Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron

XXVII.

Goście rozjeżdżali się, a każdy z nich, opuszczając salon, żegnał moję matkę głębokim ukłonem i pełném uprzejmości słowem. Zdawało-by się, że po długiém zapomnieniu, wszyscy ci ludzie nagle przypomnieli sobie o niéj, i że widok jéj najżywszą im sprawiał radość.
To samo zupełnie i mnie spotkało. Mężczyźni, mianowicie młodzi i nieżonaci, przesadzali się w okazywaniu mi grzeczności, tak, że nagle stałyśmy się bohaterkami zebrania i przedmiotem czci ogólnéj.
Mimowoli uśmiechałam się na widok téj nagłéj zmiany, jaką sprowadziło dla nas odkrycie, przez Rudolfa uczynione, i powrót nasz do dawnego majątkowego stanowiska. Nie powiem jednak, abym się uśmiechała wesoło, bo czułam rodzaj litości dla tych ludzi, którzy, jak dzieci, biegli ku temu, co błyszczało lub błyszczéć mogło. Moja matka nagłą tę zmianę losu i położenia przyjęła obojętnie, z roztargnieniem prawie, malującém się w oczach jéj, które mijały schylające się przed nią głowy, jakby one nie warte były ich spojrzenia, a zdawały się patrzéć na oddalony jakiś przedmiot, który tkwił zapewne w jéj myślach.
Tuż obok nas zadźwięczał słodki i niemal uniżony głosik:
— Kochane kuzynki! spodziewam się, że zechcecie przepędzić parę dni w moim domu i spocząć trochę po tych wszystkich wstrząsających wypadkach. O! kochane kuzynki! Spodziewam się, że nie gniewacie się na mnie i nie macie do mnie żalu! Bogiem się świadczę, że oczerniono mnie przed wami; ja zawsze tak was kochałam, zawsze modliłam się za was, i z całéj siły starałam się, aby najukochańsza ciotka moja pojednała się z wami. Ale harda to była i nieugięta kobieta, wiécie o tém, i Bóg tylko jeden widział, com ucierpiała z powodu twardości i nieugiętości jéj charakteru. Nie godzi się źle mówić o umarłych, ale... Niech Bóg świéci nad jéj duszą! nieboszczka miała charakter bardzo twardy i nieugięty, i tylko poczucie obowiązku mogło mnie skłonić do przebywania w jéj domu. Wierzcie mi, że poczucie obowiązku... nic więcéj... robiłam z siebie najcięższą, ach! Bóg tylko wié, jak ciężką ofiarę... Ale najwięcéj boleję nad tém, że utraciłam wasze serca, kochane kuzynki. Spodziewam się jednak, że nie będziecie zawzięte... Jesteście chrześcijankami i nie powinnyście być zawzięte... Pozostańcie parę dni w moim domu, kochane kuzynki... Pamiętajcie o węzłach blizkiego pokrewieństwa, jakie nas łączą... uważajcie mnie za najżarliwszą waszę przyjaciółkę, gotową zawsze do usług waszych...
Pani Rudolfowa ściskała obie ręce mojéj matki, patrzyła w jéj twarz swemi okrągłemi oczyma, i w dowód najżywszéj czułości, ukazywała nam obudwom wszystkie swoje białe zęby.
Nie pamiętam dobrze, co odpowiedziała jéj matka, ale wiem, że odpowiedź była krótka i sucha, i że przez okno widać było zajeżdżający dla nas powóz pocztowy.
Obejrzałam się wkoło, szukając oczyma dwóch osób, z któremi pożegnać się chciałam, ale salon był prawie pusty, a na przeciwległym jego końcu stał Witold i zdawał się oczekiwać, abym zwróciła na niego spojrzenie. Żywo postąpiliśmy ku sobie. — Gdzie on jest? — spytałam.
Zrozumiał o kim mówiłam i smutek zasępił na chwilę jego przezroczyste oczy.
— Biedny! — rzekł — wymknął się niepostrzeżony i odjechał do swego domu...
— Dlaczegoż biedny? — przerwałam — jeśli kiedy, to teraz przecie przyszła dla niego pora odpoczynku i zupełnego uspokojenia...
Mówiłam to niepewnym głosem, bo przed oczyma stała mi wciąż zmęczona twarz, poorane czoło, przygasłe oczy i pognębiona postać Rudolfa.
Witold stał ze wzrokiem utkwionym w ziemię, pogrążony w myślach. Po chwili powtórzył raz jeszcze: — Biedny! — Kilka minut rozmawialiśmy z cicha o wspólnym przyjacielu naszym. Widoczném było, że ostatnia próba wyczerpała do reszty jego siły. Oderwanie się od rodziny, którą tém więcéj kochał, im więcéj czuł się przeciwko niéj winnym, trudy długiéj podróży, niepokoje poszukiwania, widok kobiety, która tak ważną i tragiczną rolę odegrała w jego życiu, wszystko to razem, a ostatnie zapewne najwięcéj, złamało go ostatecznie i do dna przepaliło jego serce, tylu już wstrząsane burzami.
Człowiek ten nosił w sobie najpiękniejsze zasady szlachetności rozumu i gorących uczuć, a jednak spalił całe swe życie w ogniu niegodnéj jego namiętności... Miałaż-by dusza jego, pomimo całéj piękności swojéj, być niekompletną i z któréjś strony tak okaleczoną, że nic już zdrowia jéj powrócić nie mogło? Czy nić smutnego jego życia wyprzędła się z chłodnego serca i nikczemnego charakteru kobiety, z jaką był połączony? Czy na szali losów jego przeważył traf nieszczęśliwy, stawiając przed nim w chwili, w któréj serce jego wybuchnąć namiętnością miało, zamiast kobiety wielkiéj sercem i umysłem, istotę z płomienistą i zachwycającą pięknością ciała, a z duszą nizką i przedajną? Można-ż zrachować wszystkie stopnie, po których zstępował w otchłań nieszczęścia. Można-ż zważyć na szali winy jego i cierpienia i przekonać się, które zaważą więcéj. Można-ż dotknąć palcem wszystkich ran jego serca i poczuć, jak bolały, albo poruszyć wszystkie struny jego piersi i posłyszéć, jak one dźwięczały, zkąd wzięły się początek i krzykliwa fałszywość ich dźwięku. Bądź co bądź, struny te odśpiewały już finał swéj pieśni, ostatnie jéj tony złamać się musiały o zimną pierś kobiety, tak kochanéj i znowu ujrzanéj.
Otarłam łzę z oka i udałam się w głąb’ domu dla wyszukania Rozalii, z którą pożegnać się chciałam.
Przeszłam kilka cichych i mrocznych pokojów, nie spotkawszy nikogo, aż w ramie drzwi otwartych na oścież ukazała mi się postać siedzącéj na kanapie Rozalii. Siedziała z rękoma splecionemi i położonemi na kolanach, z głową wyciągniętą na przód, jakby w przedmiot jakiś chciwie się wpatrywała oczyma, które gorzały i wilgotniały naprzemian. Na bladych przedtém jéj policzkach, leżały teraz dwa głębokie rumieńce. Milczała i tylko wargi jéj drgały chwilami, jak u osoby, która tłumi w sobie płacz, lub śmiech gwałtowny.
Postąpiłam żywo, lecz, stanąwszy we drzwiach, zostałam znowu zdziwioną. Sądziłam, że Rozalia sama jedna znajduje się w pokoju, gdy tymczasem wzrok mój zaraz u progu upadł na mężczyznę, który o kilkanaście kroków od Rozalii, stał zwrócony do mnie plecami, a bokiem do drzwi ogrodowych, wpół otwartych i wiejących przejmującym jesiennym wiatrem. Mężczyzna w podróżném był i dość wytworném ubraniu, przez ramię miał przewieszoną skórzaną torebkę, a w ręku trzymał podróżny, okrągły kapelusz. Lubo nie mogłam widziéć jego twarzy, postać jego wydała mi się dobrze znaną. Ciemne włosy, tu i owdzie przypruszone lekką siwizną, okrywały mu głowę, która opadała na piersi, jak u winowajcy, lub człowieka bardzo wzruszonego, czy zmieszanego. Rozalia patrzyła na mężczyznę tego, jak w tęczę, oddech jéj był szybkim, palce splecionych rąk coraz mocniéj się zaciskały, ale — milczała.
Nie wiedziałam, co mam czynić. Pomyślałam jednak, że należało mi koniecznie pożegnać Rozalią, i postąpiłam na przód. Na szelest moich kroków mężczyzna drgnął i głowę odwrócił. Stanęłam na miejscu, jak wryta, poznałam bowiem Agenora.
Zrozumiałam, że obecność moja mogła tu być zbyteczną, natrętną nawet, i chciałam się cofnąć, ale Rozalia spostrzegła mnie także, w mgnieniu oka porwała się z kanapy, pochwyciła moje ręce i pociągnęła na środek pokoju.
— Niepotrzebnie, o! wcale niepotrzebnie chciałaś się oddalić, kuzynko — wymówiła przytłumionym głosem — i owszem, proszę cię, abyś została i była obecną rozmowie, jaką będę miała z tym panem...
Wymawiając ostatni wyraz, rzuciła rękę w stronę Agenora i upadła znowu na kanapę, cała zrumieniona, z dziwną jakąś zaciętością w wyrazie oczu.
Agenor ukłonił mi się głęboko, ale z daleka. Był bardzo zmieniony. Schudł i pobladł, na czole miał głęboką zmarszczkę, ciemno-siwe jego oczy straciły połysk i śmiałość spojrzenia, niemniéj jednak mógł się jeszcze nazwać bardzo pięknym mężczyzną. Twarz jego, obok wzruszenia i zmieszania, odbijała w téj chwili głęboki smutek. Powieki często w dół się kłoniły, koło ust krążył wyraz cierpienia. Pomimo pozornéj wytworności ubrania, jakie miał na sobie, wprawne oko z łatwością spostrzedz-by w niém mogło coś, co zakrawało na niedostatek, lub zaniedbanie. Podróżny paletot, za szeroki nieco dla jego wychudzonéj postaci, nadawał jéj pozór opuszczenia i wyniszczenia zarazem.
Upłynęło kilka sekund, w czasie których dwoje tych ludzi znowu patrzyło na siebie z wytężeniem, wcale nie pamiętając o obecności kogoś trzeciego. W końcu Agenor postąpił parę kroków w stronę Rozalii, ale ona szybko wyciągnęła rękę z giestem nakazującym i odpychającym zarazem. Pierś mężczyzny podniosła się westchnieniem.
— Rozalio — wymówił bezdźwięcznym głosem — także mnie witasz po dwóch latach niewidzenia?
Rozalia zaśmiała się właściwym sobie, a tak dobrze mi znanym, cichym, przeszywającym chichotem.
Przestała śmiać się i rzekła:
— Pan życzy sobie, abym go witała inaczéj? Pan czuje, i uznaje w sumieniu swojém, że zasłużył na inne z méj strony powitanie? Czy pan tak czuje i uznaje w sumieniu swojém? Dziwi mnie to wielce, bo ja czuję i uznaję, że byłam dotąd szaloną, bezrozumną, odartą ze wszelkiéj dumy kobietą, witając go inaczéj!
— Spodziewam się — odezwał się Agenor cichym i smutnym tonem — spodziewam się, że zechcesz przynajmniéj mnie wysłuchać!
Rozalia wybuchnęła znowu:
— O! alboż raz słuchałam już pana? Alboż nie zanadto na nieszczęście moje słuchałam pana? Cóż mi pan nowego masz do powiedzenia? Zapewne to, że dowiedziawszy się o chorobie i blizkiéj śmierci mojéj babki, pośpieszyłeś coprędzéj, aby pojąć za żonę Rozalią bogatą, wtedy, gdy dla Rozalii ubogiéj zaszczyt ten był niepodobnym? Nie prawdaż, że dowiedziałeś się pan o chorobie i blizkiéj śmierci mojéj babki i że pośpieszyłeś dlatego, aby mnie zaślubić teraz, gdy jestem bogatą? O! jakże to pięknie ze strony pana! jak bezinteresownie! jak rycersko! Dziękuję panu z całego serca, ale teraz, gdy wiem już o pańskiém postanowieniu, proszę pana, abyś wyszedł temi samemi drzwiami, któremi wszedłeś, i więcéj nigdy nie stawał mi przed oczyma!
Cały ten potok wyrazów wymówiła prędko i z nadzwyczajném uniesieniem. Przy ostatnich słowach śmiała się głośno i przenikliwie, ale jednocześnie łzy jak groch sypały się po jéj rozpalonéj twarzy, z czarnych oczu, napełnionych wyrazem cierpienia.
Agenor milczał, głowę pochylił jeszcze niżéj i nieruchomy wzrok utkwił w ziemię.
Rozalia odetchnęła głęboko, z giestem niecierpliwości otarła łzy z twarzy i oczu i mówiła daléj:
— Czy pan sądziłeś, że wszelkie pojęcie o szlachetnéj dumie i uczciwości do szczętu wygasło we mnie? Czy pan tak sądziłeś, pośpieszając do mnie na wieść, że jestem, lub wkrótce zostanę bogatą? Czy pan myślałeś, że nie lepiéj było-by, nie szlachetniéj i nie dumniéj czekać, aż ja się do pana odezwę i zawołam: przybywaj! moje serce i bogactwo do ciebie należą! Nie! pan nie miałeś dość cierpliwości, aby czekać na moje wezwanie! Pan, jak jastrząb zgłodniały, przybyłeś tu po bogactwo moje, a w dodatku i po mnie! O, to ostatni cios, jaki mogłeś mi zadać! O! przebrałeś pan miarę upokorzeń, jakiemi mnie przez całe życie poiłeś. Gdybym zobaczyła upiora, powstającego z łona mogiły, nie była-bym tak przerażoną, jak, gdym zobaczyła pana przez te drzwi wchodzącego. O, wolała-bym zapaść się w głąb’ ziemi, jak pana w téj chwili zobaczyć!
Zakryła twarz dłońmi i łkała głośno przez chwilę. Nagle uspokoiła się, opuściła ręce, wyprostowała kibić i, wlepiając od łez błyszczące oczy w stojącego przed nią mężczyznę, wymówiła z uśmiechem tryumfu i ironii:
— Tak, jestem teraz bogatą. Za pieniądze, pozostawione mi przez babkę moję, nabędę wielkie dobra i dam w nich panu miejsce ekonoma. Jeżeli na tym urzędzie będziesz się dobrze sprawował, na starość otrzymasz ode mnie chleb łaskawy!
Agenor podniósł nagle głowę, przygasłe oczy jego błysnęły, głęboki rumieniec bladą twarz oblał.
— Rozalio! — zawołał — teraz ty przebrałaś miarę upokorzeń, jakiemi mnie poisz!
— Co? — zawołała Rozalia, porywając się z siedzenia i stając przed nim z podniesioną głową. — Czy dobrze usłyszałam? Pan mi czynisz wyrzuty? Pan? mnie?
Zaśmiała się znowu, ale nagle zmilkła, pochyliła głowę i kilka sekund stała pogrążona w zamyśleniu.
— I któż tu komu czynić ma prawo wyrzuty? — ciągnęła zniżonym i drżącym nieco głosem — kto z nas czyje złamał życie? Kto kogo z równéj i widnéj sprowadził drogi? Przypomnij sobie ów poranek letni, taki promienny, taki spokojny, cichy i wonny, w którym wieniec niezabudek wkładając na warkocze moje, po raz piérwszy powiedziałeś do mnie: kocham cię! O! przypomnij sobie, jaką niewinną i słodką dzieciną byłam w poranku owym, i spojrz teraz na mnie, i spojrz we mnie i powiedz: jaka moc zdołała mnie tak odmienić, i przyznaj, że mocą tą złowrogą dla mnie — ty byłeś.
Nie odrywała oczu od ziemi, a mowa jéj stawała się coraz więcéj przeciągłą i nabierała coraz więcéj tonów głębokiéj żałości, jaka i twarz jéj zasłaniać poczęła.
— Dlaczego — mówiła daléj — dlaczegoż głos twój tak dźwięczny był i czarowny, gdy piérwszy raz wymawiałeś do mnie słowo: kocham! Dlaczego wtedy ukochałam cię tak głęboko, tak nieskończenie, tak na zawsze? Przestać cię kochać nie było w mojéj mocy. Nie potrzebowałam ślubować ci stałości i wierności, bo każda myśl moja, każde uderzenie serca, każda krwi mojéj kropelka, nawskróś przesiąknięte były stałością i wiernością. Byłam ci wierną i stałą do bezrozumu, do szaleństwa, do zupełnego zaparcia się siebie saméj, do zupełnego rozbratu z dumą niewieścią. A jednak, Bóg mi świadkiem, że nie byłam odarta z poczucia dumy téj i głęboko czułam upokorzenie moje. Z gorącemi łzami modliłam się do Boga, prosząc, aby mi serce odmienił, gotowa byłam biczować siebie za miłość moję, tak, jak za cień myśli występnéj biczują się zakonnicy. Ale przestać kochać, nie leżało ani w naturze mojéj, ani w mojém przeznaczeniu. O! smutne, smutne było to przeznaczenie! Lata płynęły, serce moje wzbierało goryczą, dusza psuła się, ciało uginało. Okiem zazdrości pełném patrzyłam na niewinne i spokojne dziewice, na szczęśliwe narzeczone, na zacne żony i ubłogosławione matki. Czułam się powołaną do spełniania powinności rodzinnych, czułam się spragnioną spokojnego i zacnego szczęścia, a byłam sama, wciąż sama ze zgryzotą moją i z tą miłością dla ciebie nieszczęsną, któréj wykroić i wyrzucić z siebie nie mogłam, a która zapierała mi wejście na drogi upragnione! O! gorzkie, straszne wspomnienia! kędy było ich źródło? — w tobie! A jednak nie przestawałam cię kochać i nie było ofiary, któréjbym dla ciebie nie spełniła, i nie było cierpienia, którego-bym dla ciebie nie przeniosła. A ty, czyś choć jednę uczynił dla mnie ofiarę? Czy choć na chwilę, przez miłość dla mnie, zrzekłeś się swych pieszczotliwych nałogów? Czy choć raz sprobowałeś przełamać twe nędzne tchórzostwo, które kazało ci drżéć przed ubóztwem, twoją własną winą ściągniętém? Coś dla mnie poświęcił? Coś dla mnie uczynił?
Głos jéj wzmagał się i rósł, z żałosnych tonów przechodził w groźne, z cichych w potężne, aż z nowym wybuchem, łamiąc ręce i wyciągając je ku niemu, zawołała:
— Coś ze mnie uczynił?...
I nie mogła dłużéj mówić, zakryła oczy splecionemi rękoma, upadła na kanapę, głowę na poduszkę schyliła i płakała z razu głośno, potém coraz ciszéj, aż zupełnie głosu słychać nie było, tylko łzy, jak grad, spadały po obu stronach jéj splecionych palców, zlewając ponsowy atłas poduszki i czarne fałdy jéj sukni.
On, zda się, skamieniał. Patrzył na nią i patrzył, i ani wzroku od jéj złamanéj postaci oderwać nie mógł, ani żadnego uczynić poruszenia. Po chwili przesunął ręką po czole, to do szkarłatu zrumienioném, to blednącém nagle i zaczął mówić tak, że aż zadrżałam na dźwięk jego głosu. Był to zawsze ten sam głos, który mnie tak zachwycał i podbijał niegdyś, głos dźwięczny, czysty, harmonijny, pełen modulacyi kunsztownych i naturalnych odcieni, tylko teraz był on jeszcze piękniejszy, jeszcze pełniejszy i bardziéj przejmujący: bo przybył mu odgłos boleści głębokiéj i niby odzywające się echa mnóztwa przebytych cierpień.
— Rozalio! — mówił — nie spodziewałem się od ciebie takiego powitania, takich słów i takich wyrzutów. A jednak w sumieniu mojém czuję i uznaję, że zasłużyłem na nie. Tylko, widzisz, dotąd przyzwyczaiłaś mnie do bezgranicznéj miłości, do bezwarunkowego twego przebaczenia. Myślałem, że i teraz je znajdę.... dlatego przybyłem tu do ciebie, po ciebie. Jestem winnym, bardzo winnym: zmarnowałem życie i moje, i twoje, ale nie doszedłem jeszcze do tych granic nikczemności, które przeszedłszy, człowiek zaczyna kłamać... Nie kłamałem nigdy przed tobą i dziś nie skłamię.... Tak, przybyłem tu dlatego, że wiedziałem, iż jesteś już, lub wkrótce zostaniesz bogatą.., Myślałem sobie, że jak dla mnie na ziemi całéj niéma kobiety, jak tylko ty jedna, tak dla ciebie niéma mężczyzny, jak tylko ja jeden. Myślałem, że jak dla mnie bogactwo bez ciebie znaczyło-by tylko kawałek powszedniego chleba, bez najmniejszego promyka szczęścia i zadowolenia, tak dla ciebie beze mnie bogactwo to było-by udręczeniem. Tak myślałem i przybyłem tu, aby ci powiedziéć: połączmy się i razem dokończmy steranego przeze mnie życia naszego. Nie chcesz tego, odwracasz się ode mnie, powiadasz, że przebrałem miarę złego, jakie ci wyrządziłem; dobrze więc, odejdę i nie wrócę, bo jakkolwiek nizko upadłem, nie doszedłem jeszcze do takiego stopnia znikczemnienia, abym miał błagać kobietę, która mnie odtrąca w imię bogactwa swego...
Odetchnął głęboko i umilkł na chwilę. Gdy zaczął znowu mówić, Rozalia podniosła się, ale nie odjęła dłoni od twarzy i pozostała nieruchoma.
— Ale nim odejdę — zaczął mówić znowu — nim odejdę, pozwól mi powiedziéć, że miłość moja dla ciebie ani na jeden moment nie była udaniem... Jesteś jedyną kobietą, jaką kochałem... a byłem także stały, przyznać musisz, bo od owego letniego poranku, o którym wspomniałaś, upłynęło już wiele wiosen i jesieni, a dziś kocham cię jeszcze tak samo, jak wtedy... Tylko byłem tchórzem i nie potrafiłem, dla twojéj nawet miłości, oko w oko spojrzéć ubóztwu...
Gdym utracił majątek, uciekałem od téj mary, tak strasznéj dla mnie, po lądach i morzach... Brałem się do wszystkiego, pochwytywałem wszystko i nic utrzymać nie umiałem, i zawodziłem się na wszystkiém. Probowałem zarabiać sobie byt codzienny pracą rąk lub głowy, ale przyzwyczajenia całego życia brały zawsze górę. W niczém nie wytrwałem, bo, posiadając wszystkie do pracy zdolności, nie posiadałem woli, któréj brak unicestwiał we mnie dobre porywy i łamał postanowienia... Wola moja utonęła tam, gdzie zginęło mienie moje... w latach próżniactwa, miękkości i zbytków... Czyliż będę tu opowiadał nędzny żywot, jaki pędziłem od czasu, gdy ze stron tych wydalony zostałem utratą mego mienia? Czyliż będę opowiadał to życie, pełne wstydu i gorzkich łez, połykanych ze śmiechem na ustach? Przez te lat kilka byłem wszystkiém i niczém nie byłem... Zaczynałem pracować w handlu i rzemiośle, i rzucałem pracę, aby rezydować u bogatych krewnych, lub służyć za igraszkę dawnym przyjaciołom w chwilach ich znudzenia... Tu i owdzie wygrywałem garść pieniędzy w karty, lub inną grę jaką... ten i ów, widząc położenie moje, zwrócił mi jakiś dług, zaciągnięty u mnie dawniéj, i tak żyłem z dnia na dzień. Byli tacy, co się śmieli ze mnie, i tacy, co się nade mną litowali. Śmiech stanowił jedno, a litość drugie ramię tych kleszczy, które ściskały mi gardło, a śmiały się hańbą. Byłem wszędzie i nigdzie nie byłem, bo wałęsałem się po wszystkich kątach świata, a nikt mnie nie spostrzegał, bom znaczył w świecie mniéj, niż ziarnko piasku, tyle, ile w świecie znaczy próżniak i zjadacz cudzego chleba. O! okropne życie! Po cóż ci je rozpowiadam, Rozalio? Albożeś go nie znała? Albo-żem ci o niém nie mówił? Alboż w życiu tém nie świeciłaś przede mną, jak jedyna gwiazda przebaczenia, jak słońce drogich wspomnień, jak jedyna na świecie istota, o któréj powiedziéć mogłem: kocha mnie? Od czasu do czasu biegłem do ciebie, aby z ust twoich posłyszéć ten wyraz, na którego skrzydle unosiłem się w te chwile dawne, dawne, gdy nade mną, uśpioną dzieciną, pochylona, wymawiała go matka moja! Biegłem do ciebie, aby spojrzéć w twoje ukochane oczy, i rękę twoję do ust przycisnąć, i wracałem do nędzy mojéj od ciebie, bo mogłem-że wplatać cię wraz ze sobą w ohydne koło moich losów, losów, przeze mnie samego zgotowanych?
Urwał mowę, zakrył twarz dłońmi i płakał. Rozalia patrzyła znowu na niego, ale we wzroku jéj zniknął gorączkowy ogień, co go przed chwilą rozpalał, z ust ześlizgnęło się szyderstwo, i cała twarz przybrała wyraz wielkiéj powagi, z głębokim połączonéj smutkiem. Agenor podniósł po chwili głowę i mówił znowu:
— Jeżeli wielkie były moje winy, to i wielką za nie poniosłem pokutę, pędząc życie wbrew sercu memu, które się wciąż wielkim głosem upominało o ciebie, wbrew sumieniu, które podnosiło się i groziło mi zawsze, bo nigdy całkiem nie zamarło we mnie. Ale sroższą, o! stokroć sroższą karą i pokutą jest dla mnie ta chwila, w któréj ty, Rozalio, odtrącasz mnie od siebie, ty, co jedna na całym świecie przebaczałaś mi, i zamiast wzgardy lub pośmiewiska, podawałaś mi dłoń wierną i kochającą. Bądź za to błogosławioną! W otchłań nędzy i osamotnienia, jaka mię czeka, poniosę obraz twój, jak drogocenne pamiątki, które — kto wié? — uchronią mnie może od ostatecznego zepsucia, o które na drodze, jaką idę, tak łatwo. Przebacz mi, jeżeli możesz, i zapomnij o mnie. Bądź szczęśliwą!
Łzy głos mu tłumiły, ale uczynił wysilenie i mówił jeszcze:
— Wyrzucasz mi, żem ośmielił się stanąć dziś przed tobą i dopominać się o to, co sam występną nieoględnością lat młodych, a potém nędzném tchórzostwem duszy osłabłéj i niezahartowanéj utraciłem! I masz słuszność, że mi to wyrzucasz. Nie klękam przed tobą, jak-by to może kto inny uczynił, i nie błagam cię, abyś odwołała swój wyrok.
Wiem, o, wiem, że jestem rozbitkiem tego świata, który dał mi życie, a potém je zepsuł; że jestem występném i marnotrawném dzieckiem téj ziemi, które zmarnowało wszystkie, dane mu przez los i naturę, bogactwa; że jestem nakoniec... żebrakiem!
Przy ostatnim wyrazie głuchy jęk wydobył się mu z piersi, a zawtórował mu powiew jesiennego wiatru, który, wnikając przez drzwi półotwarte, przyniósł odgłos pocztowego dzwonka, dźwięczącego od czasu do czasu w oddali, gdzieś aż po-za ogrodem, na szerokiéj drodze, przerzynającéj dolinę.
Na odgłos tego dzwonka, przyniesionego do pokoju powiewem wiatru, Agenor drgnął i ręce opuścił, jak człowiek w rozpaczy. Ale prędko wyprostował się, oczy jego oschły, blada i wyniszczona twarz przybrała wyraz stanowczości i spokoju. Wyciągnął rękę w stronę, w któréj brzmiał dzwonek, i wymówił:
— Odjadę. Na progu tym zostawię ostatnią iskrę nadziei. Błogosławię ci raz jeszcze, Rozalio, i żegnam cię. Przebacz mi, jeżeli możesz, i źle o mnie nie wspominaj. Nie zobaczysz już mnie nigdy. Bądź zdrowa i szczęśliwa!
Popatrzył na nią jeszcze parę sekund, potém zwrócił się zwolna i ciężkim krokiem ku drzwiom zmierzał.
Rozalia porwała się z siedzenia, jakby gwałtowną jakąś siłą podniesiona, i wytężyła na niego wzrok, który znowu srebrnemi łzami zachodził. Gdy był już na progu, załamała ręce, wyciągnęła je ku niemu i krzyknęła:
— Agenor!
W krzyku jéj tysiące splątanych ozwało się uczuć: boleści, szczęścia, prośby, słodyczy, przebaczenia, namiętnych wspomnień i żalów.
Odwrócił się i stanął jak wryty. Patrzyli na siebie kilka sekund, łzy ćmiły ich oczy i rumieńce poczęły występować na twarze. W końcu z piersi Rozalii wyrwały się słowa:
— A ja kimże jestem, jeśli nie rozbitkiem także tego świata, który mi dał życie? kimże jestem, jeśli nie marnotrawném dzieckiem, które zmarnowało nędznie dni swoje młode? Jesteś żebrakiem... a więc dobrze: przyjmuję cię, jako takiego... kocham cię, jako takiego! Dobrześ powiedział: niéma dla mnie na świecie mężczyzny, tylko ty jeden! Jam twoja!
Poskoczyła, zarzuciła ręce na jego szyję, i głowę położyła na jego piersi. Na twarzy jéj, po któréj strumienie cichych łez płynęły, rozlał się wyraz nieskończonéj słodyczy i szczęścia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.