Mali Robinsonowie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Mali Robinsonowie
Podtytuł Prawdziwe opowiadanie
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 57
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wydania 1933
Druk „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY.
E. KOROTYŃSKA.
MALI
ROBINSONOWIE
Prawdziwe opowiadanie.
Z ILUSTRACJAMI.
Perełka p03.jpg
NAKŁADEM „NOWEGO WYDAWNICTWA“
WARSZAWA, ul. MARSZAŁKOWSKA 141.
Druk. „Bristol”, Elektoralna 31, Tel. 761-56.






Było to w końcu sierpnia 1914 roku podczas wojny z Niemcami, w blizkości Belgji.
Pani Darska matka dwojga ślicznych i dobrych dzieci, Małgosi i Maurycego znajdowała się zdala od Paryża, który zamieszkiwała wraz ze swemi dziećmi i służbą.
Przed wyjazdem na letnisko zgodziła do posług w czasie podróży nowego służącego Józefa, który zdawał się być uczciwym i przywiązanym do dzieci.
Dzieci zachwycone były okolicą w której mieszkały, po ruchliwym i pełnym mieszkańców Paryżu, ta cicha wieś z prześliczną willą i ogrodami zdawała się być czemś czarodziejskiem.
To też z żalem opuszczały te cuda przyrody i smutne zabierały się do podróży.
Gdy zajechał powóz, a dzieci zajęły swe miejsca, oczekując na matkę, która żegnała się jeszcze ze znajomymi, naraz huk straszliwy rozdarł powietrze, kula armatnia padła na dach sąsiedniego domu, wślad za nią rozlegały się huki zdala wybuchających bomb i kartaczy.
Konie powozowe przerażone straszliwym hałasem rzuciły się w bok, pędząc jak oszalałe z dziećmi wyciągającemi ku matce swe ręce.
Józef siedzący na koźle zdawał się chcieć powstrzymać rozszalałe grozą rumaki, ale nie był w możności, a na błaganie dzieci, aby zawrócił i odwiózł je do matki, odpowiadał, że ani sposób to zrobić, gdyż mieszkańcy uciekają ze wsi i miast, zamęt więc ogromny a kule latać wkrótce tam będą nad głowami. Dowodził, że tam właśnie ustawia się wojsko nieprzyjacielskie i że pani Darska napewno uciekła stamtąd i złączy się z dziećmi w Paryżu.
Spostrzegły dzieci, że prośby ich nie odnoszą skutku i pocieszając się myślą zobaczenia matki w Paryżu, nie ponawiały swych błagań.
Ale nieszczęścia zawsze idą jedne za drugiemi.
Pociąg idący do Paryża był już ostatni i naraz zatrzymał się o 80 kilometrów od miasta, wypraszając podróżnych, gdyż jechać już dalej nie mógł.
Biedne dzieci wysiadły z Józefem, zamierzając czekać na okazję wyruszenia jakimkolwiek wozem lub bryczką do domu, gdy naraz służący objawił chęć wstąpienia do poblizkiej wioski po zakupno jedzenia.
Dzieci czekały na niego pół godziny, godzinę, wreszcie niepokoić się poczęły.
— On nie wróci — odezwała się Małgosia z płaczem. — Cóż poczniemy?
— Mówiłem ci zawsze siostrzyczko, że ten człowiek jest podejrzany. Uśmiecha się złośliwie, oczy ma na dół spuszczone, to napewno jakiś niegodziwiec. Gdyby nie on bylibyśmy teraz wraz z mamusią, bo widocznem było, że nie chciał powstrzymać koni, miał w tem jakiś zamiar, żeby nie wracać.
— Być może — odpowiedziała żałośnie Małgosia — ale to najważniejsze, że jesteśmy teraz zdala od Paryża i nie dojdziemy tam nigdy, nie znamy bowiem nawet drogi, wreszcie to wielka odległość.
— Nie obawiaj się Małgosiu, — rzekł Maurycy z powagą, dwunastoletniego chłopca, który wszystko wie i niczego się nie obawia, zwłaszcza gdy spadły nań obowiązki opiekowania się młodszą siostrzyczką. — Dojdziemy napewno, Paryż jest bardzo blizko, ruszajmy zaraz w drogę, kierując się szynami, a zobaczysz, że dziś jeszcze będziemy w swym ukochanym domu.
Wziąwszy się za ręce szły dzieci koło szyn, zgnębione i smutne, że ich droga mamusia niepokoi się o nie i szuka.
Szły godzin parę i jeszcze połowy nawet drogi nie uszły, gdy naraz poczęło się ściemniać a sen zmęczone rodzeństwo morzył.
Padły więc znużone pod drzewa, na mech leśny i natychmiast usnęły.
Zbudził je śpiew głośny ptactwa i brzęczenie owadów. Podniosły się ze swego miękkiego posłania i narazie pojąć nie mogły, dlaczego nie leżą na łóżeczku, w swoim dziecięcym pokoiku, gdzie im tak było zawsze dobrze i wygodnie.
Przypomniawszy o wszystkiem gorzkiemi zalały się łzami.
Ale Małgosia była dzielną dziewczynką. Widząc płaczącego brata, rzuciła mu się na szyję i wołać poczęła:
— Odwagi, braciszku, odwagi! Wstańmy, zjedzmy nasze zapasy i idźmy do mateńki...
Posiliwszy się trochę i orzeźwiwszy wodą źródlaną ruszyły dzieci w drogę, idąc najspieszniejszym, jak potrafiły, krokiem.
Stanąwszy przy drzewie na chwileczkę ujrzał Maurycy jadących konno żołnierzy. Narazie sądził, że to Francuzi, z przerażeniem jednak rozpoznał kaski niemieckie i serce dziecka przeniknęła trwoga.

Mali Robinsonowie p11.jpg

Podzieliwszy się z siostrzyczką swem odkryciem, Maurycy ułożył się w sposób taki za drzewem, że nikt spostrzedz ich nie mógł. W chwil kilka nie było jeźdźców na drodze, tylko tuman kurzu wskazywał, kędy przejeżdżać zamierzali.
Po nocy doskonale przespanej, zastały dzieci bardzo miłego gościa. Wynędzniały i głodny kotek przysunął się do nich i białem, puszystem futerkiem ocierał się o samotne rodzeństwo.
Ucieszyły się bardzo, bo w opuszczeniu takiem, w jakiem się znajdowały, każda żyjąca istota była wielce a wielce pożądaną.
Kotek okazał się pomysłowym. Gdy bowiem dzieci rozmyślały nad tem, czemby się nazajutrz posilić, naraz spostrzegły Minetkę, tak przezwali kociaka, nad kilku ślicznemi jajami, z których dwa leżały wypite przez znalazcę.
Okazało się, że wypłoszono stąd kurę siedzącą na jajach i że skorzystał z tego współtowarzysz małych Robinsonów.
Radość dzieci była ogromna. Wypiły surowe jaja i poczuwszy się nasyconemi, ugłaskały i upieściły czule mądre i przebiegłe zwierzątko.
Maurycy pamiętając o tem, że przyłożywszy ucho do ziemi można słyszeć jadących, a niespokojny o to, że Niemcy mogą ich tu napastować, położył się na ziemi i wsłuchawszy się pilnie, usłyszał najwyraźniej tentent i zrozumiał, że jacyś jeźdźcy zbliżają się do miejsca ich odpoczynku.
Wdrapali się na drzewo i obserwowali zdala jadącą kawalerję niemiecką.
Smutny widok przedstawił się ich oczom.
Dwóch żołdaków niemieckich jechało na koniach, prowadząc poza sobą ze skrępowanemi rękami jeńców.
Byli to mężczyzna i kobieta w straszliwie poszarpanem ubraniu, wynędzniali i zrozpaczeni. Z oczu kobiety płynęły łzy a oblicze jej wyrażało taką bezbrzeżną boleść, że Małgosia szlochać pocichu zaczęła.
Za nieszczęśliwymi jechał jeszcze jeden Niemiec a obok niego wolno postępował jakiś człowiek.
Ujrzawszy go Maurycy o mało że nie wykrzyknął z podziwu. Byłto Józef pełniący tu rolę szpiega.
— Aha! toś ty taki, jak myślałem! — wyszeptał chłopak, widzisz, Małgosiu, żem odgadł...
Nie zdążyła mu na to odpowiedzieć, gdyż duża biała kula zleciała na jeźdźców, wywołując straszliwy popłoch.
Była to Minetka, która chcąc dobiedz do dzieci, zeskakiwała z drzewa na drzewo, ale nie mogąc utrzymać równowagi spadła na jednego z ułanów i podrapała konia pazurami.
Przerażony rumak rzucił się do ucieczki, za nim uciekali z krzykiem i pozostali żołnierze, zapominając o spętanych swych więźniach.
— O, gdybym miała chociażby nożyk, — odezwała się nieszczęśliwa kobieta rozcięłabym więzy i możebyśmy zdołali uciec...
W tejże chwili do nóg ich zleciał skądś nóż...
Kobieta przecięła swemu towarzyszowi więzy i szybko w stronę lasu poczęli uciekać.
Gdy przybyli ułani, aby zabrać ze sobą swych więźniów, nie znaleźli ich i nie mieli chęci w głębi lasu robić poszukiwań, bojąc się jakiejś zasadzki.
Dzieci zeszły z drzewa, szczęśliwe z ocalenia tych biedaków, ale jednocześnie okrutnie głodne, gdyż wszystkie swoje zapasy pozjadały.
Naraz Małgosia ujrzała stertę drzewa palącą się na węgiel i wychodzącego stamtąd kota.
Kot był straszliwie umorusany, białość jego znikła, czarne sadze zawalały prześliczne futerko i kosmate łapki.
W łapkach tych niósł on coś bardzo dużego i czarnego.
Dzieci poznały po zapachu pieczony kartofel a wynalazłszy ich jeszcze więcej, pożywiły się same i nakarmiły też swego kota.
Poczęło się ściemniać, nogi dzieci bolały, głód pomimo paru zjedzonych kartofli dokuczał, biedni podróżnicy zaczęli myśleć o tem, żeby znaleźć u kogo odpoczynek i wieczerzę.
Wtem ryczenie osła dobiegło do ich uszu. Zdziwione obejrzały się i cóż zobaczyły?
Oto mały osiełek wszedł do wody i głośne wydawał okrzyki... Hi han! Hi han! ryczał przeciągle.
— Otóż i znajdziemy kogoś żywego w pobliżu — zawołał uradowany Maurycy, to osiełek domowy, nie żyjący nigdy w stanie dzikim.
Idźmy za nim a dojdziemy do czyjegoś mieszkania...

Mali Robinsonowie p09.jpg

Osiełek, jakby zrozumiał mowę chłopca, stanął bowiem przy Maurycym i naraz puścił się kłusem, oglądając się poza siebie.
Dzieci biegnąc za nim doszły do chatki, w której znalazły stół z resztkami jedzenia, ale nikogo w niej nie było.
Posiliwszy się kawałkami mięsa i chleba i nakarmiwszy Minetkę, dzieci napisały na leżącym papierze list tej treści:
— Panie albo Pani! Nie jesteśmy złodziejami... Zjedliśmy wasze pożywienie z głodu. Wędrujemy bowiem od trzech dni, chcąc dotrzeć do Paryża, gdzie mieszkamy ze swą mamusią na ulicy Douai (Due) № 101. Proszę do niej napisać a odeśle Panu lub Pani, to co się należy za jedzenie.

Dziękujemy bardzo za to, cośmy zjedli
Maurycy i Małgorzata.

Napisawszy to Maurycy wziął za rękę siostrzyczkę i chciał wychodzić.
Wtem otwarły się drzwi chatki i wszedł człowiek, mogący mieć lat pięćdziesiąt w brudnem, poszarpanem odzieniu. Obok niego szła również nędznie odziana kobieta.
Zobaczywszy przestraszone ich widokiem dzieci, zawołał mężczyzna: — Nie bójcie się, nic wam nie zrobię... Ale co to za papier?
I wziąwszy do rąk list dzieci, przeczytał go śmiejąc się.
— No, no, niema czego się wstydzić, żeście zjedli coś z głodu i my także zabierzemy się do wieczerzy.
Mówiąc to, mężczyzna wyjął nóż składany z kieszeni i począł nim krajać chleb.
— Patrz! patrz, Maurycy! — zawołała Małgosia — twój nóż u tego pana!
— Jakto? skąd wiecie, że to wasz — odezwał się zdziwiony człowiek.
Wtedy Maurycy, poznawszy w gospodarzach chaty nieszczęsnych prowadzonych przez ułanów więźniów, opowiedział rzecz całą, za co podziękowano dzieciom serdecznie i postanowiono im dopomódz w wynalezieniu matki i w powrocie do Paryża.
Po zapakowaniu żywności, właściciele chatki, zabrawszy ze sobą dzieci wyruszyli w góry, aby skryć się przed ułanami, którzy napewno wróciliby tu, aby ich nanowo uwięzić.
Wszedłszy na szczyt góry, znaleźli szałas, zbudowany z gałęzi i drzewa, zajęli więc miejsca, a ułożywszy się do snu, spali długo i mocno i dopiero huk armat i granatów zbudził całą czwórkę i do wstania ją zmusił.
Przez sześć dni siedziano w niepokoju i trwodze o ukochaną ojczyznę, przez sześć dni najstraszliwsza kanonada rozbrzmiewała naokoło... Niejeden odłamek granatu zarył się w ziemię obok szałasu naszych znajomych, niejedna kula przeleciała nad nędznie skleconym szałasem, budząc trwogę w serduszkach dziecięcych.
Dzieciom dobrze było przy tych poczciwych ludziach i zadowolone byłyby zupełnie, gdyby nie straszliwa tęsknota za matką i niepewność co się z nią dzieje.
Po tygodniu siedzenia w szałasie, gdy mieszkańcy tego tymczasowego schronienia przywykli już do huku mitraliez i pękania granatów, naraz zrobiło się cicho...
Dzieci wysunęły główki przez otwory w szałasie, ich opiekunowie również wsłuchiwali się, czekając, że wkrótce zadrży znów ziemia od tententu jeźdźców i zahuczy w powietrzu od kul i kartaczy nieprzyjacielskich.
Ale było zupełnie cicho. Wyszli więc wraz z dziećmi przed szałas i stanąwszy u stóp gór wyniosłych spojrzeli w błękity niebios.
Ciche a potem coraz głośniejsze warczenie, jakby kołowrotka słychać było w powietrzu.
— Co to? co to być może? — szeptały zdumione dzieci.
Naraz z błękitnych obłoków wysunął się samolot i krążąc dość nizko nad górami warczał, rzucając białe jakieś płatki na ziemię.
Dzieci i ich opiekunowie powiewali ku powietrznym podróżnikom chusteczkami, poczem rzucili się aby złapać rzucane z samolotu kartki.
Z okrzykiem radości odczytali następujące słowa:
„Niemcy pobici: Niech żyje Francja!“
Nazajutrz rano, pozostawiono dzieci w szałasie i wyruszono zbadać okolice, czy możnaby odwieźć dzieci do Paryża, a i samym gdzieś bezpiecznie zamieszkać.
Dzieci pozostawione sobie, po paru godzinach oczekiwania na powrót swych opiekunów, postanowiły, gnane tęsknotą, puścić się same do Paryża, wiedząc, że po upadku Niemców nic już im grozić nie może.
Napisały więc do nich, żeby się nie bano, idą bowiem do swej ukochanej matki i są pełni nadziei, że nic im się złego nie stanie.
Trafiło się im spotkać francuzkich żandarmów, którzy zabrali Maurycego i Małgosię na konie, poczem usadowili w pociągu jadącym do Paryża i odjechali spokojni.
Podczas gdy mali podróżnicy zbliżali się już do Paryża, nieszczęśliwa matka poszukiwała ich wszędzie, bojąc się o nie straszliwie.
Wiedziała od Józefa, który znowu wrócił do służby, że zabłądziły gdzieś w lesie i że dlatego nie powracają tak długo.
Chcąc znów złączyć się z wrogiem i swem niecnem zająć się rzemiosłem, objawił chęć wyruszenia na poszukiwanie zaginionych.
Oczekiwał właśnie na papiery, któreby ułatwiły przebycie granicy i rozmyślał nad tem, w którąby się udać stronę, gdy naraz czujne ucho matki posłyszało głos ukochanych dzieci i w tejże chwili czworo rączek objęło szyję matczyną i całowało z radością najdroższą swoją mateczkę.
Józef, zobaczywszy co się dzieje, cofnął się niezadowolony, widząc, że plan jego tym razem upadł.
Maurycy patrzał zdziwiony na kryjącego się w drugim pokoju służącego i rzekł szeptem do matki: — Trzeba sprowadzić żandarma, gdyż Józef jest szpiegiem.
Sprowadzono i postawiono przy drzwiach, poczem przywołano Józefa.
Udał radość z widoku dzieci, lecz, gdy te opowiedziały mu, iż były świadkami jego stosunków z Niemcami, chciał uciekać.
Nie udało mu się tym razem. Ciężka dłoń żandarma przytrzymała go i uprowadziła z domu.
— Jakież to okropne! — mówiły dzieci — żyć pod jednym dachem ze szpiegiem, jak to dobrze, że go stąd zabierają.
— A co zrobią z nim mateczko? — zapytała litościwa Małgosia — czy powróci on jeszcze do kraju?
— O, nie, — odpowiedziała matka — szpiega los jest zwykle bardzo smutny, wieszają go, jako zdrajcę...
— Ach! zawołała Małgosia — a cóż stanie się z jego dziećmi?
— Dzieci jego będą żebrały — odezwał się Maurycy — niczego im nie pozostawił, nawet i dobrego imienia... A żebrać będą u tych, których ich ojciec zdradzał!..
Słuchając tej rozmowy, matka obojga zadumała się boleśnie.
Co będzie z tą pozostawioną bez opieki gromadką? Czy nie wstąpią na te same tory, co i ojciec, czy krwią swych rodaków nie poplamią rąk w przyszłości?...
Małgosia, czulsza od brata patrzała na matkę, jakby wyczuwając jej myśli, naraz odezwała się do niej:
— Mateńko, a czy nie możnaby niepozwolić na to, żeby te biedne dzieci żebrały?
— Dobre z ciebie dziecko, Małgosiu, nie zapominasz nigdy o ubogich i nigdy w serduszku swem nie nosisz zemsty...
Idź, Małgosiu i przyprowadź te sieroty... Nasza droga ojczyzna uratowana — uratujmy i te nieszczęsne, niewinne dzieci... Niech żyje Francja!

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.