Strona:Mali Robinsonowie.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   19   —

Dzieciom dobrze było przy tych poczciwych ludziach i zadowolone byłyby zupełnie, gdyby nie straszliwa tęsknota za matką i niepewność co się z nią dzieje.
Po tygodniu siedzenia w szałasie, gdy mieszkańcy tego tymczasowego schronienia przywykli już do huku mitraliez i pękania granatów, naraz zrobiło się cicho...
Dzieci wysunęły główki przez otwory w szałasie, ich opiekunowie również wsłuchiwali się, czekając, że wkrótce zadrży znów ziemia od tententu jeźdźców i zahuczy w powietrzu od kul i kartaczy nieprzyjacielskich.
Ale było zupełnie cicho. Wyszli więc wraz z dziećmi przed szałas i stanąwszy u stóp gór wyniosłych spojrzeli w błękity niebios.
Ciche a potem coraz głośniejsze warczenie, jakby kołowrotka słychać było w powietrzu.