Małżeństwo Maran

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Irzykowski
Tytuł Małżeństwo Maran
Podtytuł Rodzaj Programu
Pochodzenie Nowele
Wydawca Albin Staudacher, Jan Fiszer
Data wydania 1906
Drukarz W. L. Anczyc
Miejsce wyd. Stanisławów : Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MAŁŻEŃSTWO MARAN.

Przybył do tego miasta pociągiem pospiesznym o godzinie drugiej po południu i stanął w jednym z pierwszorzędnych hoteli. Ponieważ jednak w mieście miała się odbyć koronacya cesarska i mnóstwo uroczystości, pochodów, illuminacyi itp. z tej okazyi zapowiedziano, napływ przyjezdnych po hotelach był większy niż kiedykolwiek i lepsze, wygodniejsze pokoje były już zajęte. Musiał tedy poprzestać na pokoiku na drugiem piętrze w oficynach, co go zresztą niewiele obchodziło. Wszak przybył tu nie po to, aby z okien frontowych gapić się na przeciągające ulicami tłumy, lub obrzucać kwiatami dostojne osoby i wykrzykiwać na ich cześć nieszczere wiwaty. Powodem jego podróży był on sam, a raczej jego ciało. Zrezygnowawszy z wszelkich illuzyi życiowych stał się hipochondrykiem i postanowił czuwać bezustannie tylko nad prawidłowem funkcyonowaniem swojej machiny cielesnej. Zdawało mu się bowiem, że skoro mu już raz oddano tę machinę w opiekę, to obowiązkiem jego jest utrzymywać ją w porządku, jak zegarek. Tymczasem właśnie w ostatnich czasach coś się w tej machinie popsuło. Zbadał mianowicie skrupulatnie swój oddech i odkrył w nim pewne nieprawidłowości, które go zatrważały. Najął zrazu zdrowego, silnego jak dąb chłopaka i wsłuchując się w melodyę jego oddechu, studyował, na czem polega normalny sposób oddychania, a potem godzinami regulował ruchy własnej klatki piersiowej. To jednak nic nie pomagało, owszem wywoływało tylko silne napływy krwi do głowy, doprowadzające go niemal do utraty przytomności, oraz objawy formalnego duszenia się. W nocy czuł na piersiach jakby jakąś żelazną rękę, która go powoli przygniatała, nie pozwalając żebrom rozprężać się swobodnie. Wreszcie zdecydował się zasięgnąć porady lekarskiej i nie szczędząc kosztów, wybrał się do tego miasta z otuchą w sercu.
Pierwszem jego zajęciem było wypytać się o mieszkanie lekarza, któremu zaufać postanowił, i pospieszyć do niego. Ale lekarza nie było w domu, miał wrócić dopiero następnego dnia.
Chcąc więc, czy nie chcąc, znalazł się przybysz wobec perspektywy spędzenia reszty dnia bezczynnie w mieście, w którem był po raz pierwszy, wśród ludzi, których języka nawet niecałkiem rozumiał i którzy mu byli antypatyczni. Że jednak siedzenie w hotelu nudziłoby go jeszcze więcej, postanowił zwiedzić miasto i zaczął się błąkać po ulicach.
Ulice miały wygląd świąteczny i nienaturalny. Szkoda, że nie przyjechał w innej porze, aby poznać jak to miasto żyje w zwykłych warunkach. Bądź co bądź było w niem wiele pięknych rzeczy. Widział gmachy, ogrody, wystawy, urządzenia, o których nie miał pojęcia, cuda techniki, które mu imponowały, i tyle jeszcze innych wspaniałości, — i dla każdej z nich miał w duszy słowo łagodnego uznania. W gruncie rzeczy to wszystko zrazu muskało tylko jego umysł, gdyż przyzwyczaił się zjawiskom takim przeciwstawiać swój dawno ukuty frazes: że są one jest tylko bezpotrzebnem powiększaniem mianownika.
Mimo to duch jego znajdował się w stanie podniecenia. Ludzi zbierało się na ulicach coraz więcej i nastrój tłumu udzielał mu się także. Zaczął dążyć tam, gdzie oni, patrzyć tam, gdzie oni, ogarnęła go zresztą przeciętna ciekawość, na której zaspokojenie miał dosyć czasu.
Chorągwie powiewały z okien, drogocenne dywany zwieszały się z balkonów, gzymsy ubrane były choiną, a festony połączone girlandami kwiatów. Wszystko parło ku marmurowej bramie tryumfalnej, którą miał przejeżdżać cesarz, udając się na akt koronacyi. Kapele grały już hymn narodowy, a entuzyazm tłumów zbliżał się do punktu kulminacyjnego.
On sam stanął na kupie głazów, z której mógł widzieć wszystko. I cieszyło go to, co widział. Zdawało mu się, że tłumy oddychają w takt muzyki, i wogóle cały ten stek postaci, ruchów, barw, krzyków i dźwięków pojmował pod muzycznym kątem widzenia: jako symfonię złożoną z kakofonii.
Wreszcie zagrzmiały dzwony w mieście, wrzawa podniosła się ogromna, a pod bramą tryumfalną ukazał się monarcha, tworząc wraz ze swoją świtą na tle rozmodlonego uciechą tłumu lśniącą monstrancyę przepychu, od której aż kapało od złota, purpury i dyamentów. W zlaniu się zaś tego przepychu z entuzyazmem tłumów, wykrzykujących chrapliwie i nierówno ogłuszające: »niech żyje!« tkwił akt uroczysty obopólnej przysięgi na życie i śmierć — przyspieszone tętno oddechu ziemi.
On zaś doznał uczucia ogromnego osamotnienia. Był wobec czegoś, co go pytało: Ja jestem tem, a czem ty jesteś?... Człowiek bowiem żyje codziennie w zespoleniu z naturą, choćby na pozór był jej najbardziej obcym, ale są chwile, w których natura skupia się, budzi, wyodrębnia, idee obce nabierają wyraźnych kształtów i człowiek czuje się wyłączonym poza pierścień jakiegoś osobnego świata. Wielkie wypadki i wielkie przedmioty zawsze izolują.
I jak zawsze w takich razach przyszła mu na myśl ta, z którą niegdyś chciał powstrzymać ten napór spadającego nań obcego świata. Przypadła nań chwila tak potwornej tęsknoty, że prawie w piersi słyszał bulgotanie łez. Aby się poskromić, nadał twarzy fałdy obojętne, zmrużywszy pełne dziwnego ciepła oczy. Stanął raptownie nad brzegiem otulonego dotychczas w mgły morza bólu i uczuł, że brak mu tylko chęci, odwagi i sił, aby głębię tego morza zmierzyć, te wszystkie łzy wypłakać i dać się porwać wirom beznadziejnej rozpaczy. Cofnął się przed swym bólem jak tchórz, zadrżało mu tylko cicho obojętne już serce. Wciąż jednak myślał o niej. Przypominał sobie sytuacye z nią przebyte i czuł, że nowe oczy dorastają mu w mózgu. A szczególnie jedna z tych sytuacyi tańczyła mu przed pamięcią.
Był to spacer na drodze wiejskiej. Ona szła naprzód z kim innym, a on o kilka kroków za nimi szedł razem z pewnym poczciwym chłopcem. Księżyc był w pełni i jasno oświetlał równinę. On idąc w tyle rzucał pierwszej parze bezsilne przycinki i zachęcał złośliwie swego towarzysza, aby we dwójkę deptali po jej cieniu. A przecież w tej samej chwili patrzył wtedy na las czerniejący w oddali, na biały księżyc, unoszący się bez nieba nad lasem, i domyślał się w tej ciemni istnienia wolnych, oblanych jasnemi strugami światła polanek, w otoczeniu filarów drzew, niby meczetów modlącego się spokoju.
Już oddawna wszedł w tłum i z oczyma nieruchomo w dal wpatrzonemi snuł się bezwładnie, popychany to w tę, to w ową stronę przez ludzi, jak szczątek rozbitego statku miotany falami. I było mu dobrze z tą bezwładnością, tak że niemal żałował, gdy ludzie zaczęli się rozchodzić, dążąc w inną stronę do innego widowiska.
Co też się z nią teraz dzieje?... — to pytanie wymykało mu się z duszy siłą konsekwencyi. Defilowały przed jego umysłem wszystkie możliwości jej osoby dotyczące, kombinowały się same i znosiły wzajemnie. Przypomniał sobie, że gdzieś słyszał, że ona weszła w stosunki z kim innym; jakiego to rodzaju były stosunki i z kim, tego nie starał się dowiedzieć, unikał nawet osób, u których mógłby w tym kierunku zasięgnąć informacyi. O głupi! czy nie lepiej ci było pójść do niej, związać jej ręce, zakneblować usta, cisnąć jej w oczy całą kaskadę zwierzeń, wyrzutów i omamień, rozkazać jej kochać siebie i zatrzymać przy sobie na pamiątkę po tej, którą nie była.
Przyspieszył kroku i uczuł napływającą w siebie siłę woli. Własny oddech wydał mu się naraz równym i melodyjnym, w okolicy podniebienia czuł miły chłód i chuchając sobie na rękę, chwytał nozdrzami swoje powietrze, mówiąc, że ono wonieje jak ambra. Dotykał muskułów u swoich rąk i wydały mu się prężnymi jak cięciwy, a zarazem czuł dalekie wibracye zachcianek, które się już dawno u niego nie odzywały.
Wstąpił do restauracyi, zjadł sutą mięsną kolacyę i wypił parę lampek wina. Byłby sobie zapalił cygaro, gdyby się nie obawiał o piersi. Przy płaceniu uszczypnął kasyerkę w policzek, a gdy się dąsała, uszczypnął ją w drugi policzek. Wychodząc, nadeptał jakiemuś pudlowi na ogon, a wsłuchując się w przerywany skowyt psa, uraczył się sporą porcyą własnego śmiechu.
Wrócił do hotelu w dobrym humorze i wszedł do swego pokoju. Zapalił świecę i rozejrzał się dookoła. Pokój był długi, prostokątny, z wysoką powałą. Umeblowanie wykwintne, piec kaflowy, a w jednej ścianie tkwiło duże lustro. Łóżko było zasłane czyściutką pościelą.
Zanim się spać położył, spacerował długo po pokoju. W głowie pląsały mu myśli, które do niedawna uwiązane na sznurku, teraz skądsiś się wzięły, swawoliły, witały się wzajemnie: I ty tu? A, i ty tu? Plany wspólnego pożycia z nią odnawiały się i wabiły go znowu, tworząc tarczę z różnokolorowych pierścieni na około jednego zacienionego punktu. On zaś wiedział, czem jest ten zacieniony punkt i uśmiechał się do niego.
Siadł do stolika i w szufladzie znalazł czystą ćwiartkę papieru. Wyrysował na niej inicyały imienia swego i jej, splątane z sobą misternie. Znak ten otoczył prostokątem i fantazując dalej ołówkiem, zrobił z tego szyld, do szyldu zaś dorysował domek ze strzechą, dwoma oknami i kurzącym się kominem. Drzwi dać zapomniał, lecz tak jest lepiej — pomyślał sobie — będziemy wyłazili przez komin. Naturalnie obok domu ogródek, kwiaty, motylki. Rośliny całkiem egzotyczne, nito cyprys, nito kukurudza.
Tak zabawiał sam siebie swoją romantycznością, a potem przytknął zarysowany papier do świecy i spalił. Uśmiechnął się i podczas rozbierania się dbał o to, żeby mu ten uśmiech pozostał na twarzy, po prostu drapował się własnym śmiechem. Wreszcie położył się do łóżka, zgasił świecę, a że był nieco z podróży zmęczony, zasnął niebawem.
Spał kilka godzin snem twardym, wtem ze spoczynku wyrwał go jakiś szelest podobny do szeptu. Jeszcze przed obudzeniem się zdawało mu się, że ten szelest należy do snu, a gdy się budził, szelest jakby się wysuwał z niego samego, wydostawał na piersi i oddalał w pewne stałe miejsce. Lecz była to może tylko złuda akustyczna? Szelest lub — tak jest, szept był blizko niego, po lewej ręce, za ścianą.
Tam, w drugim pokoju, rozmawiano przyciszonym głosem.
Wiedziony ciekawością przytknął ucho do ściany i nadsłuchiwał. Rozróżnił wyraźnie dwa głosy: męski i kobiecy. Słów nie słyszał dokładnie, ale z tonu rozmowy mógł łatwo wywnioskować, o co chodzi. Mężczyzna prosił i zaklinał, a kobieta niby się opierała. On roztaczał przed nią jakieś górnolotne widoki, a ona słuchała z namaszczeniem i w głosie jej znać już było powolne uleganie. Rozmowa prowadzona zrazu namiętnie, wkraczała w fazę urywanych i niedomówionych zdań: widocznie jakieś mistyczności wchodziły już w grę, a rozkochanie sięgało szczytu. Nadsłuchujący wyobrażał sobie, że kobieta zapewne siedzi na krześle na środku pokoju, on klęczy u nóg, opiera głowę na jej kolanach, oboje zaś patrzą w niebo, t. j. w sufit, a lampa jest trochę przykręcona.
Naraz drgnął. Zdawało mu się, że poznaje głos kobiecy — tak, to był niewątpliwie głos »jej«!
Zerwał się i usiadł na łóżku. Krew mu napłynęła tak gwałtownie do serca, że przestał nadsłuchiwać, zaniepokojony swoim stanem fizycznym. Położył dłoń na lewą pierś i czekał, póki skurczenia muskułu sercowego znów nie stały się prawidłowemi. Potem rozmyślał, jakim sposobem ona się tu znaleźć mogła i kto mógł być tym mężczyzną. Rozmyślania te nie dały żadnego rezultatu.
Głosy odzywały się znowu.
Opadł na łóżko i zamknął oczy, pewny, że w ten sposób lepiej wszystko usłyszy. Zachowywał pozycyę nieruchomą, palce u rąk rozprzestrzenił, aby uniknąć mimowolnego zaciskania pięści, usta otworzył, aby zębami nie zgrzytać, i słuchał. A słuch jego zaostrzał się z każdą chwilą.
Tych dwoje tam zachowywało się bardzo dziwnie. Brali oni z sobą rodzaj ślubu. Mianowicie napisali sobie na kartkach takie dwie roty przysięgi, jakiej jedno od drugiego wymagało, a strona druga miała ten dokument przeczytać i podpisać. Pisanie zaś odbywało się w sposób dyabelski, gdyż jako atramentu używali własnej krwi. Wreszcie włożono oba dokumenty do jednej koperty, zaadresowano ją: »Wielmożny Pan Bóg w niebie« — a potem dał się słyszeć leciutki trzask otwieranych drzwiczek od pieca. Oboje podpalają list na dwóch rogach. Nastaje chwila ciszy. Zapewne patrzą w zadumie na płomień, jak wzrasta, bucha, gaśnie, zostawia popiół. Wtedy się całują.
Nadsłuchujący jegomość znowu powstał. Zastanowiło go to, że jest tak spokojnym, bez cienia zazdrości. Jakby się rozkoszował tamtem szczęściem. Spostrzegł nawet, że cmoka równocześnie ze swoim rywalem.
Tymczasem tam wewnątrz było wesoło. Śmiano się, całowano i pieszczono, widocznie jednak było to tylko preludyum.
Nagłym ruchem zrzucił z siebie kołdrę, zapalił świecę i usiadł na łóżku, stawiając bose stopy na ziemi. Był tylko w koszuli i kalesonach, więc zimno nim owiało tak, że zaczął szczękać zębami, a włosy zjeżyły mu się na głowie. Chciał krzyczeć lub uciekać, lecz coś wstrzymywało go, aby doczekał końca.
I słuchał tego, co się działo dalej, i nie mógł już dłużej zapanować nad swoimi ruchami. Szczęk zębów zamienił się we wściekły zgrzyt, który go upajał. Gęba jego musiała być przekrzywiona straszliwie. Z zupełną świadomością swoich czynów zaczął sobie targać włosy. Ścisnął pięści i kułakami bił się po czole nad oczyma, słuchając w mózgu echa tych uderzeń. W oczach czuł ból nieznośny od wstrzymywanych łez, a nozdrza, górna warga, oraz okolica pępka drgały mu tak, że znowu zgrzytać zębami musiał.
Wtem naprzeciw siebie przy świetle świecy ujrzał lustro. Lustro to było duże, prostopadłe i dotykało podłogi. Widział w niem całą swoją postać siedzącą na łóżku, ujrzał swój wzrok obłąkany, rozczochrane włosy, rozerwaną na piersiach koszulę, wypieki na twarzy — i uczuł nad sobą głęboką litość.
Łóżko, na którem oboje się kładli, było tuż za ścianą. Tak blizko, że słyszał każde słowo, szept, ruch, szelest zrzucanych sukni i żarty. Każdy głośniejszy pocałunek ranił go w serce, w którem doznawał jakby uszczypnięcia rozpalonemi obcęgami. Syczał z bolu i znowu zaczął się bić pięściami po głowie i po piersiach, aby ten ból zlokalizować.
Już patrzenie w lustro nie dawało mu żadnego uspokojenia, owszem doprowadzało go do coraz większego szału. Wyskoczył na ziemię i wił się, kąsając zębami dłonie i łokcie. Bił czołem o ziemię, a chwilami znowu nieruchomo spozierał na obraz jakiegoś nędzarza odbity w lustrze.
Tymczasem działy się rzeczy, z których śmiał się coraz bardziej. Śmiał się aż do kaszlu. Wkładał palce w płomień świecy i cofał je potem sparzone. Coraz bardziej zatracał poczucie własnej odrębności i wmyślał się w sytuacyę tych tam, współdziałając niejako z nimi. Zamieniał się cały w zwierzę. Oddech jego stawał się tak samo krótkim jak u nich — ciało było spętane polipem wyimaginowanego spółkowania.
Starał się zachowywać całkiem biernie, lecz nie mógł temu przeszkodzić, że jego wyobraźnia stawała się terenem szczegółów miłości, najsubtelniejszych, najmilszych szczegółów, które za wyobraźnią powtarzały rozszalałe nerwy.

Wspinał się na wysoką, wysoką górę, zarosłą dziwnymi kwiatami, wspinał się tam, gdzie u szczytu widział z początku nieco przyćmioną, lecz potem coraz bardziej rozjaśniającą się gwiazdę rozkoszy — — — Aż stoczył się w przepaść — — — — — — — — — — — — —
Cha! Cha! Taką więc była utajona kwintesencya czułych wspomnień miłosnych! Takim był odwieczny hieroglif tej siły, w której sieciach znalazł się dzisiaj!
Usłyszał miarowy chód zegara ściennego. Niezmordowanie Czas stąpał po Ciszy...
Nastała dlań chwila takiego spokoju ducha, tak rozpaczliwego upojenia poczuciem własnej zwierzęcości, takiego wyrwania się poza obręb wszystkiego, co ludzkie, że zdawało mu się, iż czuje jak ziemia, na której to jego łóżko stało, robi mil tysiące i jest coraz bliższa wbiegnięcia w Nieznane.
Później dźwignął się, czując jakiś ból w karku. Na swojem ciele i w całym pokoju czuł płciową woń, niemiłą i drażniącą zarazem. Otworzył tedy gwałtownie okno i wietrzył pokój pomimo okropnego zimna, które nim wstrząsało. Płomień świecy wahał się pod podmuchem wiatru. On jednak przechylił się i wyjrzał.
Od obu stron okna, tuż blizko, wyskakiwały równoległe ściany, otaczając sobą ciemne podwórze. Był to graniastosłup czarności. Podniósł głowę w górę i ujrzał nad sobą jeszcze parę piątr, jego okno znajdowało się tedy w samym środku owego głębokiego graniastosłupa.
W oddali, poprzez mur przeciwległy, widział łunę mnóstwa świateł. Była to illuminacya. Uzmysławiał sobie szmer życia wrącego naokoło tych świateł tak długo, aż mu się wydało, że ten szmer dolatuje aż do niego. Gwiazdy iskrzyły się na niebie, a było ich tyle i zeskakiwały tak nisko, że trudno mu było oznaczyć granicę między obiema illuminacyami spółkującemi ze sobą.
Dławiąc tym widokiem swoje oczy, stał przy oknie z gołą piersią, kaszlącą gębą, oczyma powleczonemi mgłą starczą, stał i wylizywał łzy spadające mu na rękę.
Wreszcie skwapliwie zamknął okno, odszedł odeń i przytuliwszy ucho do ściany, usłyszał — nic!
Dowlókłszy się do dzwonka, zadzwonił. A gdy kelner wszedł i zapytał głośno, czego gość sobie życzy, on położył palec na usta i szepnął: pst!
A potem po cichu, jak żeby nie zbudzić nikogo, zapytał:
— Kto zajmuje sąsiedni numer?
— Który?
— Ten.
— Małżeństwo Maran.
Pytający uśmiechnął się i machnął ręką. Dla niego było przecież aż nadto widocznem, że ci państwo podróżują incognito, aby on ich nie poznał.
Ręce mu drżały, lecz kazał służącemu, by go ubrał zupełnie, uczesał, a podczas tej całej czynności dziwił się, że mu ciało tak zesztywniało. Musiał się oprzeć na lasce, którą mu przyniesiono, a służący sprowadził go po schodach.
Nie wiedział całkiem, gdzie ma się udać, ale to czuł, że pod tym dachem przebywać już nie może.
Na dole przed hotelem stały doróżki. Jeden z doróżkarzy zaprosił go do karetki, grzecznie sam go podprowadził i usadowił na poduszkach. Lecz gdy zapytał swego pasażera, dokąd go ma zawieźć, za całą odpowiedź otrzymał bezmyślny uśmiech, który wytłómaczył sobie po swojemu, — mrugnął parę razy oczyma tajemniczo, zatrzasnął drzwiczki, siadł na kozioł, zaciął konie i pojechał.
Mnóstwo innych doróżek jechało w tę samą stronę, tak że utworzyła się z nich jedna kawalkata, przecinana na pewnych punktach ulic podobnemi kawalkatami, zdążającemi w inną stronę, a to wszystko w ruchliwej i przesadnej fantazyi chorego przedstawiało się jako sieć ruchoma, zamotana na grupach domów miasta. Maligna trwała dalej, wywołując nowe widma. Światełko po światełku opuszczało na chwilę łańcuchy illuminacyi i zaglądało doń przez szyby karety. A potem i główki kobiece, dążące w przeciwną stronę, przytulały się do pary na szybach okna, a każda z nich miała twarz pani Maran. Wreszcie ktoś usiadł naprzeciwko niego, pochylił go w tył i położył mu ciężką rękę na piersiach.
A to pani, pani Maran... dobrze... tak mi przyjemnie... jestem trochę chory... ale to przejdzie... dlaczego pani rozwiera swoje palce na moich piersiach... precz... luba, słodka pani Maran... do licha jestem zanadto grzeczny... jestem przecież panem Maran, a ty jesteś panią Maran... szmato jakaś... mam prawo... podnieś nogę i połóż na mojem kolanie... tak rozkazuję... oh, nie ciśnij... duszę się...
Doróżka zatrzymała się. Nad mężczyzną duszącym się w gorączce astmatycznej pochyliły się rozbawione, rozdrażnione, rozpustne twarze kobiece, a nasmarowane karminem usteczka szeptały:
— A to się urżnął!...
On zaś upatrzył sobie jedne wielkie usta i pragnienie pocałunku skojarzyło się w jego umyśle z nadzieją, że te usta wetchną w jego płuca nowy, wielki zasób świeżego powietrza. Nie mógł się dźwignąć, wyciągnął tylko ręce, zwinął wargi w dzióbek, cmokając śmiesznie, poderwał się wreszcie, westchnął i upadł bez przytomności w ramiona kobiet bezczelnych w jednym z najbardziej szalonych lupanarów tego miasta.

Pisane w styczniu 1897.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Irzykowski.