Strona:Mali Robinsonowie.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   17   —

niu. Obok niego szła również nędznie odziana kobieta.
Zobaczywszy przestraszone ich widokiem dzieci, zawołał mężczyzna: — Nie bójcie się, nic wam nie zrobię... Ale co to za papier?
I wziąwszy do rąk list dzieci, przeczytał go śmiejąc się.
— No, no, niema czego się wstydzić, żeście zjedli coś z głodu i my także zabierzemy się do wieczerzy.
Mówiąc to, mężczyzna wyjął nóż składany z kieszeni i począł nim krajać chleb.
— Patrz! patrz, Maurycy! — zawołała Małgosia — twój nóż u tego pana!
— Jakto? skąd wiecie, że to wasz — odezwał się zdziwiony człowiek.
Wtedy Maurycy, poznawszy w gospodarzach chaty nieszczęsnych prowadzonych przez ułanów więźniów, opowiedział rzecz całą, za co podziękowano dzie-