Martwe dusze/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Nikołaj Gogol
Tytuł Martwe dusze
Data wydania 1876
Wydawnictwo Redakcya Kuryera Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Zygmunt Wielhorski
Tytuł orygin. Мёртвые души
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział X.

Zebrawszy się u policmajstra, znanego już czytelnikom ojca i dobroczyńcy miasta, urzędnicy mieli sposobność zwrócić sobie wzajemnie uwagę, że znacznie zmizernieli w skutek kłopotów i trwogi. W saméj rzeczy, nominacya nowego jenerał-gubernatora, dopiero co otrzymane papiery z tak ważnemi doniesieniami, nareszcie Bóg wie jakie posłuchy — sprawiły wielką zmianę w ich twarzach i fraki widocznie zrobiły się za szerokie. I prezes schudł, i prokurator schudł i inspektor rady lekarskiéj schudł. Naturalnie, że znaleźli się między nimi tacy, którzy nie tracili przytomności i ostro się trzymali, ale takich było nie wielu. Jeden tylko pocztmajater, on jeden nie zmienił się wcale i zawsze to samo powtarzał w podobnych okolicznościach: „Znamy my was jenerał-gubernatorów! Was może się trzech i czterech przemienić, a ja już trzydzieści lat, panie ty mój, siedzę na tém samém miejscu.“ Na to tak odpowiadali drudzy urzędnicy: „Łatwo tobie tak mówić szprechen tzi dejcz Iwan Andreewicz: tobie łatwo — przyjąć i odprawić ekspedycyą; chyba tylko oszukasz, zamknąwszy biuro godzinę wcześniéj, i od opóźnionego kupca przychodzącego z listem weźmiesz podwójne porto, albo téż poślesz posyłkę zabronioną prawem, — na twojém miejscu to każden będzie świętym. Ale niechby się djabeł znęcił do ciebie i co dzień się koło ciebie kręcił, chociaż nie chcesz brać, a on ci wpycha gwałtem w rękę. Tobie łatwiéj, masz tylko jednego syna; a popatrz no, Proskowii Teodorównie Bóg takie zsyła błogosławieństwo, że co rok to prorok; inaczéj byś na jéj miejscu zaśpiewał.“ Tak mówili urzędnicy, a czy można się oprzeć djabłowi, to o tém sądzić nie rzecz autorów. Na obecném zebraniu widocznie brakło zdrowego rozsądku. Wogóle my jakoś nie jesteśmy stworzeni do reprezentacyjnych zgromadzeń. We wszystkich naszych zebraniach, zacząwszy od włościańskich, aż do wszelkich możebnych komitetów, jeżeli nie ma jednéj dobréj głowy prowadzącéj wszystko, to straszny zakrada się bezład. Trudno nawet powiedzieć dla czego to tak, widać, że jest to przywiązane do narodu, iż tylko te towarzystwa kwitną, których celem jest pohulać, pobawić się, zjeść dobrze i wypić, jako to: kluby i wszelkiego rodzaju resursy na sposób niemiecki. Do jedzenia i picia, jesteśmy gotowi o każdéj porze. My, to tak jak wiatr zawieje, pozawięzujemy towarzystwa dobroczynne, pomocnicze i Bóg wie nie jakie. Cel ich prześliczny, ale rezultat żaden. Może to dla tego, że zanadto prędko się zadawalniamy na samym początku i zdaje nam się, że już wszystko zrobione. I tak naprzykład, zawięzujemy towarzystwo dobroczynności dla biednych, składamy znaczne ofiary, ale zaraz żeby uczcić taki szlachetny postępek, wydajemy ogromny obiad dla znaczniejszych urzędników miasta, naturalnie za połowę zebranych pieniędzy; za resztę najmujemy wspaniałe mieszkanie dla komitetu, z opałem i stróżami. Ostatki, pięć rubli i pół, przeznaczamy dla biednych, a w ich użyciu nawet nie możemy się zgodzić.
Dzisiejsze zebranie było wcale innego rodzaju; ono było spowodowane koniecznością. To nie o jakichsiś tam biednych, lub obcych chodziło, ale chodziło o każdego urzędnika osobiście, chodziło o nieszczęście grożące każdemu, zatém musiała koniecznie istnieć zgoda. Mimo tego wszystkiego jednak, djabli wiedzą, jaki był rezultat. Nie mówiąc już o niezgodzie właściwéj wszystkim zebraniom, w zdaniach zebranych panowała jakaś niezrozumiana niedeterminacya: jeden mówił, że Cziczików fabrykuje fałszywe pieniądze, a potém sam dodawał: „a może być, że i nie fabrykuje“; drugi twierdził, że Cziczików jest urzędnikiem osobnéj kancelaryi jenerał-gubernatora, ale zaraz mówił także: „zresztą, djabli go wiedzą.“ Przeciwko téj myśli, żeby Cziczików był przebranym zbójcą, powstali wszyscy; uważali, że oprócz powierzchowności wzbudzającéj szacunek, w rozmowach jego nie można było nic dostrzedz takiego, coby świadczyło o zbójeckim charakterze. Raptem pocztmajster, który od kilku minut pogrążony był w głębokiém zamyśleniu, zawołał: „Wiecie wy panowie, kto on taki?“ Głos jego miał w sobie coś elektryzującego, tak że wszyscy na raz zawołali: „Kto, kto?“ — „Oto panowie, panie ty mój, nie kto inny, jak kapitan Kopiejkin!“ A gdy wszyscy naraz się spytali, kto był kapitan Kopiejkin, pocztmajster powiedział: „Więc wy nie wiecie, kto był kapitan Kopiejkin?“
Wszyscy odpowiedzieli, że nie wiedzą, kto taki był kapitan Kopiejkin.
— Kapitan Kopiejkin, rzekł poczmistrz, otworzywszy tylko do połowy swoją tabakierkę, bojąc się, żeby który z sąsiadów nie zapuścił do niéj swoich palców, — w czystość których nie miał wiary, — kapitan Kopiejkin, rzekł, zażywszy już tabaki; — ale zresztą, jeżeliby to opowiedzieć, to będzie niesłychanie zajmujące dla któregokolwiekbądź pisarza, w pewnym rodzaju cały poemat.

Wszyscy obecni objawili ochotę usłyszeć tę historyą, tak zajmującą dla jakiego pisarza, w pewnym rodzaju cały poemat; tak więc pocztmajster zaczął:
Powieść o kapitanie Kopiejkinie.

Po kampanii dwunastego roku, panie ty mój, (tak zaczął pocztmajster, nie zważając na to, że w pokoju było sześciu panów, a nie jeden), — po kampanii dwunastego roku między rannymi był i kapitan Kopiejkin. Szalona głowa, kapryśny jak djabeł, siedział i na odwachu i w kozie — wszystkiego doświadczał. Czy pod Krosnym, czy pod Lipskiem, ale możecie sobie wystawić, kula oderwała mu rękę i nogę. Wtedy nie zdążyli jeszcze zrobić, wiecie, takich rozporządzeń co do ranionych; ten tak zwany inwalidny kapitał, był dopiero ustanowiony w pewnym rodzaju późniéj.
Kapitan Kopiejkin zmiarkował: trzebaby pracować, ale ręka to jego, rozumiecie, lewa. Odwołał się do domu do ojca, ale ojciec mu powiada: „Nie mam ci co dać jeść“; możecie sobie przedstawić, „sam dla siebie ledwie mam kawałek chleba.“ Otóż mój kapitan Kopiejkin postanowił, panie ty mój, udać się do Petersburga, żeby starać się o jaką zapomogę... Jak tam, wiecie, czy z transportami, czy na furgonach rządowych, dosyć, że tak czy owak, panie ty mój, dostał się do Petersburga. Nie możecie sobie przedstawić: takiéj, jakiéj niebądź, to jest, kapitan Kopiejkin raptem ocknął się w stolicy, jakiéj, tak powiedziawszy, nie ma drugiéj na całym świecie. Raptem przed nim ukazał się świat, tak powiedziawszy, pole życia, „bajeczna szerezada“ — rozumiecie. Raptem, jaki niebądź taki, możecie sobie wystawić, Newski Prospekt, albo wiecie, jaka tam niebądź Gorochowaja, niech djabli wezmą, albo téż jaka tam niebądź, Litiéjnaja, [1] tam jakiś szum ciągły w powietrzu, mosty tam wiszą, jak gdyby jakie djabły, możecie sobie wystawić, to jest bez żadnéj podpory; słowem semiramida i basta.
Starał się nająć kwaterę, ale wszystko strasznie słono: żardinierki, story, djabelstwo takie, rozumiecie, dywany — Persya panie ty mój taka... słowem tak powiedziawszy, nogami depcesz kapitały. Idziesz ulicą a już nos czuje, że pachnie tysiącami; a cały bank naszego kapitana Kopiejkina składał się z jakich pięćdziesięciu rubli asygnacyjnych i trochę drobnego srebra. No, za taki kapitał wioski nie kupisz, t. j. może być i kupisz, jeżeli dołożysz ze czterdzieści tysięcy, ale te czterdzieści tysięcy trzeba chyba pożyczyć u króla francuskiego. Jak niebądź, znalazł schronienie w rewelskim zajeździe za rubla dziennie; na obiad — rosół i kawałek mięsa... Widzi, nie ma tu co długo popasać. Wypytuje się, gdzie się ma udać. „Gdzie się udać?“ powiadają: „Wyższych urzędników nie ma teraz w stolicy;“ wszyscy, rozumiecie, byli w Paryżu, wojska jeszcze nie powracały; „a jest“, powiadają, „komisya tymczasowa, spróbujcie, może wam tam w czém zaradzą.” — „Pójdę do komisyi“, mówi Kopiejkin, „powiem tak i tak, przelewałem krew w pewnym rodzaju; tak powiedziawszy, życie narażałem.“ Otóż, panie ty mój, wstawszy rano, poskrobał sobie lewą ręką brodę, bo płacić cyrulikowi, to także wydatek w pewnym rodzaju, wdział na siebie mundurzynę i na swojém szczudle, możecie sobie przedstawić, poszedł do komisyi. Rozpytał się, gdzie mieszka naczelnik. Powiadają mu: „Oto w tym domu na wybrzeżu!“ Izba rozumiecie wieśniacza; szybki w oknach, możecie sobie przedstawić, tafle półtora sążnia szerokie, marmury, laki, panie ty mój.... słowem zaćmienie rozumu! Metalowa klamka u drzwi — komfort w najwyższym stopniu, tak że przedtem, rozumiecie, trzeba wejść do sklepiku, kupić za grosz mydła, i ze dwie godziny szorować sobie ręce, zanim człowiek się odważy jéj dotknąć. Sam szwajcar w bramie, z buławą — hrabiowska taka fizyognomia, batystowe kołnierzyki, tak wykarmiony, jak mops taki sobie.
Mój Kopiejkin dostał się nareszcie, jakimś tam sposobem, na swojém szczudle do sali audyencyonalnéj, zalazł sobie w kącik, żeby nie potrącić łokciem, możecie sobie przedstawić, jakiéj tam Ameryki, albo Indyi — kapiącéj od złota, tak powiedziawszy, jakiéj wazy porcelanowéj. Rozumie się, że naczekał się tam do syta, bo przyszedł jeszcze w taką porę, gdy naczelnik, tak powiedziawszy, ledwie wylazł z łóżka, i kamerdyner podał mu, w pewnym rodzaju, srebrną miednicę, dla różnego, rozumiecie, umywania. Czeka mój Kopiejkin godzin cztery, aż wchodzi dyżurny urzędnik i powiada, że naczelnik zaraz przyjdzie. A w sali już nabrało się i szlif i akselbantów, ludu jak bobu na talerzu. Nakoniec, panie ty mój, wchodzi naczelnik. No... możecie sobie przedstawić — naczelnik! w twarzy, tak powiedziawszy.... odpowiednio do rangi, rozumiecie.... do godności.... takie wyrażenie, rozumiecie. Naczelnik całéj stolicy! Podchodzi do jednego do drugiego: „Czego wy potrzebujecie, jaki wy macie interes?“ Nakoniec panie ty mój, do Kopiejkina. Kopiejkin: „Tak i tak“, powiada, „przelewałem krew, pozbawiony byłem, w pewnym rodzaju, ręki i nogi, pracować nie mogę, ośmielam się prosić, czy nie będzie jakiego wspomożenia, takich, jakich nie bądź rozporządzeń, tyczących się, tak powiedziawszy, wynagrodzenia, albo pensyi“. Rozumiecie? Naczelnik widzi człowieka o szczudle, prawy rękaw mundura pusty i przypięty tylko do guzika, powiada: „Dobrze, zgłoście się za parę dni.“ Kopiejkin mój w uniesieniu: „No, myśli sobie, sprawa załatwiona.“ W złotym humorze, możecie sobie przedstawić, podskakuje tylko po trotoarze; wszedł do Pałkińskiéj restauracji, wypił kieliszek wódki, potém poszedł na objad do Londynu, możecie sobie przedstawić, kazał sobie podać kotlet z kaparami, pulardę z rozmaitemi przyprawkami, butelkę wina, a wieczorem poszedł do teatru — słowem hulał, tak powiedziawszy, na przepadłe. Na ulicy widzi — idzie jakaś wystrojona Angielka, jak łabędź, możecie sobie przedstawić, jaka. Mój Kopiejkin — krew, rozumiecie, zakipiała — pobiegł za nią na swojém szczudle, ale nie, pomyślał sobie: „zostawmy to na późniéj, jak pensyą odbiorę; zanadto sobie jakoś na teraz pozwalam“. A stracił on tego dnia, proszę zauważyć, prawie połowę swoich pieniędzy!
Przeczekawszy dni cztery, zjawia się on znowu, panie ty mój, w komisyi. „Przyszedłem, powiada, dowiedzieć się: tak i tak, z powodu otrzymanych chorób i za rany... przelewałem w pewnym rodzaju krew.“ — „A co? rzekł naczelnik, „muszę was najprzód zawiadomić, że w waszéj sprawie bez rezolucyi ministra nie mogę nic zrobić. Sami widzicie, jakie teraz czasy. Działania wojenne, tak powiedziawszy, jeszcze niezupełnie ukończone. Poczekajcie na przyjazd ministra i bądźcie cierpliwi; wtedy bądźcie pewni, że o was nie zapomnę. Tymczasem, jeżeli nie macie z czego żyć, to co mam, mogę dać od siebie.“ — Rozumie się, dał mu niewiele, ale przy oszczędności można było tém wystarczyć aż do dalszéj rezolucyi. Ale mój Kopiejkin nie tego pragnął; jemu się zdawało, że zaraz sypną mu tysięczny kusz. „Masz biedaku, pij i hulaj;“ a zamiast tego — czekaj. A w jego głowie, rozumiecie, już Angielka, już kolacyjka, już kotlety różne. Gdy wyszedł, to miał minę pudla, którego kucharz wodą obleje a on ogon wrazi między nogi i uszy zwiesi. Życie petersburgskie już go nęciło; cokolwiek go nawet popróbował. A tu raptem żyj djabli wiedzą jak — słodyczy, rozumiecie, żadnych. Przytém człowiek młody, żywy, apetyt wilczy. — Przechodzi koło takiéj jakiéj niebądź restauracyi: kucharz w niéj, możecie sobie przedstawić, cudzoziemiec, Francuz z otwartą twarzą, bielizna na nim holenderska, fartuch białości tak powiedziawszy śniegu przyrządza jaki finzerl, albo kotletki z truflami, słowem superdelikatesy takie, że doprawdy połknąłby je człowiek z apetytu. Albo téż przejdzie koło miliutyńskich sklepów; tam wygląda z okna, w pewnym rodzaju siomga, wisienki po pięć rubli sztuka, arbuz-olbrzym, dyliżans taki wysunął się z okna, i tak powiedziawszy, szuka durnia, któryby za niego zapłacił sto rubli; słowem, na każdym kroku pokusy, tak powiedziawszy, aż ślina ciecze, a on — czekaj. Więc przedstawcie sobie jego położenie: z jednéj strony, tak powiedziawszy, siomga i arbuz, a z drugiéj strony podają mu gorżki półmisek pod nazwiskiem jutro. „No już, pomyślał sobie, jak oni tam sobie chcą, a ja pójdę, poruszę całą komisyą, wszystkich naczelników, powiem: jak sobie chcecie!“ I w saméj rzeczy, człowiek zuchwały, próżny, a w głowie, rozumiecie, pustki, przytém bezczelny, przychodzi do komisyi: „Co tam? powiadają, czego jeszcze, wszak wam już powiedziano!“ — „Tak i cóż z tego? odpowiada, ja nie mogę żyć taką odrobiną. Mnie potrzeba i pulardy, i butelkę wina francuskiego, i teatru, rozumiecie.“ — „Już wybaczcie, mówi naczelnik, wybaczcie. Co do tego, to trzeba mieć, w pewnym rodzaju, cierpliwość. Dano wam tymczasem środki dla utrzymania, póki nie wyjdzie rezolucya, i bez żadnego wątpienia będziecie wynagrodzeni jak się należy, bo nie było jeszcze przykładu u nas w Rosyi, żeby człowiek, który oddał, tak powiedziawszy, usługi ojczyźnie, był zostawiony bez wsparcia. Ale jeżeli wy zaraz chcecie zajadać pulardki i bywać w teatrze, rozumiecie, tak już wybaczcie. W takim razie szukajcie sobie sami środków, starajcie się sami sobie pomagać.“ Ale mój Kopiejkin, możecie sobie przedstawić, nic sobie z tego nie robi, słowa naczelnika wywierają na nim ten sam skutek, co groch na ścianę. Hałas zrobił się straszny, wszystkich zaczął mój Kopiejkin łajać, wszystkim tym, tak powiedziawszy, sekretarzom, zaczął grozić: „Ah wy, wołał, to! ah wy, tamto! wy nie znacie waszych obowiązków! wy zaprzedajecie prawo!“ Co każecie z takim djabłem robić? Naczelnik widzi: trzeba użyć, tak powiedziawszy, srogości. „Dobrze, powiada, jeżeli nie chcecie się zadowolnić tém, co wam dają, i czekać spokojnie tu w stolicy, w pewnym rodzaju, postanowienia, to ja was odprawię na miejsce waszego urodzenia. Zawołać feld-jegra, wysłać go zkąd jest rodem!“ A feld-jeger, rozumiecie, już tam stoi za drzwiami: taki sobie chłop wzrostem ze trzy arszyny, ręce jego, możecie sobie wyobrazić, sama natura się wysiliła, żeby takie ogromne stworzyć, — słowem, dentysta taki... Otóż jego, biedne stworzenie Boże, z feld-jegrem do kibitki. „No, pomyślał sobie Kopiejkin, przynajmniéj nie trzeba poczty płacić, Bóg zapłać i za to.“ Jedzie on, panie ty mój, na feld-jegrze, a jadąc na feld-jegrze, w pewnym rodzaju, tak powiedziawszy, myślał sobie: „Dobrze, ty chcesz, żebym sam sobie poszukał środków do życia, dobrze, ja znajdę sobie sposób!“
Ale jak go tam dostawili na miejsce, i gdzie mianowicie go przywieźli, tego niewiadomo. Więc, rozumiecie, wszelkie wieści nawet o moim Kopiejkinie przepadły, kapnął w rzekę zapomnienia, w jaki tam Styx. Ale pozwólcie, panowie, oto tu zaczyna się dopiero, tak powiedziawszy, nić zawiązki romansu. I tak: gdzie podział się Kopiejkin, niewiadomo; ale nie przeszło i dwóch miesięcy, jak ukazała się w riazańskich lasach banda zbójców, a hersztem téj bandy był, panie ty mój nie kto inny!...
— Ale pozwól tylko, Iwanie Andreewiczu rzekł raptem, przerywając jego opowiadanie, policmajster: — wszak kapitan Kopiejkin, jak sam powiedziałeś, nie miał ręki ani nogi, a Cziczików...
Tu pocztmajster wrzasnął, uderzył się z całej siły ręką w czoło i publicznie, przy wszystkich, nazwał się cielęciną. Nie mógł pojąć, jakim sposobem taka okoliczność nie przyszła mu na myśl przy zaczęciu opowiadania. Ale nie tracąc miny, po chwilowym namyśle dodał, że w Anglii udoskonaloną jest mechanika, i że z gazet dowiedział się, jako ktoś wynalazł drewniane nogi, tak że dotykając tylko ukrytéj sprężynki, te nogi niosły człowieka Bóg wie jak daleko, że go nawet odszukać było niepodobna.
Wszyscy jednak powątpiewali, żeby Cziczikow był kapitanem Kopiejkinem, zgodzili się na to, że pocztmajster sięgnął za daleko. Zresztą oni sami, kierowani dowcipnym wynalazkiem pocztmajstra, ledwie, że daléj jeszcze nie zaszli. Z liczby wielu przypuszczeń było jedno — wstyd nawet je wypowiedzieć — czy téż przypadkiem Cziczikow nie jest przebranym Napoleonem, bo Anglik dawno już zazdrości Rosyi jéj wielkości, że pojawiały się nawet karykatury, w których przedstawiony jest Rosyanin rozmawiający z Anglikiem. Anglik stoi i trzyma z tyłu psa na powrozie, a tym psem jest Napoleon. „Patrz“, powiada Anglik, „jeżeli ty tylko cokolwiek nie tak, to zaraz psa na ciebie puszczę!“ I oto może teraz wypuścili go z wyspy Heleny, i oto wybiera się teraz do Rosyi, jak gdyby Cziczikow, a w saméj rzeczy nie Cziczikow.
Naturalnie, uwierzyć, urzędnicy temu nie uwierzyli, głęboko się jednak zamyślili, a rozpatrując sprawę, znaleźli, że twarz Cziczikowa, jeśli się obróci i stanie bokiem, bardzo przypomina portret Napoleona. Policmajster, który służył w dwunastym roku i osobiście widział Napoleona, nie mógł także nie przyznać, że wzrostu on nie był słuszniejszego od Cziczikowa, i że całém złożeniem ciała i postawą Napoleon także, nie można powiedzieć, żeby był bardzo tłusty, ale téż i nie szczupły.
Może być, że niektórzy czytelnicy znajdą to nieprawdopodobném, autor zaś dla zgody z nimi gotówby także powiedzieć, że to nieprawdopodobne; ale, jak na nieszczęście, wszystko zaszło tak, jak jest opowiedzianém. Zresztą trzeba mieć to na uwadze, że wszystkie te zdarzenia zaszły wkrótce po kampanii 12 roku.
Rozmyślali, rozmyślali; radzili, radzili, aż nareszcie postanowili, że nie źleby było wypytać się szczegółowo Nozdrewa. Ponieważ on pierwszy rozpuścił wieść o martwych duszach i był w bliskich stósunkach z Cziczikowem, musi przeto znać niektóre szczegóły z jego życia, trzeba się więc dowiedzieć, co powie Nozdrew.
Dziwni ludzie, ci panowie urzędnicy, a za nimi wszyscy inni: wszak doskonale wiedzieli, że Nozdrew łgarz, że nie można mu wierzyć w niczém, a jednak do niego się udają! Zgódźże się tu z człowiekiem! nie wierzy w Boga, ale jeżeli go nos zaswędzi, to wierzy w to, że umrze; bez uwagi porzuci utwór poety, jasny jak dzień, przeniknięty zgodą i wielką mądrością prostoty, a rzuci się właśnie na to, gdzie jaki niebądź chwat, zagmatwał, poplątał, przewrócił przyrodę, to mu się będzie podobało i w niebogłosy będzie krzyczał: „Oto, oto prawdziwa znajomość tajników serca!“ Przez całe życie za nic nie będzie miał doktorów, aż nakoniec odda się w ręce staréj babie, czarownicy, która go będzie leczyć jakiemiś tam szeptami i zaklęciami. Trzeba jednak wybaczyć cokolwiek panom urzędnikom z powodu rzeczywiście trudnego ich położenia. Tonący, powiadają, chwyta za najmniejsze źdźbło, on nie ma wtenczas przytomności pomyśleć, że na tém źdźble ledwieby mucha mogła się utrzymać, a on sam waży 180 jeżeli nie 200 funtów, ale on o tém wtedy nie myśli i chwyta za źdźbło. Tak samo i panowie nasi, chwycili się nakoniec za Nozdrewa. Policmajster napisał zaraz do niego liścik zapraszający na wieczór, a komisarz w botfortach z pospiechem go odniósł.
Niebawem zjawił się Nozdrew, ale jego przypuszczenia i świadectwa tak były sprzeczne z domniemywaniami panów urzędników, że to im zadało cios ostatni. Nozdrew był jedyny człowiek, dla którego żadne wątpliwości nie istniały, i o ile u nich okazywało się niedeterminacyi i niepewności w hipotezach, o tyle u niego było stanowczości i przekonania. On odpowiadał na wszystkie punkta bez zająknienia się nawet i tak: mówił, że Cziczików nakupił martwych dusz za kilkanaście tysięcy rubli i że on mu sam nawet sprzedał, bo nie widział przyczyny, dla któréjby nie miał sprzedać. Na zapytanie: czy on nie szpieg i czy nie starał się wywiedzieć się czego? Nozdrew odpowiedział, że szpieg; że jeszcze w szkole, gdzie się razem uczyli, nazywano go szpiegem, i że za to jego towarzysze i on tak go raz zbili, że musiano Cziczikowowi postawić na skroniach 240 pijawek, to jest on chciał powiedzieć 40, ale 200 samo się jakoś wymówiło. Na zapytanie: czy on nie fałszuje pieniędzy? odpowiedział, że fałszuje i przy téj okoliczności opowiedział anegdotkę o niesłychanéj zręczności Cziczikowa: gdy dowiedziano się, że w jego domu znajdowało się na dwa miliony fałszywych asygnacyi, opieczętowano dom i postawiono wartę, po dwóch żołnierzy przy każdych drzwiach. Ale Cziczików jednéj nocy przemienił wszystkie papierki, i gdy mu na drugi dzień rano zdjęto pieczęcie, pokazało się, że wszystkie asygnacye były prawdziwe. Na zapytanie: czy to prawda, że Cziczików miał zamiar porwać córkę gubernatora, że i on sam, Nozdrew, miał mu w tém dopomagać? Nozdrew odpowiedział, że prawda, i żeby nie on toby się nie było udało. On to zmiarkował, że zełgał niepotrzebnie i że mógł przez to samemu sobie zaszkodzić, ale już nie mógł wstrzymać swego języka. Zresztą i trudno było, bo takie nawijały się na myśl interesujące szczegóły, że nie można było im się oprzeć: powiedział nawet imię wsi, w któréj miał być ślub dany, mianowicie: Truchmaczewka, a pop ojciec Sidor miał za to dostać 75 rubli; aleby się był nigdy na tak małą sumę nie zgodził, gdyby go Nozdrew nie nastraszył, obiecując donieść, że dawał kiedyś ślub Michajłowu z jego kumą; że on, Nozdrew, pożyczał swego powozu i przygotował na wszystkich stacyach rozstawne konie. Szczegóły doszły do tego, że wymieniał nawet nazwiska jemszczyków (woźniców). Spróbowali napomknąć coś o Napoleonie, ale sami nie byli radzi z tego, bo Nozdrew takie niestworzone zaczął pleść baśnie, że splunąwszy, wszyscy od niego odstąpili — i wszyscy się zgodzili na to przysłowie: „rób ty co chcesz, a byk mleka nie da.“ Otóż pozostali urzędnicy jeszcze w gorszém położeniu, jak przedtém, i sprawa tém się skończyła, że żadnym sposobem nie mogli się dowiedzieć, co to za jeden był Cziczików. Z tego jasno się pokazuje, jakiego rodzaju stworzeniem jest człowiek: bywa on mądry, rozważny, przedsiębiorczy, gdy rzecz chodzi o innych, a nie o siebie. Jakich on stanowczych i wstępnych rad udziela w trudnych przypadkach życia! „Ach, jaka tęga głowa!“ woła tłum, „jaki prawy charakter!“ A niechno spadnie na tę tęgą głowę jakiebądź nieszczęście i niech on sam będzie postawiony w trudnych przypadkach życia, — gdzie podział się charakter? gdzie podziała się stanowczość? — oto pozostało z niego tylko trwożliwe, marne, słabe dziecię, albo po prostu niezdara, jak nazywał Nozdrew.
Wszystkie te bajki i słuchy, nie wiadomo dla jakiéj przyczyny, najsilniéj podziałały na prokuratora a podziałały na niego do tego stopnia, że przyszedłszy raz do domu, zaczął myśleć, myśleć, i raptem niewiedzieć z czego, umarł. Czy paraliżem został tknięty, czy czém inném, dość, że padł na wznak siedząc w fotelu. Krzyknął, jak zwykle się robi w takich razach: „O Boże mój!“ załamał ręce i koniec. Posłali zaraz po doktora, ale nic nie pomogło — prokurator był już bezduszném ciałem. Ten, który jeszcze tak niedawno chodził, ruszał się, grał w wista, podpisywał różne akta i któren tak często był widywany między urzędnikami, ze swemi gęstemi brwiami i mrugającém lewém okiem — leżał teraz na stole, lewe oko było nieruchome, ale jedna brew zawsze była cokolwiek podniesioną i podobną do znaku zapytania. O co nieboszczyk się zapytywał, dla czego umarł, albo dla czego żył — o tém Bóg jeden wie.
Cziczików o niczém, co zaszło, nie wiedział. Jakby naumyślnie trochę się przeziębił, i żeby — czego Boże broń, — nie zejść z tego świata bez potomków, postanowił kilka dni nie wychodzić. — Bardzo go jednak dziwiło, że żaden z panów urzędników nie przyszedł go odwiedzić i zapytać się o zdrowie. — Po kilku dniach jednak, czując się zdrowszym, postanowił wyjść, a ubrawszy się starannie, ogoliwszy brodę, która przez ten czas znacznie urosła, wesół poszedł najprzód odwiedzić gubernatora. Już zaczął w sieni zdejmować płaszcz, gdy nagle przerażony został nieoczekiwanemi słowami szwajcara:
— Zakazano przyjmować!
— Jakto! ty? tyś pewnie mnie nie poznał? Przypatrz się dobrze mojéj twarzy! — mówił Cziczików.
— Gdzież miałem was nie poznać, wszak nie pierwszy raz was widzę, rzekł Szwajcar, — was to tylko właśnie nie pozwolono wpuszczać, wszystkich innych można.
— Otóż masz! Dla czego? z jakiéj to przyczyny?
— Taki rozkaz, widać, tak się należy, rzekł szwajcar, i zaczął swobodnie przechadzać się z miną, która zdawała się mówić: „Eh, he, już kiedy ciebie państwo gonią z sieni, — to ty musisz być wielkie jakieś ladaco.
„Niepojęte!“ pomyślał w duchu Cziczikow i udał się prosto do prezesa. Ale prezes tak się zmięszał, zobaczywszy go, że nie mógł dwóch słów rozsądnych powiedzieć. Wychodząc od niego Cziczikow, chciał sobie wytłómaczyć jego postępowanie, ale nic nie mógł zrozumieć. Poszedł do innych: do policmajstra, do wicegubernatora, do pocztmajstra, ale wszyscy albo go nie przyjęli, albo téż przyjęli tak osobliwie, tak przymuszoną wiedli rozmowę, że Czczikow, przerażony, poszedł jeszcze do niektórych osób, aby się dowiedzieć, co jest za przyczyna takiego się z nim obchodzenia, ale nic nie wskórał. Późno już wrócił do siebie do hotelu, z którego rano w tak dobrém wyszedł usposobieniu, i kazał sobie z nudów podać herbatę, a gdy brał się już do nalewania, raptem drzwi się z trzaskiem otworzyły i zjawił się wcale nieoczekiwany gość — Nozdrew.
— Ot prawdę mówi przysłowie, że dla przyjaciela nie ma odległości, rzekł, zdejmując czapkę: przechodzę, widzę światło w oknach. „Dawaj, wejdę, pewno nie śpi“, pomyślałem sobie. Dobrze téż, że herbata na stole, wypiję z przyjemnością filiżankę, objadłem się, diabli wiedzą czego, na obiedzie i czuję w brzuchu rewolucyą. Każ no mi podać fajkę! gdzie twoja fajka?
— Ale ja nie palę fajki, powiedział Cziczikow.
— Głupstwo, jak gdybym ja nie wiedział, że palisz. Ej! a jak się wabi twój człowiek? Ej, Bartłomiéj, te!
— Ależ nie Bartłomiéj jedno Piotrek!
— Jeszcze czego? przecież dawniéj był u ciebie Bartłomiéj?
— Nigdy nie miałem żadnego Bartłomieja.
— Prawda, prawda, to u Dierebina Bartłomiéj. Wystaw sobie, jakie ten Dierebin ma szczęście: ciotka jego pokłóciła się ze swoim synem za to, że się ożenił ze swoją poddaną i jemu zapisała cały majątek. Ale co ty, bracie, usunąłeś się od wszystkich, nigdzie ciebie nie widać? Zapewne, ja wiem, że ty lubisz zajmować się uczonemi przedmiotami, lubisz czytać. Ale bracie Cziczikow! gdybyś ty był widział... oto był materyał dla twego satyrycznego rozumu... Przyznaj się jednak, wszak ty naprawdę podle sobie postąpiłeś ze mną, wtedy, pamiętasz, gdyśmy grali w warcaby? Wszak ja wygrałem. Ty naprawdę, bracie, okpiłeś mnie wtenczas. Ale diabli mnie wiedzą, nie mogę żadnym sposobem długo się gniewać. W tych dniach z prezesem... Ah, prawda, muszę ci powiedzieć, że w mieście wszyscy są przeciwko tobie. Jedni mówią, że ty robisz fałszywe pieniądze, do mnie się udali, ale ja, jak skała, stanąłem w twojéj obronie, powiedziałem, żeśmy razem się uczyli i że ojca twojego znałem; no już nie ma co powiedzieć nalałem im kul porządnych.
— Co? ja robię fałszywe pieniądze? zawołał Cziczikow, podnosząc się z krzesełka.
— Dla czegoby? jednakżeś ich nastraszył, ciągnął daléj Nozdrew. — Oni, diabli wiedzą co, powaryowali ze strachu: mają ciebie za herszta rozbójników i za szpiega... A prokurator tak się przeląkł, że aż umarł; jutro będzie pogrzeb. A ty nie będziesz na pogrzebie? Prawdę mówiąc, oni boją się nowego jenerał-gubernatora... Jednakże ty, Cziczikow, ryzykowną sprawę przedsięwziąłeś.
— Jaką ryzykowną sprawę? zapytał niespokojnie Cziczikow.
— Porwanie córki gubernatora. Ja, przyznam ci się, oczekiwałem tego po tobie, jak Boga kocham, oczekiwałem! Pierwszy raz, jak tylko was razem widziałem na balu: „No już“, myślę sobie, „Cziczikow pewnie nie darmo“... Zresztą napróżno zrobiłeś taki wybór: ja nic w niéj nie znajduję tak szczególnego. A jest jedna, krewna Bikusowa, córka jego siostry, tak! ona to panienka! można powiedzieć — cudo dziewczyna!
— Ale co ty, co ty gadasz? porwać córkę gubernatora! czyś ty oszalał! wołał Cziczikow, wyłupiwszy oczy.
— Ależ daj pokój, bracie: eh, jaki skryty człowiek! Przyznam ci się, że z tém do ciebie przyszedłem: i owszém, ja gotów ci pomagać. Niech i tak będzie: będę twoim drużbą, powóz i rozstawne konie będą moje, tylko pod warunkiem — pożyczysz mi koniecznie trzy tysiące rubli. Tak mi są potrzebne, że choć zarznij!
Przez cały czas paplaniny Nozdrewa, Cziczikow kilka razy przecierał sobie oczy, żeby być pewnym, że nie jest we śnie, a że na jawie wszystko słyszy. Fałszywe pieniądze, herszt zbójców, szpieg, porwanie córki gubernatora, śmierć prokuratora, wszystko przeraziło go niesłychanie: „No, kiedy już tak zaczynają gadać“, pomyślał on sobie, „to nie ma tu co dłużéj popasać, trzeba się wynosić co prędzéj.“
Cziczikow postarał się jak najprędzéj pozbyć się Nozdrewa, zaraz zawołał do siebie Selifana i kazał mu być gotowym skoro świt, żeby nazajutrz mógł koło szóstéj rano wyjechać z miasta, żeby wszystko było należycie opatrzone, bryczka nasmarowana itp. itp. Selifan rzekł: „Dobrze, Pawle Iwanowiczu“, zatrzymał się jednak jakiś czas przy drzwiach, nie ruszając się z miejsca. Następnie Cziczikow kazał zaraz Piotrkowi wyciągnąć tłumok z pod łóżka i bez wielkiego porządku zaczął zaraz z nim rzeczy pakować: szkarpetki, koszule, rękawiczki, bieliznę praną i niepraną, prawidła do butów, kalendarz... wszystko to kładło się, jak popadło; chciał koniecznie być jeszcze wieczorem gotów, żeby nic go rano nie zatrzymywało. Selifan, postawszy kilka minut przy drzwiach, wolno, bardzo wolno wyszedł. Jeszcze wolniéj prawie schodził ze schodów i długo drapał się w głowę. Co miało oznaczać to drapanie? i co to w ogólności znaczy? Czy zmartwienie, że nie uda się projektowane spotkanie z jakim kolegą w szynku; albo téż zawiązał się, w nowém miejscu, jaki związek serdeczny i przyjdzie się porzucić wieczorne wyczekiwania u wrót i polityczne trzymanie białéj ręki w swoich, gdy zmierzch zaczyna padać na miasto, chłopak w czerwonéj koszuli brzdąka na bałałajce[2] i rozwesela czeladź, zebraną po dziennéj pracy, albo téż żal porzucać zagrzane już miejsce przy piecu, i barszcz miejski z miękkiemi pirogami, żeby znów puścić się na deszcz, błoto i podróżną niewygodę? Bóg wie — nie zgadnąć. Wiele różnych rzeczy znaczy u rosyjskiego ludu drapanie się w głowę.


Przypisy

  1. Najgłówniejsze ulice w Petersburgu (p. t.).
  2. Bałałajka, rodzaj gitary o dwóch strunach. (Przyp. tłóm.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Nikołaj Gogol i tłumacza: Zygmunt Wielhorski.