się ocknąłem, i w rzeczywistości
Wzrok mój napotkał wszystko, co tak żywo
Sen mi przedstawiał. Tu znów byłbym począł
Krążyć bez celu, gdyby pod drzewami
Ten się nie zjawił, co mię tu sprowadził.
Obecność Boska! Z radością i trwogą,
Z czcią i pokorą padłem do stóp jego,
A On podniósłszy mnie, rzekł słodko: ««Jestem
Ten, kogo szukasz, Stworzyciel wszystkiego,
Co widzisz w koło, w górze i na dole.
Raj ten ci daję: miej go na swą własność,
Dzierż i uprawiaj, i z wesołem sercem
Jedz owoc z wszelkich drzew, które tu rosną,
Nigdy się nie bój tu nieurodzaju,
Lecz z drzewa, które świadomość dobrego
I złego daje, które zasadziłem,
Jako rękojmię twego posłuszeństwa

I twojej wiary, w pośrodku ogrodu
Przy Drzewie Życia, ostrzegam, byś nie jadł.
Miej ostrzeżenie moje na pamięci,
Lękaj się gorzkich następstw, bo wiedz o tem
W dniu, w którym jeść zeń będziesz, w którym złamiesz
Zakaz jedyny mój, niechybnie umrzesz;
Będziesz od tego dnia śmiertelnym, stracisz
Swój stan szczęśliwy, będziesz wypędzony
Stąd w świat boleści i smutku.»» Surowo
Wyrzekł tę groźną zapowiedź, brzmi ona
Dotąd straszliwie w mem uchu, choć nigdy
Jej nie podpadnę. Ale wkrótce przybrał
Łagodny wyraz twarzy i łaskawie
Cel swój objaśnił: ««Nietylko ten Eden,
Lecz całą ziemię tobie i twojemu
Plemieniu daję; wy bądźcie panami
Jej i wszystkiego, co żyje na ziemi,
W wodzie, w powietrzu — zwierząt, ryb i ptaków.
W znak czego obejrz wszystkie ich rodzaje,
Gdy je sprowadzę, nadaj im nazwiska,
A one z hołdem przystępować będą,
Jako poddane. To się też rozumie
O rybach w wodnej ich siedzibie, które
Tu nie przyzwane, bo swego żywiołu
Nie mogą zmienić, ni rzadszem powietrzem
Oddychać.»» Mówił tak, a każde zwierzę
I ptak parami zbliżały się do mnie,
Pierwsze schylone łasiły się mile,
Ptaki na skrzydłach zlatały przedemnie,
Gdy mnie mijały, nazwy im dawałem

Według natury ich, bo Bóg mnie nagle
Przenikliwości zaopatrzył siłą.
Ale to wszystko nie stłumiło we mnie
Poczucia braku pewnego, więc śmiało
Do niebiańskiego Zjawiska tak rzekę:
««Jakiem imieniem — bo Ty nad to wszystko,
Ponad ród ludzki i nad to, co wyższe
Niż rodzaj ludzki, podniesiony jesteś,
Przechodząc wszelkie moje mianowanie,
— Jak mam Cię nazwać, jak czcić, Stwórco świata,
I tego dobra wszelkiego dla człeka?
Dla jego szczęścia wszystko tak obficie
Zaopatrzyłeś szczodrobliwą ręką,
Ale nie widzę z kimbym mógł to dzielić,
A co za szczęście czeka w samotności?
Kto sam używać może? Lub kto w takiem
Użyciu znajdzie ukontentowanie?»»
«Tak ja zuchwale, a jasne Zjawisko
Z uśmiechem jeszcze bardziej jaśniejącym
Tak odpowiada: ««Cóż to za samotność?
Pełna jest ziemia żywego stworzenia,
Pełne powietrze, a wszystko na twoje
Przyjdzie rozkazy, by igrać przed tobą.
Czyż nie znasz mowy ich i obyczajów?
I u nich rozum nie do pogardzenia.
Z nimi czas spędzaj, rządź nimi, wszak twoje
Królestwo wielkie.»» Tak mówił Pan świata,
Taki wydawał rozkaz, jakem sądził.
Prosiłem kornie, by mi wolno było
Rzec jeszcze słowo, i tak powiedziałem:

««Niech moja śmiałość nie obraża Ciebie,
Mocy Niebiańska, mój Stwórco, łaskawie
Słów mych wysłuchaj. Wszakże uczyniłeś
Mnie tu zastępcą swoim, resztę stworzeń,
Ze pośledniejsze, pod mą władzę dałeś?
Jaka społeczność między nierównymi?
I harmonia i rozkosz prawdziwa?
Ta być wzajemną musi, stosunkowo
Braną, dawaną; lecz przy nierówności
Gdzie silne z wątłem, tam niechęć wzajemna
Wyniknie wkrótce. Pragnę towarzystwa,
Któreby mogło brać udział we wszystkich
Upodobaniach rozumnych, a zwierzę
Takiej rozkoszy nie może podzielać;
One weselą się z swymi równymi,
Lew z lwicą; mądrość Twa ich połączyła
W pary: nie igra ptak ni z czworonogiem,
Ni z rybą; ani też byk z małpą, tym mniej
Stosunek taki może łączyć człeka.»»
«Na to Wszechmocny bez niechęci rzecze:
««Wytworne szczęście obmyślasz, Adamie,
Takim wyborem swego towarzystwa:
Nawet rozkoszą otoczony nie chcesz
Rozkoszy zażyć dopókiś samotny.
Cóż zatem mniemasz o mnie i mym stanie?
Czy dostatecznie szczęśliwym się zdaję?
Ja sam przez całą wieczność, bo nikogo
Nie mam drugiego, ani podobnego,
Tem mniej równego sobie. Z kimże zatem
Mam mieć zażyłość, oprócz tych com stworzył,

Co nieskończenie niżsi są odemnie,
Niżeli inne stworzenia od ciebie?»»
«Zamilkł, ja na to odrzekłem pokornie:
««Dróg Twoich wiecznych wysokości, głębi,
Nigdy myśl ludzka ogarnąć nie zdoła,
Królu stworzenia! w sobie doskonały,
I nigdy braku nie czujący w sobie;
Lecz nie tak człowiek, czujący granice
W naturze swojej, i dlatego dąży
Do obcowania z podobnymi sobie,
Pomocy w trudach lub pociechy żądny.
Nie masz potrzeby rozmnażania siebie,
Gdyś nieskończony, i choć Jeden tylko,
Nieprzeliczony, jako liczba; człowiek
Przeciwnie, musi liczbą zastępować
Niedoskonałość jednostki, i płodzić
Podobne sobie istoty z podobnych,
Mnożyć swój obraz, w jednostce wadliwy,
Trzeba mu zatem miłości wzajemnej,
Przyjaźni czułej. Ty, choć w samotności,
Masz doskonałe towarzystwo w sobie,
Nie potrzebujesz społecznego życia,
Chociaż, gdy zechcesz, możesz swe stworzenie
Do zamierzonej wysokości wznosić,
Do towarzystwa swego, do boskości;
Ja tych schylonych nie mogę prostować,
Ani podobać sobie w ich zwyczajach.»»
Tak korzystając z danej mi wolności,
Śmiało mówiłem, słuchany łaskawie,
A w odpowiedzi taki był Głos Boski:

««Dotąd, Adamie, doświadczałem ciebie,
I widzę, że znasz nietylko zwierzęta,
Któreś właściwie nazwał, lecz i siebie,
Wolnego swego wyrażając ducha.
Mój wizerunek — żadnemu zwierzęciu
Nieudzielony: nie mogą być zatem
Towarzyszami twymi. Bardzo słusznie,
Że nie znalazłeś w nich upodobania,
I tak sądź zawsze. Nim rzekłeś, wiedziałem,
Że człowiekowi niedobrze samemu.
Nie takiem wybrał tobie towarzystwo,
Któreś tu widział zwołane na próbę,
Byś sąd objawił o tem, co się godzi.
Bądź pewien, że to, co wkrótce przywiodę,
Spodoba ci się — twoje podobieństwo,
Twoja najlepsza pomoc, ty sam drugi,
Zupełnie według pragnień serca twego.»»
«Umilkł, a może nie słyszałem więcej,
Bo już ma ziemska istność przemożona
Jego niebiańską, pod jej długim wpływem,
Na szczytach takiej nadziemskiej rozmowy,
Jak oślepiona, wyczerpana rzeczą
Przewyższającą jej zmysły, opadła,
We śnie szukając przywrócenia siły.
Na głos natury przybiegł sen niebawem,
Zamknął mi oczy, zamknął, lecz otworem
Zostawił celę wewnętrznego wzroku
Imaginacyi, za jej pośrednictwem,
Jak w zachwyceniu, śpiącemu, gdziem leżał,
Tak się wydało, że widzę przejasną

Postać, przed którą stałem wprzód na jawie:
Ta, przystąpiwszy, otwarła mój lewy
Bok, i wyjęła stamtąd żebro, życiem
Serca ogrzane, krwią świeżą ociekłe.
Szeroka była rana, ale prędko
Zapełniła się ciałem i zgoiła.
A postać w rękach urabiała żebro,
Pod ich działaniem urosła istota
Taka, jak człowiek, tylko płci odrębnej,
Tak piękna, że co tylko dotąd w świecie
Pięknem się zdało, teraz pospolitą
Przybrało cechę, lub się jednoczyło
W niej, w jej spojrzeniach, które odtąd lały
Do mego serca słodycz wprzód nieznaną.
I wszystko w koło przy jej pojawieniu
Tchnęło miłością, rozkoszą kochania.
Nagle zniknęła, ciemności zostały,
Ze snum się zerwał, aby ją odnaleść,
Albo jej stratę wiecznie opłakiwać,
Do wszystkich innych rozkoszy wstręt czując,
Gdy wbrew nadziei spostrzegłem w pobliżu
Taką, jak we śnie widziałem, ozdobną
Wszystkiem, co tylko i ziemia i Niebo
Mogły dostarczyć godnego kochania.
Szła, wiódł ją Stwórca, chociaż niewidziany,
Głosu słuchała, świętości małżeństwa
I obowiązków stanu już wiadoma.
Wdzięk w każdym kroku był, niebo w spojrzeniu,
Godność i miłość w każdym ruchu ciała.
Radością zdjęty w cały głos krzyknąłem:

««Ten dar za wszystko stanie; obietnicę
Spełniłeś, Stwórco dobry i łaskawy,
Dawco wszelkiego piękna! A ze wszystkich
Ten najpiękniejszy dar twej szczodrej ręki!
Kość z kości mojej, ciało z mego ciała
Oglądam teraz, siebie mam przed sobą;
Zwie się Niewiastą, wzięta jest z Mężczyzny,
Który opuści i ojca i matkę,
By się przyłączył do żony, i będą
Oboje jednem ciałem, sercem, duszą.»»
«Słyszała mnie, i chociaż moc nadziemska
Wiodła ją, jednak niewinność i skromność
Dziewicza, cnota, poczucie wartości
Własnej, o którą zabiegać należy,
Która nie czyni sama pierwszych kroków,
Ni się narzuca, lecz cofając właśnie
Tem pożądańszą się czyni, więc, słowem,
Choć czysta była i bez grzesznej myśli,
Samej natury podszeptu słuchając,
Gdy mnie ujrzała, zawróciła z drogi.
Pobiegłem za nią; hołd przyjęła mile,
Z majestatyczną uległością słuszność
Słów mych uznając. Do weselnej chaty
Poprowadziłem ją zarumienioną
Nakształt Jutrzenki. Niebo i przychylne
Gwiazdy wylały swe błogosławieństwo;
Ziemia i wszystkie pagórki znakami
Różnemi szczęścia życzyły; ptaszęta
Okazywały radość; świeże, miłe
Powiewy szepcąc drzewom, rozigrane

Sypały róże, i z aromatycznych
Krzewów zapachy roznosiły, wreszcie
Kochanek nocy, słowik, pieśń hymenu
Zaśpiewał, gwiazdę wieczorną znaglając,
By prędzej biegła do swego zenitu
I zapaliła pochodnię weselną.
«Opowiedziałem ci tu moje dzieje
Aż do tej chwili, w której największego
Doznałem szczęścia ziemskiego, a którem
Dotąd się cieszę; wyznać przytem muszę,
Choć miłe są mi wszystkie inne rzeczy,
Czy ich używam jednak, czy też niecham,
To na mój umysł nie wpływa, nie budzi
Pragnień gwałtownych — mówię o rozkoszach
Smaku, zapachu, wzroku, o owocach,
Ziołach i kwiatach, przechadzkach przy słodkiem
Śpiewaniu ptaków; — ale tu inaczej:
W zachwycie patrzę, dotknięcie zachwyca;
Tu po raz pierwszy namiętność poczułem,
Dziwne wstrząśnienie; przy innych uciechach
Jestem spokojny, panuję nad sobą,
Tu słabnę wobec uroku piękności.
Może Natura chybiła, i we mnie
Pozostawiła pod tym względem stronę
Nie dość odporną, lub też odejmując,
Może zabrała zawiele; przynajmniej
Ją opatrzyła w nadmierne ozdoby
Zewnętrzne, pozór wyrzeźbiła, ale
Wewnętrzne dary nie tak. Bo rozumiem
Dobrze, iż w planie Natury leżała

Jej umysłowa nizszość, niższe siły
Duchowe, które nad wszystkiem panują.
Powierzchownością także mniej podobna
Do wizerunku Tego, Kto nas stworzył,
I mniej wybitna u niej cecha władzy
Nad stworzeniami innemi nam danej,
Lecz gdy rozważam jej nadobność, zda się
Tak doskonałą i skończoną w sobie,
Tak dobrze siebie znającą, iż wszystko,
Co czyni, mówi, wyda się najmędrszem,
Najroztropniejszem, doskonałej cnoty,
Wreszcie najlepszem; wszelka wyższa wiedza
W jej obecności traci swe znaczenie;
Mądrość w rozmowie z nią miesza się, plącze,
Staje się głupstwem; powaga i rozum
Na jej usług-ach; jakby w zamierzeniach
Twórczych na pierwszym planie była ona,
Nie zaś stworzona okolicznościowo.
Streszczając wszystko: podniosłość umysłu,
Szlachetność ducha w najwdzięczniejszy sposób
W niej zamieszkały, i ją otoczyły
Uszanowaniem, jak strażą anielską.»
Na to mu Anioł rzecze, brwi ściągając:
«Nie skarż Natury, ona wypełniła
Swoje zadanie, ty wypełnij swoje.
Nie podejrzywaj Mądrości, trwać będzie
Przy tobie, póki jej sam nie odepchniesz,
Gdy jej najbardziej będziesz potrzebował,
Za dużą wagę wkładając na rzeczy
Mniej doskonałe, jak to sam spostrzegłeś.

Bo cóż podziwiasz? co cię tak unosi?
Zewnętrzność — piękna, niewątpliwie godna
Kochania twego, twej czci — nie poddaństwa.
Zważ ją i siebie, i oszacuj. Czasem
Bardzo się przyda nam poszanowanie
Dla siebie samych, jeśli się opiera
Na słusznej mierze; im lepiej posiądziesz
Tę umiejętność, tem więcej cię ona
Uzna swą głową, wyżej cenić będzie
Tę rzeczywistość, niż swoje zalety.
Pięknością błyszczy ku twojej rozkoszy,
Godnością, abyś szanował i kochał
Swą towarzyszkę, która wnet spostrzeże.
Gdy się mniej mądrym okażesz. Lecz jeśli
Tak ci się drogą wydaje ta rozkosz,
Ku rozkrzewieniu ludzkości służąca,
Gdy ją nad wszystko przenosisz, pamiętaj,
Że i zwierzętom zmysł taki nadany:
Pewnoby nie był tak rozpowszechniony
I pospolity, gdyby coś w nim było
Godnego duszę człowieka podbijać,
I żar w nim niecić. Co w jej towarzystwie
Znajdziesz wyższego, pociągającego,
Bardziej ludzkiego, rozumnego, — kochaj.
Miłość przystoi tobie, nie namiętność,
W której kochania prawdziwego niema.
Miłość oczyszcza myśl, serce rozszerza,
Miłość w rozumie ma swoje siedlisko
I jest rozsądną drabiną, po której
Masz do miłości niebieskiej się wznosić,

A nie pogrążać się w rozkoszy ciała,
Bo towarzyszkę masz nie z grona zwierząt.»
Na to mu Adam, nieco zawstydzony:
«Ani jej kształty tak piękne, ni wspólny
Ze zwierzętami wszystkiemi zmysł ciała
(Chociaż w godności mam łoże małżeńskie
I tajemnicze dlań poszanowanie)
Takiej rozkoszy nie wzbudzają we mnie,
Jak wdzięk i skromność w tysiącznych drobiazgach
Codzień płynące z jej ust i uczynków.
Złączona z niemi uprzejmość i miłość
Świadczą, że łączy zgodność niekłamana
Nasze umysły, jedna mieszka dusza;
Ta harmonia w zaślubionej parze
Milsza niż dźwięki harmonijne uszom.
To nie podbija jednak: Wynurzyłem
Wszystkie uczucia me, lecz opanować
Mnie nie zdołają, bo spotykam wiele
Różnych przedmiotów, różny wpływ na umysł
Wywierających; zawsze jednak wolny,
Obieram lepsze, i za tem, com obrał,
Kroczę wytrwale. Miłości nie ganisz,
Bo miłość, mówisz, do Nieba prowadzi,
Jest przewodnikiem i drogą zarazem;
Wybacz mi zatem, że pytać się ważę,
Czy i niebieskie Duchy się kochają?
I w jaki sposób objawiają miłość?
Czy wzrokiem tylko? Czy też swe promienie
Bezpośredniemi tknięciami mieszają?»

Na to mu Anioł odrzecze z uśmiechem.
A twarz mu różą Nieba pokraśniała,
Barwą miłości: «Niech ci to wystarczy,
Żeśmy szczęśliwi, i że niema szczęścia
Tam gdzie miłości niema. Rozkosz czystą
Którą ty, ciałem obdarzony, czujesz
(A czystym stworzon byłeś), my czujemy
Także, lecz w wyższym stopniu, bo bez przeszkód
Takich, jak skóra, stawy, mięśnie, członki.
Łatwiej niż wichry mieszają się Duchy,
Czyste z czystymi jednością pragnienia,
Niekrępowane żadnem pośrednictwem,
Nie tak jak ciało z ciałem, dusza z duszą.
Lecz teraz dłużej nie mogę już bawić;
Słońce zachodzi za ziemski Przylądek
Zielony i za Wyspy Hesperyjskie;
To dla mnie hasło odejścia. Bądź silny,
Żyj szczęsny, kochaj! Ale przedewszystkiem
Tego, któremu miłość posłuszeństwem
I zachowaniem przykazania okaż.
Patrz, by namiętność nie wstrząsła twym sądem,
I nie skłoniła do czynu, którego
Nigdybyś wolną wolą nie zatwierdził.
Twoje i wszystkich twych potomków szczęście
Lub biada w twoich rękach leży. Strzeż się!
Twoja wytrwałość we mnie i we wszystkich
Błogosławionych wielką radość wzbudzi.
Stój zatem mocno, od twego wyboru
Tylko zależy stać, albo też upaść.

Bądź doskonałym w sobie i nie szukaj
Pomocy z zewnątrz, pokusę odpychaj.»
To rzekłszy powstał. Adam, błogosławiąc,
I dzięki czyniąc, szedł za nim: «Ponieważ
Czas odejść, idź więc, gościu, posłanniku
Boga, któremu ciągłą cześć oddaję.
Łaskawem dla mnie i wyrozumiałem
Było zniżenie twoje, i w pamięci
Wdzięcznej na zawsze zostanie, bądź dobry
I przyjacielski zawsze dla rodzaju
Ludzkiego, często wracając na ziemię.»
Tak się rozeszli, Anioł ku Niebiosom
Z śród drzew cienistych, Adam do schroniska.





Przypisy

  1. Milton tu powołuje się na dawną astronomię Appoloniusza, Hipparcha i Ptolomeusza. Epicykl — jest to koło, po okręgu którego porusza się słońce, księżyc, lub planeta, podczas kiedy środek tego koła znów się porusza po okręgu innego koła. Ostatnie to koło zowie się circulus deferens. Nieraz, dla wytłómaczenia ruchu planety nie wystarczał jeden deferent i trzeba się było uciec do drugiego, po okręgu którego posuwał się środek pierwszego deferenta. Jakkolwiek teorya ta była zawiła, tłómaczyła geometrycznie ruchy ciał niebieskich i utrzymywała się, dopóki ziemię uważano za nieruchomą i za środek świata. Milton ustami archanioła Rafaela, wyszydza tę zawiłą teoryę i przechyla się do systemu Kopernika, nic jednak o budowie świata nie twierdząc stanowczo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Milton i tłumacza: Władysław Bartkiewicz.