Strona:Mali Robinsonowie.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   8   —

swego miękkiego posłania i narazie pojąć nie mogły, dlaczego nie leżą na łóżeczku, w swoim dziecięcym pokoiku, gdzie im tak było zawsze dobrze i wygodnie.
Przypomniawszy o wszystkiem gorzkiemi zalały się łzami.
Ale Małgosia była dzielną dziewczynką. Widząc płaczącego brata, rzuciła mu się na szyję i wołać poczęła:
— Odwagi, braciszku, odwagi! Wstańmy, zjedzmy nasze zapasy i idźmy do mateńki...
Posiliwszy się trochę i orzeźwiwszy wodą źródlaną ruszyły dzieci w drogę, idąc najspieszniejszym, jak potrafiły, krokiem.
Stanąwszy przy drzewie na chwileczkę ujrzał Maurycy jadących konno żołnierzy. Narazie sądził, że to Francuzi, z przerażeniem jednak rozpoznał kaski,