Strona:Mali Robinsonowie.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

nym mieszkańców Paryżu, ta cicha wieś z prześliczną willą i ogrodami zdawała się być czemś czarodziejskiem.
To też z żalem opuszczały te cuda przyrody i smutne zabierały się do podróży.
Gdy zajechał powóz, a dzieci zajęły swe miejsca, oczekując na matkę, która żegnała się jeszcze ze znajomymi, naraz huk straszliwy rozdarł powietrze, kula armatnia padła na dach sąsiedniego domu, wślad za nią rozlegały się huki zdala wybuchających bomb i kartaczy.
Konie powozowe przerażone straszliwym hałasem rzuciły się w bok, pędząc jak oszalałe z dziećmi wyciągającemi ku matce swe ręce.
Józef siedzący na koźle zdawał się chcieć powstrzymać rozszalałe grozą rumaki, ale nie był w możności, a na błaga-