Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

Marcowa zadymka szalała nad borem i okolicą.
Upadające państwa i strąceni władcy mają w ostatnich chwilach swej egzystencji takie szały dzikie, takie orgje i wybuchy wściekłości, jak zima, gdy ją wstrząsa na jej tronie wspaniałym słońce rosnące, prąd na pozór łagodnego wiatru, który, niby pieszczotą, burzy jej gmachy i potęgę.
Zrywa się władczyni i wyje i huczy, nocami mrozem ściska, a pobita o południu, szaleje zadymką, miota śniegiem, przejmuje lodowatym wichrem.
W taki dzień ponury i wyjący, pod wiatr, co z nóg walił, pod tumany mokrych, wielkich płatków śniegu, drogą od Sarnowa, przez bór, do Rahoźnej, z torbą przez plecy, a kijem w ręku, szedł człowiek samotny.
Szedł wytrwale, borykając się z burzą, co go gwałtem chciała zawrócić, zapadając czasem głęboko w rozmiękłych już zaspach.
U krzyża, wśród brzóz płaczących, przystanął chwilę, czoło z potu otarł, rozejrzał się i ruszył znowu.
Pochylony naprzód, jak żóraw, przewodnik stada, piersią rozbijał huragan i szedł wielkim krokiem.
Niebo było szare, zbałwanione chmurami, na ziemię mrok schodził. Człowiek podwajał kroku.
W straży, na skraju boru, wśród wiecznie zielonych jodeł, zapalono już światło, gdy, jak cień, czarniejszy od nocy zimowej, on ją mijał.
Zatrzyma się znowu. O płotek przydrożny się oparł i sekundę patrzał w te okna, czerwone od wewnętrznego płomienia. Może wstąpić tam chciał i spocząć, może tylko zobaczyć, żali w tych czarnych ścianach duchów znajomych nie spotka? Poszedł jednak dalej po chwili, sam, jak duch cichy i fantastyczny.
Raz jeszcze przystanął na moście nad rzeczką, jeszcze lodem skutą i tylko gdzieniegdzie przebłyskującą już brudno-burą łachą wezbranej wody.
Z pod szerokich kresów wytartego filcowego kapelusza, oczy wędrowca półkolem obeszły pusty krajobraz, zatrzymały się dłużej na zaroślach pod borem, jakby coś nowego tam dostrzegły.
Może wtedy, gdy tu był, nie stał tam jeszcze wysoki, samotny krzyż z szarego kamienia, ogrodzony żelazną poręczą, ozdobiony zeschłemi wieńcami, które wiatr szarpał i rozdzierał, posępnie chichocąc.
I znowu przez sekundę zdało się z ruchu wędrowca, że zboczy w to ustronie i poszuka napisu, czy znaku jakiego na tym kamieniu, ale wnet się zwrócił i poszedł dalej swą drogą ku miasteczku.
Topole w dworskiej wysadzie, jeszcze sztywniejsze w swej zimowej martwocie, chyliły się tu i tam w wichrze, jakby szeptały sobie jakie tajemnice. U ich stóp samotny człowiek szedł coraz wolniej, aż do drzwi pałacu, i rozejrzał się po ciemnych oknach i pustych dziedzińcach.
Dwór, niegdyś tak żywy i ruchliwy, jak zaklęty stał i wymarły.
Wędrowiec minął główne wejście, otworzył cicho drzwi w skrzydle i stanął w pokoju dość dużym i mrocznym, oświetlonym jedną tylko lampą na stole, zarzuconym skrajaną bielizną i książkami.
Na skrzyp drzwi, w dalszych pokojach ktoś się poruszył i zbliżył.
— Kto tam? — rozległ się głos panny Kazimiery.
Stanęła w progu.
Mało się zmieniła przez te długie lata. Miała tę samą gęstwinę złotych włosów nad białem czołem, te same jasne, przejrzyste, jak woda, oczy, ten sam wyraz tęsknej zadumy i łagodnego spokoju w rysach. Tylko niegdyś żałoby nie nosiła i może właśnie od tych szat czarnych wydawała się jeszcze drobniejszą i bielszą, eteryczną prawie, jak widziadło nieziemskie, a złote jej włosy nad bladą twarzą wyglądały prawie jak obręcz, którą wyobraźnia chrześcijan kładzie nad głową wybranych.
Spojrzała na gościa i nie poznała go.
— Kto wy? — powtórzyła.
— To ja, Rafał Radwan! — odparł schrypniętym głosem.
Zachwiała się i zadrżała. Oczy jej zabłysły, poszukały za nim kogoś i zgasły nagle.
— Pan sam? — szepnęła bezdźwięcznie.
— Sam! — potwierdził ponuro i głucho.
Umilkli. On, zmęczony długą, zapewne pieszą wędrówką, o ścianę się oparł i posępnie patrzał w światło lampy; ona oparła się o stół i oburącz zakryła twarz kredowo-białą, zmienioną spazmem bólu.
— Dawno umarł? — spytała wreszcie.
— Przed pół rokiem. Żółta febra go zżarła i natura własna. Widocznie są ludzie, co jak rośliny, nie znoszą przesadzenia. Takim on był. Nie widziałem, jak zmarł, ale mi jeszcze przedtem polecił przy sposobności tutaj wrócić, gdy go nie stanie. Więc przyszedłem, późno, bo droga daleka, a jam jej odbyć zrazu nie zamierzał. Co zostało po nim, odnoszę wam. Tak chciał.
Postąpił kroków parę i jął rozpinać kożuszek swój przemokły. Światło lampy padło na niego w pełni teraz i oświetliło wypukłe, głębokie, ostre linje, które mu te lat dziesięć pokreśliły na twarzy i czole. Rylec czasu, namiętności walk i cierpień rzeźbił je twardo: ani jednego rysu nie naznaczyło szczęście i spokój. Taki sam był, jeszcze piękny, a dzikszy!
Na stół wyrzucił z zanadrza woreczek z pieniędzmi, wytartą książkę, zblakłą fotografję, papierów garść pożółkłych i drobny przedmiot, w szmatę siwego płótna owinięty, a podsuwając je ku niej, mówił urywczo:
— Winien był pięćset rubli, resztę odliczcie i mnie oddajcie; kamień na grobie swego ojca chciał położyć; ja to zrobię za niego. Dług zwróćcie panu Rahozie.
— Ojciec mój od roku nie żyje! — szepnęła. — Pisałam do niego o tem. Nie otrzymał listu zapewne.
— Nie. I wicherby nas nie zgonił, tem mniej list. Oto pieniądze, różną monetą zebrane po świecie, a ot wasza książka i portrecik i krzyżyk wojskowy, w Algierze zdobyty, nie wiem ilu ranami, i papiery jego służbowe. Zabierzcie wszystko, ja już dopełniłem swego.
Drżące dłonie Kazi zebrały spuściznę. Były to relikwje złamanego życia, starganego szczęścia, prześnionej młodości. Czara się rozprysła, jak wszystko, co cienkie i wątłe. Na ziemi został grób daleki, którego jej oczy nie ujrzą nigdy, i ta odrobina pamiątek żałosnych; a tam, za ziemią, czekało wynagrodzenie...
Rafał odstąpił od stołu i mówił dalej:
— Małpiątko miał, Kate, i lubił je bardzo. Wziąłem i ją, idąc do was, ale mi nie dotrzymała towarzystwa. Daleka droga, a to kaszlące było i zbiedzone wędrówką w zimę. W zanadrzu ją chowałem i grzałem, jak mogłem. Aż mi zastygła wreszcie pewnego wieczora... Nie doniosłem!
Panna Kazimiera wyciągnęła do niego obie dłonie.
— Dziękuję panu za wszystko. Za opiekę nad nim i za przyjaźń i za dobrą pamięć. Bóg tak chciał.
Zdławiły ją łzy i urwała w pół słowa.
Spojrzał na nią z pod brwi i po chwili wahania ozwał się niepewnym głosem:
— Nie dziw, żeście go kochali. Kochali go też tacy po was, co w nic i w nikogo nie wierzą, a jabym wolał dżumę wam przynieść, niż tę wiadomość, i sam zginąć, niż jego zwłoki zobaczyć...
Odzież swą przemokłą zacisnął na piersi i po kapelusz sięgnął, który był wraz z laską u progu zostawił.
— Zabawię w miasteczku czas jakiś, zanim ten kamień na grobie nie stanie. Bywajcie zdrowi!
— Ale mnie pan odwiedzi jeszcze — zawołała prosząco. — Sama zostałam sierota. Brat zginął, nieszczęsny szaleniec, z własnej ręki, ojciec za nim poszedł! Teraz ten dom nasz, jak puste gniazdo na jesieni, ruina, pajęczyną zasnuta, i tylko stara babka, przeżywszy tamtych, gaśnie, jak kaganek, i ja z nią! Wstąp pan, proszę, i zostań długo.
Znowu się zawahał, ale spojrzał na nią i skłonił głową.
— Przyjdę! — odparł krótko.
Gdy to wymawiał, drzwi za nim rozwarły się żywo. Usunął się na bok i obojętnie spojrzał na nowego gościa. Kobieta to była, ośnieżona, bardzo szczupła i wysoka, otulona od stóp do głowy w płaszcz nieprzemakalny.
Nie zwróciła uwagi na obcego, co się do ściany przed nią uchylił, i zagadnęła prędko pannę Kazimierę:
— Jakże chora?
— Bez zmiany. Ale czyż się godziło w taką niepogodę i noc trudzić się pieszo! Posłałabym po ciebie konie w razie nagłej potrzeby.
— Mniejsza o niepogodę. Wyznam ci, że nietyle mi szło o chorą, co o ciebie. Uśpiłam swoją matkę i ruszyłam w odwiedziny. Poczytamy i pogwarzymy godzin parę.
Rafał w twarz mówiącej oczy wlepił, jakby ich oderwać nie mógł wcale.
Zrzuciła płaszcz i kaptur i stała w całym wdzięku młodzieńczych kształtów, profilem do niego zwrócona.
Gęstwina hebanowych włosów otaczała jej bladą, drobną twarz, osłaniała wysokie, gładkie czoło.
Włosy te, obfite i niesforne, przypominały mu bardzo dawne lata i stosunki.
Lica miała blade i trochę śniadawe, o złotawym odcieniu dzieci południa, oświetlone parą oczu, jak gwiazdy świecących, jak noc czarnych, o bardzo bystrem i stanowczem spojrzeniu.
Zdawało mu się, że i oczy te nie były mu obce zupełnie, ale gdzie je widział i dlaczego zapamiętał wśród tysiąca innych, nie pojmował.
Poruszył się wreszcie, ale na ten ruch i spojrzenie Kazi, nowoprzybyła obejrzała się szybko.
— Przepraszam! — rzekła. — Byłaś zajęta. Przerwałam ci. Kończ, proszę, interes, a ja tymczasem baronową obejrzę i wrócę.
Spojrzała na milczącego mężczyznę i zatrzymała się. Uczucie, które, jak iskrą, przebiegło jej rysy, był to przestrach; zwróciła oczy na Kazię.
Właścicielka Rahoźnej uśmiechnęła się blado i, odpowiadając na to spojrzenie, rzekła cicho:
— To pan Radwan! Przyniósł mi pożegnanie Adama i te po nim pamiątki. Wszystko już skończone.
— Umarł? — szepnęła głucho, patrząc na Rafała.
Skinął potwierdzająco głową i znowu ją objął wzrokiem, zdziwiony, że twarz tę gdzieś, kiedyś widział i zapamiętał.
Jakby zrozumiała to pytanie i podziw.
— Pan mnie nie poznał? — rzekła.
— Nie! — odparł spokojnie.
— Nie dziw, tyle lat! Ja jednak poznałam pana.
— Może być. Nietyle wrażeń i twarzy przeszło przez wasze życie, ile przez moje — rzekł, biorąc za kapelusz.
— I nie dlatego, sądzę; ale pan był dla mnie zjawiskiem wybitnem, ja dla pana cieniem tylko. Może pan tego nie pamięta, że przed laty dziesięciu mieszkał z panem Rahozą u wdowy Brzezowej i uczył jej córkę?
— Owszem, pamiętam. Cóż z tego?
— No, więc to ja jestem.
— Kto?
— Leonja Brzezówna.
— Pani!
Nieruchoma i zimna jego twarz pokryła się niebywałym wyrazem zajęcia i żywości. Jeszcze raz objął wzrokiem jej toczone kształty, delikatne rysy, bladoróżowe usta i oczy przepyszne i głową potrząsnął.
— Nie zmieniła się pani, ale przeistoczyła. Poznać nie mogłem, bom takiej nie znał.
— Rada jestem z tego spotkania. Pan za to ani przeistoczony, ani zmieniony. Ten sam, mój dawny mistrz!
Uśmiechnęła się trochę z przymusem i, zwracając się do Kazi, zmieniła zupełnie ton i wyraz.
— A więc prawdą był twój sen, czy marzenie, przed pół rokiem... pamiętasz? Mój pozytywizm się oburzał na opowieść. Radziłam ci laurowe krople. Lecz jednak ustroje nerwowe snadź widzą naprawdę szczególne rzeczy.
— Bóg nam zsyła pociechę w tem i pokrzepienie. Widuję go często! — szepnęła panna Kazimiera.
Rafał spojrzał na nią uważnie i ramiona wzniósł.
— Nie ustrój nerwowy to czyni, ale chorobliwe rozwinięcie abstrakcji i ekstazy. W ostatnich czasach i on widzeniom podlegał; absorbowany jedną myślą, opowiadał mi czasem, co się tu dzieje, i widywałem w noce jasne, gdy leżał zapatrzony w przestrzeń pustą, że się do pani odzywał, czasem pytał, to znów odpowiadał. — „Zdrowa panna Kazimiera?“ — spytałem raz półgłosem, by go nie zbudzić. — „Nie skarży się, ale cień z niej został! Widzisz te cienie fioletowe pod oczyma! Ona się kryje, ale ja wiem, że je podkreśliły łzy i bezsenność! Prędko już oboje płakać przestaniemy, a radości nie będzie końca!“ — Ostatnie słowa już nie do mnie mówił, ale do pani, którą wciąż widział przed sobą. Człowiek ten ostatnie lat dziesięć w malignie żył. Nadzwyczajne to, ale tak było. Myśl, co go opanowała, była zmorą i rozpaczą, a jednak znajdował rozkosz w niej i, zamiast zapomnieć i wyrwać się z pod jej opętania, trwał i w cierpieniach miał swe szczęście. Nie pojmowałem, ale zrozumiałem wreszcie przez przykład.
— To dowód, że pan mało badał ludzi; — ozwała się Leonka. — Podobnych panu Adamowi jest wielu na świecie, a między północnemi ludami szczególnie. Marzyciele, idealiści! Pół-anieli!
— Marzyciel mrzonkę sobie wytwarza; idealista, acz nieudolnie, dąży do swego ideału. Adam ani jednym nie był, ani drugim. Prototypu jego nie znajdzie pani pod zimnem niebem północy, ani wśród codziennych warunków. Pójść do niego trzeba do starych Indyj, do kolebki wszelkich religij, pierwowzoru wszelkich urządzeń, zwyczajów, nawet uczuć. Jam był tam i pojąłem wiele rzeczy, które świat nowy nazywa zagadką, anomalją lub wyjątkiem. Tam są to rzeczy powszednie, utrwalone wiekami. Tam, gdy bóstwem co uznają, umieją mu służyć i wierzyć. Indywidualizm niknie, zamiera; czucie tępieje, wrażenia streszczają się w jedno: w tego Boga. Wówczas człowiek nie ma już nerwów drgających, krwi gorącej, samolubnej, rozsądku i chęci własnych; zatraca nawet ten instynkt zachowawczy, mimowolne prawie cofanie się przed bólem. Nie jest już czemś samoistnem; jest łupiną wątłą, w której zolbrzymiałe w potwór pojęcie bóstwa się rozpiera, rozsadza go, tratuje i dusi wszelkie czucie. Jest to nirwana, obleczona w postać dla oczu dostępną.
Umilkł. Zmarszczone jego brwi rozsunęły się i twarz wypogodziła, jakby obraz, który mu stanął przed oczyma, był zdolen pokryć nawet jego ponure myśli.
— Był ranek jeszcze rzeźwy, skwarem nie spalony. Nad świętą rzeką gaj figowców zstępował do nurtów, a jego brzegiem gościniec szedł. Wracaliśmy uznojeni kilkudniowym dalekim marszem z zapadłych dżungli, dokąd nas oficerowie zagnali byli dla obławy na tygrysy; ale ranek ten stał za najlepszy wypoczynek, a cień figowców za dobroczynną siestę. Jak zwykle, szliśmy z Adamem obok siebie, ale, zamiast broni, nieśliśmy zwłoki szeregowca, zabitego przez grzechotnika, i skórę zabitego zabójcy zarazem. Nagle stanęliśmy i wszyscy się zatrzymali. Pod figowcem stała chata, a raczej szałas z gałęzi, a w otworze coś siedziało. Adam lękał się wszelkiej brzydoty i oczy odwrócił; ja podszedłem. Siedział tam, a raczej klęczał na skorupach glinianych fakir pustelnik, ot taka łupina, prawie bez ciała i człowieczych form, pełna nirwany. Ramiona miał przed siebie wyciągnięte, w najniewygodniejszej pozycji, ręce zwinięte w pięści, w oczach jakiś błędny tuman. Był to szkielet w worku ze skóry, pokryty gęstwiną siwych, olbrzymich włosów. Przybliżyłem się, spojrzałem. Nie wierzyłem oczom, dotknąłem więc ręką. Paznokcie jego przeszły skórę, mięśnie i sterczały z wierzchu dłoni; skorupy gliniane wjadły się w kolana i łydki i sterczały przez nie; w ramionach od niewygodnej pozycji potworzyły się skrzywienia i kalectwa; a on się uśmiechał, zapatrzony wzrokiem ekstazy na Ganges, toczący o sto kroków żółte, spienione nurty. Oficer dotknął jego ramienia. Nawet nie spojrzał.
— Aum! — wybełkotał.
— Dobrze wam? — pytam ich językiem.
— Aum! Aum!
Zawołałem Adama. Spojrzał i wzdrygnął się cały. Napój chłodny dobył z manierki, przytknął do ust świętego. Tamten usta uchylił.
— Aum! Aum! — powtarzał swój okrzyk święty na cześć trójcy.
Kazano ruszyć; ruszyliśmy, niosąc ciało kolegi.
— Adamie, ten fakir to twój brat rodzony. Obadwa wyznajecie jedną wiarę, czcicie jedno bóstwo, inaczej tylko nazwane — rzekłem.
Nie oburzył się, ani rozgniewał — on taki cichy był — uśmiechnął się owszem i po chwili namysłu powiada:
— Może być, bo rozumiem, że mu dobrze i że go ta męka nie boli.
Urwał opowiadający i zamyślony pozostał, bezwiednie może wpatrzony w zasłuchaną poważnie twarz Leonki.
— Marzyciel z raju wytrącony, jak Toggenburg z ballady, nie odszedł dalej, jak za kres światła z okna klasztoru. Idealista, tułając się po świecie, roiłby o cudownem rozwiązaniu i powrocie do ideału choć po latach. Jemu za radość i nadzieje wystarczał ciągły ból i beznadziejna rozpacz. Fakir na Ganges spoglądał, on w niebo gwiaździste. Jeden i drugi przez ból moralny i cielesny odrywali się od ziemi. Byli szczęśliwi w tem odrętwieniu człowieczeństwa. I tylko gdy konał prawie, raz jeden o pieśń ziemskiej miłości poprosił, a i pieśń ta rodem z Indyj była, gdzie lotos miłosny jest bóstwa zarazem kwiatem.
— Szczęśliwy był, bo wierzył, że światem kieruje nie traf ślepy i wypadek, ale Bóg dobry i miłosierny. Nie cierpiał, bo cichy był i pokorny. Hindus pozostanie zawsze ciemnym bałwochwalcą, a ofiara jego próżnem szaleństwem — rzekła panna Kazimiera.
Leonka Brzezówna wstała i spojrzała prosto i bystro w dzikie oczy mężczyzny. W spojrzeniu tem zmierzyły się po raz pierwszy ich dusze. Jego źrenice pełne były żądz pogańskich i rozstroju; jej jasne i energiczne, pełne panowania i wyrobienia duchowego.
— Są ludzie, którym trzeba gromu i ognia, tak jak są metale, które tylko ciśnienie tysięcy atmosfer topi lub krystalizuje! — rzekła po chwili.
Patrzyli wciąż na siebie. Jego oczy nabierały w tem długiem natężeniu czerwonych błysków, jej nabiegały iskrami zapału i podniecenia.
— Są też tacy, co wolą śmierć, niż zmianę lub upokorzenie. Takich i grom nie nawróci.
— Zapewne, bo i w cóż ten grom bić ma, gdy serca nie mają? — odrzekła żywo.
Umilkł i dziwnie się zaśmiał.
— Może w tem cała ich siła! — zamruczał.
Lokaj drzwi otworzył.
— Od chorej organiściny przybiegł chłopak.
— To po mnie — rzekła Leonka. — Do zobaczenia jutro, Kaziu.
Rafał skłonił się także gospodyni i wyszedł.
Za nim ruszyła Leonka.
Zadymka wzmogła się jeszcze i zaraz na progu cisnęła na nich tuman mokrego śniegu, wraz z przeciągłym gwizdem wichru.
Panna Brzezówna otuliła się szczelniej płaszczem, Rafał szedł obok niej obojętny.
— Zły czas dla pani — ozwał się.
— Przywykłam przez długie lata mieć zawsze wiatr w oczy — odparła z uśmiechem. — Pan zresztą lżej ubrany na tę zawieruchę i zdrożony zapewne.
— Ja nie cierpię ciszy i pogody. Gdy się żywioły rozpanoszą wściekle, we mnie się robi ciszej i lżej. Czy pani tu z matką zamieszkała?
— Panna Kazimiera sprowadziła mię tutaj zaraz po skończeniu medycyny. Jestem doktorem.
— Tak? — wyrzekł bardzo zdziwiony.
— Tak, panie. Zdobyłam patent, wbrew pańskim przepowiedniom, może właśnie z ich powodu. Chłostał mnie pan, szydził i upokarzał, a we mnie te słowa lekceważące budziły zaciętą wytrwałość i chęć postawienia na swojem. O, pamiętałam ja dobrze pana w każdej chwili tych lat dziesięciu! Wszystkie swoje bóle zawdzięczałam panu, ale też i każdy tryumf. Pamięta pan te czarne horoskopy? Miała mnie pożreć malarja i histerja, miała mi skrzydła przyciąć natura kobieca, wrażliwa i słaba. A teraz, gdym dopięła celu, sama nie potrafię powiedzieć, czy bardziej dziękuję panu za ten hartujący system, który mi wiele dał, czy bardziej nienawidzę za to wszystko, co mi wziął z duszy.
— Aż tak dalece? I cóż wziąłem pani? — zagadnął ciekawie.
— Młodzieńczą wiarę i zapał, młodzieńcze marzenia i ideały.
— Tylko tyle? Balast zatem nieużyteczny.
— Nie balast, ale skrzydła.
— Ikarowe.
— Chociażby.
— Lepiej wcale nie wzlatywać, jeśli spadnięcie jest nieuchronnem. I za to więc pani może mi być wdzięczną.
— Nie, za to nie mogę, bom cierpiała, a ból darowują chyba tacy bohaterowie, jak pan Adam, albo tacy święci, jak ten fakir zdrewniały z pańskiej opowieści.
Dziwna rzecz, nie zaśmiał się szydersko, ani po swojemu nie ruszył ramionami. Wielkiemi oczyma, zdziwiony, spojrzał na nią i milczał.
— Nie dały mi szczęścia pańskie zasady — mówiła dalej smutno — ale przeto ciekawą jestem, czy wina to zasad samych, czy gruntu nieodpowiedniego, na który je pan przeszczepił? Mistrzu, czy dały one tobie samemu zadowolenie? Czy wystarczyły duszy? Pytanie to dręczyło mnie lata całe.
On głowę spuścił i pobladł. Wbrew swemu zwyczajowi, nie bryzgnął jej sarkazmem lub cynizmem. Milczał.
— Mam przecie prawo spytać, ja, pańska niegdyś uczennica i wielbicielka. Nie dorównałam panu umysłem i nie dorównam, ale zrozumiem łacniej, niż niegdyś.
— Uczyłem panią tego tylko, w com wierzył wtedy i com w tej dobie za prawdę miał. Od tego czasu lata minęły. Przed nami nad zagadką życia myśleli różni; zostały po nich ksiąg góry olbrzymie i pył marny. Teraz my w ich ślady stąpamy, a po nas inni przyjdą. Ile gwiazd, tyle prawd i pytań, ile atomów w przestworzu, tyle teoryj było, jest i będzie. Pokaż mi pani choć jedną z prastarych ran ludzkości, zagojoną ludzkim rozumem, i pokaż jedną zdobycz moralną bez równoważnika nowego trądu i świeżego rozkładu, bierna, niema, darmo szukać! Nauka, to błędne koło bez wyjścia; duch ludzki, to trawiąca samego siebie zmora, a my sami, pyły wirujące bezwiednie, rzucone szyderczą dłonią wypadku, bez celu, bez wyjścia, bez żadnej potrzeby. Pyta mię pani o zasady te moje dawne. Nie pamiętam ich; tyle przeszło potem, a o wszystkich zwątpiłem z chwilą, gdy poczułem, że mogę cierpieć! Zostałem, jak inni, atomem bezwiednym. Cierpiałem, choć nie chciałem cierpieć. Bolało mię, sam nie wiem: we krwi, w piersi! Przedziurawiłem kulą tę podłą pierś, wytoczyłem tę krew słabą! Ha, cóż z tego? Wyżyłem przecie i jak na urągowisko mej wiedzy i potędze — ból został. Odtąd już w nic nie wierzę i niczyim mistrzem być nie mogę!
— Przeciwnie; mnie się zdaje, że teraz pan ma prawo nauczania, gdy sam ludzkiego bólu doznał. Nie ten, wedle mnie, jest człowiekiem, kto nad świat wyższy własną pychą, ale kto te rany zbadał i w sobie nosił, a potem dopiero na nie lekarstwa szuka. Teraz dopiero myśl pana będzie jaśniejszą, rozum prawszym!
— Teraz już ani myślę, ani badam. Zamknąłem tę księgę na zawsze. Teraz za kilka tygodni wrócę do swego życia. Z orkanem będę brał się za bary i tygrysy dusił w uścisku. Wtedy mi dobrze! Nie mają granic moje żądze i nie rozumieją oporu, a tam szeroko! Tam prędzej koniec i nicość! Tam legnę!... Pani pamięta filozofa Rafała; dla mnie on już umarł. Głupi był za długo. Oto jego nekrolog!
Zaśmiał się teraz na zakończenie swym dawnym, przykrym śmiechem.
— Kto szczęśliwy zatem i zadowolony? — spytała smutno.
— Ci, co znają tylko instynkty i ich zaspokojenie.
— Biedna ludzkości, jeśli twe gwiazdy tak nisko spadają! — wyszeptała zamyślona dziewczyna.
Znowu szli czas jakiś w milczeniu.
— A matka pani? — zagadnął.
— Jak ją pan widział raz ostatni. Mówiono mi, że raz omdlałą pan na rękach do domu odniósł. Dziękuję za nią biedną. Teraz zawsze to samo. Rozum i pamięć nie wróciły, a siły słabną. Nie mam żalu do Zudrów za krzywdę materjalną, ale jej nieszczęścia darować im nie potrafię. Zabiliby ją lepiej, niż to!
— Nie szukała pani rady?
— Owszem. Badali ją najsławniejsi psychjatrzy. Na manję i spokojny obłęd niema ratunku.
— Pani z nią sama mieszka?
— Sama. Daleko nas wicher odegnał z rodzinnych stron, a krewni — teraz krewni Zudrów. Nie mamy nikogo.
Dochodzili do miasteczka i tam się ich droga rozdzielała. Zatrzymali się chwilę.
— Do widzenia, sądzę — rzekła, wyciągając do niego rękę.
— Do widzenia! — powtórzył, kłaniając się.
Odeszła, a on chwilę w miejscu pozostał, zapatrzony w jej niknącą postać.
Potem, zamiast zawrócić do oberży, poszedł w tym samym kierunku aż do mieszkania organisty.
Za nią drzwi się zawarły, on do okna się zbliżył i długo patrzał.
Wreszcie się od szyby odchylił, otrząsnął i, jak złodziej, szybko uszedł.
— To nie tamta, to nie ona! A jednak gdziem ja ją widział i co mi jest?... Spocząć trzeba.
W oberży tłusta Schowankowa drzemała za stołem w pustej izbie.
Poznała go zapewne, bo się przeżegnała, jak przed upiorem, i zkiepska po polsku zaczęła witać.
— Alkierz pusty? — spytał.
— Pusty.
— To prowadź i zapal światło.
Zrzucił swą odzież przemokłą, obejrzał kąty i przez okno spojrzał.
— Kto tam mieszka? — spytał, domek stary ukazując.
— Aha, kto! Tam mieszka taka rzecz, co pan nigdy nie widział. Taka kobieta, co ludzi leczy, lepiej niż wszystkie tutejsze doktory, ilu ich było. Ot, dziwy na świecie.
— Jeść co masz, to daj; a nie masz, idź spać!
Jedzenie i ogień na kominie zjawiły się w okamgnieniu. On usiadł i pożerał, jak wilk, ona gawędziła.
— To się moja Truda ucieszy! Zawsze pana wspominała. Za młynarza poszła i dzieci ma czworo. A Gaspar mój mały u księdza służy. A słyszał pan, że Gryszan po pijanemu obwiesił się na dworskiej topoli? Taki szelma! Został mi winien cztery złote groszy dwadzieścia. I ksiądz jest nowy i panicz nasz się zastrzelił! Pan też umarł i baronowej, powiadają, że lada dzień nie stanie. Dziesięć lat, to jak cholera! Tylu ludzi weźmie!
W izbie rozległ się brzęk szkła.
— A kac, a kac! — krzyknęła, wytłaczając swą obfitą postać przez zbyt wąskie drzwi.
Rafał fajkę zapalił i, łokciami na stole oparty, odpoczywał, czy rozmyślał.
Potem wstał, jeszcze raz do okna się zbliżył i popatrzał, poczem gwałtownie się odwrócił i coś zamruczał w niezrozumiałym żargonie.
Stanął przy ogniu, ziewnął, zrzucił surdut i przeciągnął swe zmęczone członki, jak zwierz dziki. Czerwony żar oświecił ostro i wyraźnie atletyczny, muskularny kontur i mizerne oblicze.
Potem rzucił się na posłanie i zasnął twardo, ciężkim snem utrudzenia.
Pomimo to, śniło mu się coś. Nie zadymka przecież i nie wypadki ostatnie, ale dalekie dżungle Indostanu; Ganges płynął majestatycznie, noc była tropikalna, jak dzień jasna, odurzająca wonią; śpiewały jakieś ptaki, czy owady, przelatywały świetlne lucciole i szerokoskrzydłe nietoperze.
Wśród rzeki kapliczka z bałwanem fantastycznym, otoczona girlandą biało-różowych lotosów.
Na wybrzeżu czerniały nieruchome członki śpiących kaimanów, z dżungli przesuwały się bez szmeru pręgowane ciała tygrysów.
Lotosy chwiały się jak żywe, jakby go witały tem monotonnem kołysaniem, a za każdym ruchem woń rozkoszna drażniła jego powonienie.
I nagle poczuł żądzę zerwania tego kwiatu z bezdennych odmętów i poszedł, jak był zwykł, nieustraszony, między bestje i trzęsawiska. Chciał go mieć, a zatem weźmie pod paszczą kaimanów, pod ślepiami tygrysów. Szedł, gdy go opamiętał śmiech szyderski.
Obejrzał się. Za nim Bert Andenberg szczerzył dwa rzędy popsutych przez szkorbut zębów i mówił swym ochrypłym głosem:
Mord und Weh! Więc już i ty w topiel idziesz za zielskiem, jak Franz i inne bydlęta! Nie twoja to robota kwiaty rwać i nie twoje ręce potrafią je dostać! Rzuć, kolego! Dla nas inna zabawa i nie takie trudy!...
Sen się splątał i obraz cudny znikł, przysłoniony mgłami szynkowni i brudnych nor portowych. W żadnem jednak z tych widzeń zgmatwanych nie dostrzegł Rafał zmarłego dobrego kolegi i przyjaciela.
Gdy się obudził, wielki już był dzień na świecie.
Śniadanie podała mu Czeszka na zwykłem miejscu przy oknie, wychodzącem na rynek, i zabawiała go skargami na ciężkie czasy.
Roztargniony i chmurny, wyglądał przez okno, jakby czekał na coś, i nie odpowiadał wcale.
Nareszcie z za węgła wysunęła się drobna, zgarbiona postać starej kobiety.
Poznał ją i uważnie się przyglądał. Zamiast starej mantylki miała na sobie futerko porządne i znać było, że staranne, kochające ręce zawiązały jej chusteczkę na szyi, kapturek pod brodą, ociągnęły drżące dłonie ciepłemi rękawiczkami.
Zdrobniała tylko i zgarbiła się mocniej, ale zachowała żywość ruchów, od których boleśnie odbijały martwe rysy i wzrok szklany, w próżnię utkwiony.
W ręku, jak zwykle, niosła worek, papierami wypełniony, i parasolkę.
Nie sama szła. Za nią o krok postępowała córka, uderzający kontrast tej ruiny i starości, smukła, piękna, z pociągającym wdziękiem ruchów i wyrazem bladawej twarzyczki.
I nie tak, jak niegdyś, prześladowana przez gawiedź i dziatwę, ale spokojna i bezpieczna była Brzezowa. Nikt nie szydził, nie krzyczał, nie urągał; ustępowano im z drogi i zobaczył nawet Rafał, że drab obdarty, o pijackiej twarzy, mijając je, uchylił czapki.
Przesunęły się i znikły. On się pochylił, potem otworzył okno i szedł za tą grupą wzrokiem aż do sądu. Staruszka weszła; do Leonki zbliżyła się kobieta uboga i poprowadziła ją za sobą do łoża cierpienia zapewne.
Rafał okno zamknął.
— Słuchajcie — przerwał gawędę oberżystki — nie wiecie wy, kto tam mieszka w tym dworze za lasem, w Sarnowie?
— Generał jakiś. Już trzeci dziedzic od czasu, jak pierwsi to sprzedali.
— To Sarnowskich niema?
— Oje! Już i pamięci po nich niema! Sprzedali, bo panna poszła, słyszę, za Italjana zamąż, a młody pan tam kędyś przy nich maluje.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się szydersko Rafał. — Narzędzia nie połamała tamta robota! To i dobrze!
— Co pan każe?
— Kto to u was mogiłami zarządza?
— A któżby? Proboszcz.
— A gdzież on mieszka, ten wasz marabut?
— Podle kościoła plebanja — odparła, nie dosłyszawszy pogardliwego zakończenia.
— A zastanę go teraz?
— I pewnie. Po mszy odpoczywa, jeśli do chorego nie pojechał.
Rafał kapelusz nasunął na oczy i wyszedł.
Plebanja stara była i w ziemię wrosła. Wszedł do środka, lecz daremnie wołał i chrząkał, nikt do niego nie wychodził. Zajrzał dalej, zobaczył izdebkę prawie pustą, bez sprzętów i obrazów, tylko nad tapczanem, pokrytym mizerną pościelą, Chrystus ukrzyżowany, sczerniały od lat dawnych, wisiał, z pod cierni spoglądając na ziemię, a sikora oswojona na ramieniu krzyża ćwierkała wesoło.
Na stole leżała księga, twarde krzesełko stało przed nim, nikogo nie było.
Rafał rozejrzał się i wyszedł, trzasnąwszy niecierpliwie drzwiami.
Kościół wyzierał na rynek i, lubo probostwo stare było i opuszczone, on błyszczał świeżemi ściany i nowym dachem.
Rafał ujrzał drzwi od zakrystji otwarte i, po chwili wahania, wstąpił, jak do szynku, nie wyjmując rąk z kieszeni i nie odkrywając głowy. Minął sień i zakrystję, znalazł się w samej świątyni.
Mroczno było i pusto w obszernej nawie. Z umieszczonych prawię u stropu wąskich okien wpadały smugi słońca i odbijały się o ceglaną posadzkę, o świecące ozdoby bocznych ołtarzy, o kryształki świecznika.
Wielki ołtarz tonął w cieniu, więc Rafał, olśniony białością śniegu na dworze, nie ujrzał zrazu czarnego człowieka, co u stóp jego modlił się pochylony nisko. Wreszcie dostrzegł tę postać nieruchomą i podszedł kilka kroków.
— Domy wasze otworem stoją, ale puste! Gdzie wasz tutejszy gospodarz? — zagadnął ostro i niecierpliwie.
Czarna postać drgnęła, przerażona podniesionym głosem, który jak grom rozległ się po sklepieniu i spłoszył nawet kilka ptasząt, które na gzymsie okna u góry, przy wytłuczonej przez wiatr szybce, zaczęły, rozweselone słońcem, pieśń wiosenną.
Gdy się modlący podniósł, poznał Rafał, że to był sam ksiądz, suchotniczo wyglądający, młody jeszcze człowiek, tak chudy, że mu kości policzkowe, zda się, przebijały skórę, a ręce, w których trzymał różaniec, miały wysmukłe, twarde formy szkieletu.
Zamiast zaraz odpowiedzieć, pochylił się i przeżegnał. Potem paciorki wsunął do kieszeni i oczyma, pełnemi jeszcze błysków zachwytu, objął gościa.
— Pytasz o tutejszego gospodarza? — odparł zcicha i rękę ku ołtarzowi podniósł. — Oto on! Potrzebujesz go, synu?
Rafał obojętnie oczy podniósł.
Chrystus taki sam, jak na probostwie, tylko większy i jeszcze jakby boleśniejszy, wisiał rozpięty i z pod cierni na dom swój spoglądał. Przed nim migotała malutka lampka, jak iskierka złotawa.
Filozof ramionami ruszył.
— To drzewo! — odparł. — Ja drzewa potrzebuję do pieca tylko, a gadać z niem nie umiem!
Ksiądz się wzdrygnął, ale po sekundzie już się opamiętał i oczyma, które jeszcze promienniej zabłysły, popatrzał na bluźniercę przejmująco.
— A jednak On i ciebie zbawi, synu, ten Bóg ze swego drzewa. On i za ciebie cierpiał i znajdzie ciebie na pustyni i na ramionach odniesie do swej owczarni. Odkryj głowę, choć w Niego nie wierzysz, odkryj, bo On cię tak kocha, że ci wszystko daruje, gwałtem tej miłości kiedyś pod skrzydła zagarnie. Odkryj głowę, synu.
Filozof brwi zmarszczył, zaśmiać się chciał, czy bryznąć bluźnierstwem, nie rzekł jednak słowa. Ręka jego drgnęła kilka razy, po licu przeszło błyskawiczne wrażenie oporu, nareszcie ręka podniosła się powoli do głowy i zdjął kapelusz.
Ksiądz ukląkł, ustami dotknął kamienia i, podnosząc się, krzyż ręką nad głową zuchwałą zakreślił.
— Słucham cię, synu. Ja sługa tutejszy tylko i na twoje rozporządzenie, jeśliś smutny. Chodźmy.
Wyszli. Ksiądz kościół zamknął i wprowadził gościa do tej samej pustej izdebki. Ptaszyna zaświergotała radośnie i jak strzała spadła na ramię księdza.
— Niedawno tu jestem, więc nie znam ciebie. Zapewne metryk potrzebujesz, synu? Siadaj, proszę.
— Dziękuję, postoję. Nie możecie mnie znać, bom nie tutejszy.
Ksiądz się dobrotliwie uśmiechnął.
— A może o zapowiedzi ślubne przychodzisz?
— Ja swoich miłości w kościele nie załatwiam. Macie tu na cmentarzu mogiłę Lachnickiego. Syn jego ze mną był i przed śmiercią prosił, by ojcu kamień na grobie położyć. Powiedziano mi, że was trzeba o pozwolenie prosić, a zarazem powiedzcie mi, co u was za znaki kładą na mogiłach? Widziałem tyle ludów i cmentarzysk po świecie, żem zapomniał różnych zwyczajów. Przytem imienia tego starego nie pamiętam.
— Czy chcesz pójść ze mną na cmentarz? Poszukamy razem tej mogiły i grabarzowi dam potrzebne rozporządzenie. Krzyże stawiamy na grobach, synu, wszędzie krzyże. To nasze ukochanie i nadzieja.
— Pójdę, jeśli chcecie. Nie mam czasu długo tu zostawać.
— A gdzież twój dom i rodzina?
— Nie rozumiem nawet, co to znaczy — odparł obojętnie.
Ksiądz ptaszynę w ręce wziął i pocałował.
— Ciepło już, drobino — rzekł z uśmiechem. — Może chcesz wrócić do swoich? Otworzę ci okienko.
Sikorka pokręciła główką i zaćwierkała swobodnie. Potem wyśliznęła mu się z rąk i pofrunęła na ramię krzyża.
— Mrozy jeszcze będą, kiedy to na świat Boży się nie wydziera, ale w izbie zostaje.
Rafał od księdza na ptaszynę oczyma powiódł.
— Miałem kolegę — rzekł łagodnie — który hołubił mewy na masztach, że mu do rąk szły, i najdziksze zwierzę ugłaskać umiał. Szczególny snadź to magnetyzm. Zdaje mi się, że wy do niego podobni.
— A do ciebie, synu, ten kolega nie był podobny?
— Gdzie zaś! Jak ogień i woda.
— Czemuż więc byliście razem?
— Czemu? Ja nie wiem. Dobrze mi było z nim.
— Nim stąd odejdziesz, może i ze mną ci będzie dobrze, kiedym do niego podobny.
— Nie. Jak nie on, to nikt inny. Chodźmy.
Nikt pewnie nie widział Rafała w podobnem towarzystwie i jemu samemu wydawało się to bardzo dziwnem.
— Pochwalony Pan Jezus! — pozdrawiano księdza, a on się uśmiechał i czasem zagadywał znajomych dobrotliwemi słowami.
Wpół rynku z ubogiej chatyny wynurzyła się Leonka Brzezówna i stanęła osłupiała; ksiądz się zatrzymał.
— A co tu słychać, moje dziecko? — zagadnął.
— Źle. Dzieci co do jednego leżą na krup i odrę, kobieta wyrzuca resztki płuc. Tam już ja nie poradzę, a chyba Kazia i proboszcz dobrodziej. Dzieci zdrowe będą, ale sieroty.
— A organiścina?
— Prawie zdrowa. Dziś w nocy kryzys przeszedł szczęśliwie. Zastałam rano śpiącą.
— Gdzież idziesz teraz?
— Do straży. Leśniczemu róża poszła w rany. Nogi ma zupełnie bezwładne.
— Daj ci Boże tylko zdrowie i siły. Nie trzeba ci przypominać obowiązku, moje dziecko. Idziemy w jedną stronę teraz, bo ja tu z tym młodym na cmentarz dążę.
— Ach tak, w sprawie grobu ojca pana Adama. Dzień dobry panu.
— Znajomi jesteście? — spytał proboszcz zdziwiony.
— O, i bardzo starzy nawet!
Ruszyli we troje. Ksiądz ucichł, i w myśli coś sobie tylko wiadomego kombinował. Młodzi nie odzywali się także, jakby już w tej wieczornej rozmowie wczorajszej wyrazili wszystko, co ich łączyło kiedykolwiek, a jakby ta noc jedna odrzuciła ich precz, daleko od siebie, napełniła dziwną nieufnością. Nie patrzyli już sobie prosto w oczy, tylko on zpodełba rzucał jej dziwne błyski swych dzikich źrenic.
— Proboszcz dawno nas nie odwiedzał — ozwała się, przerywając kłopotliwe milczenie.
— Nie miałem czasu wieczorem, moje dziecko, a w dzień was nie zastałem przedwczoraj. Służba nasza podobna i dużo czasu zabiera, jak wiesz.
— O, nie podobna! Ksiądz zawsze ratunek i zbawienie przynosi, ja tylko pomoc nieudolną. To moja rozpacz. Myślałam, że hartowniejszej nade mnie niema kobiety, a przecie dotąd przemóc nie zdołam żalu, gdy kogo nie wyratuję. Doktorowie zwykle znoszą to filozoficznie, a ja — wstyd powiedzieć — płaczę jak dziecko.
— A sądzisz, żem ja nad duszami nie płakał? Przychodzi za to wyzdrowienie cudowne, a radość wszystkie łzy przewyższa. Chore dusze jak i chore ciała. Nic my nie poradzimy, bez pracy organizmu, bez chęci własnej człowieka. Nieprawdaż, panie? — zwrócił się nagle do Rafała.
Ten, jak ze snu obudzony, oczy podniósł.
— Nie słuchałem, coście mówili. Byłem daleko.
— Może w Indjach? — spytała żartobliwie.
— Zgadła pani. Nad Gangesem.
Zaśmiał się i dodał powoli:
— Kwiat rwałem.
— Kwiaty? Pan?
— Tak. Są takie, które nawet ja zerwać chcę, jak każdy przeciętny głupiec.
— Jak można kwiaty zrywać? — wtrącił ksiądz. — Mnie się zdaje, że je to boli bardzo, a potem więdną.
— To też takie, co nie chcą być zrywane, rosną na szczytach i, aby je dostać, trzeba ważyć także życie — odparła Leonka, rzucając wzrok na Rafała.
Starli się spojrzeniem. On ramionami ruszył.
— A któż dba o życie, gdy ma chęć do zaspokojenia? A raczej, co warta chęć, w której o życie lub śmierć nie chodzi?
Stali u furty cmentarnej i ksiądz przerwał dysputę, która przybierała ostry charakter.
— Do widzenia, moje dziecko! — rzekł. — Postaram się uwolnić na wieczór i z wami go spędzić.
— Dziękuję, proboszczu.
Rozdzielił ich płot i droga. Grabarz wyszedł ze swego domku i na pytanie księdza poprowadził ich daleko w głąb. Cmentarz był ze śniegu oczyszczony, bardzo starannie utrzymany. Rafał, mijając nagrobki, czytał machinalnie napisy. Leżeli tam jego znajomi: Rahoza, ojciec i syn, pod marmurowym obeliskiem, stary doktór, lubiący piwo i izbę Schowankowej, a opodal, bliżej płotu, dostrzegł na krzyżu drewnianym tabliczkę, na której widok mimo woli się uśmiechnął: „Bodo Ruprecht, 76 lat“.
— I tyś tu? — zamruczał. — Doguwernerowałeś się swojej ziemi i prawdziwej własności.
Grabarz przystanął przed mogiłą, ozdobioną nowym krzyżem i wieńcem nieśmiertelników.
— To panienka położyła na Zaduszki — rzekł.
Proboszcz dawał mu instrukcje i polecił pomagać Rafałowi, a młody człowiek tymczasem do płotu podszedł i gdzieś w dal spoglądał.
— Możemy wracać, synu! — wyrwał go z zadumy głos.
— Zostanę tutaj. Jutro do was wstąpię po datę śmierci i imię tego starego. Dziś mam dosyć tej historji.
Pozostał o płot wsparty i nieruchomy, jak karjatyda, godzinę przeszło. Leonka ukazała się znowu na drodze z powrotem. Wówczas on się poruszył i wyszedł z cmentarza.
Spotkali się znowu.
Ona, zaskoczona nagle jego widokiem, pobladła i obejrzała się, jakby szukała księdza. Potem zapanowała nad wzruszeniem i spytała swobodnie:
— Dokąd pan idzie?
— Przed siebie.
— To może być bardzo daleko. Ja zaś po matkę, a potem do domu na obiad. Po południu przyjmuję chorych u siebie. Może i pan zechce sobie przypomnieć dawne czasy i u stołu naszego znowu zasiąść?
— Dziękuję. A da mi pani tyle, żeby mój głód nasycić, pragnienie ugasić?
Popatrzyła na niego bardzo smutno i łagodnie.
— Dałabym wiele, żeby pan był innym.
— Jakto inny?
— Chciałabym swego mistrza za ucznia teraz mieć. Tyle rzeczy poznałam, o których pan pojęcia nie ma, a które takie dobre są, tyle szczęścia dają!
— Niech pani spróbuje.
— Pan żartuje?
— Nigdy.
— Spróbuję zatem.
— I owszem, służę.
Niepokój znikł z jej oblicza, jego rozpogodziło się na chwilę i zajaśniało dawną, świetną pięknością.
— A co mi pani da wzamian za uległość?
— Czy to taka wielka ofiara?
— Dla mnie? Uległość? To nie ofiara, ale gwałt, zadany całemu życiu i naturze!
— Może więc nie stać mię na zapłatę?
— Owszem. Da mi pani pić, aż żar w sobie zagaszę.
— Dam panu lekarstwo na spokój i pogodę duszy. Zresztą proszę pierwej dopełnić swoich zobowiązań. O nagrodzie potem.
Starała się uśmiechnąć, ale blask z jego oblicza zbiegł i ją okryła chmura przykrości. Szli już, milcząc, znowu owładnięci nieufnością i chłodem.
Zanim zaczęła, opadła ją trwoga o rezultat tej pracy duchowej, wątpliwość o skutek, niewiara we własne siły. A jednak chciała spróbować, chciała bardziej niż kiedykolwiek w życiu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.